Gość: Paulina
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
08.05.03, 23:26
Szanowny Panie Jacku!
Pana recenzja "Smaku życia" jest bardzo ładna, ale niestety
znajduje sie w niej zdanie, przeciw któremu buntuje się moje
serce i rozum. Pisze Pan: "profesorowie w Barcelonie upierają
się, by mówić na wykładach po katalońsku, a nie w klasycznym
kastylijskim hiszpańskim". A jak podobałoby się panu takie
zdanie "profesorowie w Warszawie upierają się, by mówić na
wykładach po polsku, a nie w klasycznym rosyjskim słowiańskim"?
Kastylijski to nie jest jakaś zepsuta wersja hiszpańskiego, to
całkowicie odrębny język z własną tradycją. Przeciętny
Kastylijczyk rozumie tyle z katalońskiego, co Polak z czeskiego.
Niby podobne, a za nic nie mozna dociec, o co rozmówcy chodzi.
Hiszpania to nie tylko "oficjalny import" w postaci flamenco,
corridy i wypalonego słońcem krajobrazu. To też na przykład
zielona i mglista Galicia, bez corridy i temperatur nie do
wytrzymania, której mieszkańcy żyją z połowów ryb i owoców
morza, a wszystkie tradycyjne pieśni miłosne są radosne i
żartobliwe, a jesli się trafi jakaś smutna, to wiadomo od razu,
że to import. No więc jeśliby Pan kiedyś przypadkowo pisał na
przykład o Santiago de Compostela, to prosze pamiętać, że tam z
kolei się mówi po galicyjsku, że to odrębny język z imponującą
literaturą (której największy rozkwit przypada na XIII w.
zresztą).
To tyle, pozdrawiam
Paulina z Warszawy