leje-sie
08.04.07, 19:12
czyli fajny film wczoraj widziałem
Paniom powinien się podobać. No bo przecież:
dwa metry półnagiego chłopa cały czas w kadrze, pięknie rzeźbione ciało
poddają przemyślnej obróbce, jak w jakim splatterze, od biczowania po
rozciąganie na krzyżu, a on taki bezwolny i można z nim robić co dusza zapragnie.
Ech, nie ma to jak dawniej.
W "Nagim instynkcie" Sharon zakładała nogę na nogę, a mnie po seansie pani
moich snów pytała: - Która bardziej ci się podobała? Czarna czy blondynka?
Albo weźmy klasykę, "Anakondę", czyli wielki powrót Jona Voighta. Wyprawa
"naukowa" w głąb jądra ciemności (!) w poszukiwaniu olbrzymiego węża (!).
Symboliką na odwał, a w tym wszystkim miota się w rozmaitych pozach Jennifer
Lopez w mokrym i przylegającym do ciała podkoszulku. Aż w końcu anakonda
połyka ją i Voighta.
No bo po co chodzimy do kina?
Do kina chodzimy, by przez półtorej do dwóch i pół godziny napawać się urodą
aktorki lub aktora. Samo przez się mówi, że gdy rzeczona aktorka lata po
ekranie w skąpej bieliźnie, to nasze doznania estetyczne wzmacniaja się
niemożebnie.
I teraz zobaczmy, co mię ostatnio spotkało.
Najpierw "Blood diamond". Owszem, pani towarzysząca w wykonaniu Jessiki
Kennedy niczego sobie i zdaje mi się, że stanika nie nosi w bardzo ujmujący
sposób, ale pierwsze skrzypce gra Leonardo diCaprio wyzwalający wylew uczuć
macierzyńskich. A mnie co tam z diCaprio przyjdzie?
Rzecz gorsza, u swego boku ma czarnoskórego modela z Kamerunu, co lata bardzo
malowniczo z gołą klatą, szczerząc swoje hebanowe mięśnie dzikiego brzucha.
On je tak szczerzy wbrew mnie i przeciwko mnie.
Wracając do Mela Gibsona. Ja mam swoje podejrzenia. Nie dośc mu było nagiego
Jezusa to ostatnio oglądałem kolejny film w jego reżyserii. Nazywa się ni w
pięć ni w dziewięć z grecka "Apocalypto" a rozgrywa w starożytnej Gwatemali za
czasów Majów.
Tu drobna uwaga dyżurnego besserwissera - chyba się Gibsonowi Majowie pomylili
z Aztekami, a i drobna nieścisłość pod koniec jest. Pokazany jest bowiem
olbrzymi rów wypełniony psującymi się zwłokami ofiar. To fałszerstwo, Aztecy
nie marnowali takich ilości świeżego mięsa, tylko każda rodzina dostawała
wedle zasług a to rękę, a to nogę, gości się spraszało i wydawało ucztę.
Tuzin i więcej dzikich, nie skrobniętych przymusem zachodniego konwenansu
Indian eksponuje swoje ciała, a kamera lubieżnym okiem dopieszcza muskuły,
bicepsy, łydki i bezwłose torsy. Zwłaszcza w trwającym przez połowę filmu
kłusie głównego bohatera każde drgnienie mięśnia jest dokładnie
zarejestrowane, by nic naszej uwagi z piękna MĘSKIEGO ciała nam nie umknęło.
Jedyna kobieta, w roli drugoplanowej do tego, jest w ciąży.
To ja przepraszam, to co ja mam oglądać?