Dodaj do ulubionych

Idę się procesować z wydawcą :))

21.09.10, 12:03
Tzn. do sądu idę. Proszę dziś o godz. 14 trzymać kciuki...
Obserwuj wątek
    • lou-cipher Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 21.09.10, 12:50
      Trzymam, trzymam - a ponieważ mnie chyba też to czeka, będę uważnie śledzić Twoją sprawę tylko nie szczędź nam szczegółów... pozdrawiam
      • nobullshit Alarm bombowy, ewakuacja sądu... 21.09.10, 16:43
        ...rozprawa się nie odbyła, dwie godziny stracone na jazdę wte i nazad (nie licząc czasu spędzonego na przetrząsaniu szafy i staniu przed lustrem, bo oczywiście nie miałam co na siebie włożyć).
        Czyżby nowa taktyka zaskarżanych wydawców? :))
        • lou-cipher Re: Alarm bombowy, ewakuacja sądu... 21.09.10, 19:03
          Serio z powodu alarmu bombowego?! kurcze, szkoda :( Jak już wiesz, ja także szykuję się do takiej batalii więc szczerze interesuje mnie wszystko co z tym tematem związane - może napiszesz do mnie na priva z jakim wydawnictwem masz zatarg i o co?
          • lucyolejniczak Re: Alarm bombowy, ewakuacja sądu... 21.09.10, 19:07
            Ale termin przełożony, mam nadzieję? Trzymam kciuki i daj znać, co dalej. Powodzenia!
        • skajstop No to masz z górki :) 21.09.10, 22:29
          Drugi alarm bombowy jest mało prawdopodobny :)

          Ale swoją drogą, pech. Ale może za to wygrasz i pogonisz kota temu wydawcy.
          • nobullshit Re: No to masz z górki :) 23.09.10, 00:56
            skajstop napisał:
            > Drugi alarm bombowy jest mało prawdopodobny :)
            Nie byłabym taka pewna. Kiedy wrzuciłam "ewakuacja sądu" w gugle, wypluło, że różni wariaci dzwonią do warszawskich sądów, strasząc bombami, raz na kwartał. W tym mieście naprawdę ciężko żyć - jak nie alarm bombowy to przejazd jakichś oficjeli albo kontrowersyjne krzyże w publicznych miejscach. :))

            Co do mojej sprawy, chodzi o to, że:
            - duży zagraniczny koncern parę lat temu wydał książkę w moim przekładzie jako insert do pewnego swojego cokolwiek szmatławego miesięcznika
            - wydać ją mógł, bo ja się oczywiście wszystkich praw byłam zrzekłam :)) i polski wydawca mógł nimi kupczyć, ale...
            - zagraniczny koncern nie był uprzejmy umieścić nigdzie mojego nazwiska. Znaczy, książka się sama przełożyła? Naruszenie praw osobistych, nie podlegające przedawnieniu.
            - koncern nie zareagował na trzy pisma mojego adwokata z propozycjami polubownego załatwienia sprawy. Co będzie sobie głowę zawracał jakąś Nobullshit, prawda?
            - kiedy sprawa trafiła do sądu, koncern się ocknął i zaczął tłumaczyć, że:
            a) było to dawno - patrz wyżej a propos przedawnień.
            b) zlecił wszystko firmie X, która zapewniła go, że publikacja książki pod szyldem koncernu "jest wolna od wad prawnych", więc mam ścigać firmę X, nie koncern, chociaż copyright do wydania dumnie prezentuje koncern, o firmie X pierwsze słyszę i nie jestem Duchem Św., abym sama z siebie wiedziała, że miał z tym wszystkim cokolwiek wspólnego. Brak nazwiska tłumacza zauważyłby przedszkolak, a co dopiero taki Wielki Koncern. Czyli rżną głupa. (Albo coś tu śmierdzi jeszcze bardziej, ale na razie to zostawmy...)

            Domagam się stosunkowo niewielkiego odszkodowania w brzęczącej monecie oraz przeprosin / sprostowania w prasie. Teoretycznie sprawa jest oczywista i do wygrania w pięć minut. W praktyce - jak mówi mój bardzo sławny, przystojny i drogi adwokat - z polskimi sądami nigdy nic nie wiadomo.

            Przypadek jest dość szczególny i nie wiem, czy te informacje na coś Wam się przydadzą, ale proszono mnie o szczegóły, więc piszę. Ciąg dalszy nastąpi, kiedy nastąpi.


            • jeepwdyzlu Re: No to masz z górki :) 23.09.10, 09:29
              zlecił wszystko firmie X, która zapewniła go, że publikacja książki pod szyldem koncernu "jest wolna od wad prawnych", więc mam ścigać firmę X, nie koncern, chociaż copyright do wydania dumnie prezentuje koncern,
              ------------------------------------------
              naprawdę użyli takiego argumentu?
              jak dzieci...
              nawet jeśli to prawda - powinni Ci zapłacić i zwrócić się z własnym roszczeniem do X
              wygrasz, pomimo słynnego nazwiska i urody adwokata :-)
              ciał
              jeep
    • lou-cipher Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 23.09.10, 12:36
      A możesz mi dać namiary na cudnej urody adwokata? Please :)
      Ja mam problem z wydawcą, który nie rozliczył się ze mną za wydaną książkę - miał obowiązek w cyklach comiesięcznych nie zrobił tego wcale (rok) i nawet nie ma ochoty prowadzić ze mną korespondencji (żadnej) a do tego nie jest w stanie określić czy i kiedy wyda ciąg dalszy książki - zamierzam odebrać mu prawa do książki i zmusić do rozliczenia stąd każdy namiar na speca od prawa autorskiego jest dla mnie cenny
      z góry dzięki i pozdrawiam
      • nobullshit Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 23.09.10, 13:08
        lou-cipher napisał:
        > A możesz mi dać namiary na cudnej urody adwokata? Please :)
        Lou, przecież Ci ten namiar podałam:
        forum.gazeta.pl/forum/w,11943,116519007,116546016,Re_szukam_kontaktu_do_specjalisty_prawnika.html
        Masz tam jego adres mailowy i telefony do kancelarii.

        • lou-cipher Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 23.09.10, 16:45
          o dzięki, coś mi umknęło :)
          • yanga Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 27.10.10, 18:03
            Mujeju, czysty doktor House! :-)
    • nobullshit JADĘ się procesować z wydawcą 28.10.10, 20:01
      Innym wydawcą, o coś innego*. Jutro. Trzymajcie, proszę, kciuki - i podwójnie: żeby nie było alarmu bombowego, bo nie fajnie by było telepać się do innego miasta całkiem na darmo, no i, rzecz jasna, żebym wygrała...

      A rozprawa warszawska została przełożona na koniec listopada.

      *Napiszę, o co chodziło, kiedy będzie po wszystkim.
    • ariz Re: Idę się procesować z wydawcą :)) 28.10.10, 20:21
      Trzymamy!!! Powodzenia nobullshit!
      • nobullshit Wrr 30.10.10, 21:29
        ariz napisał:
        > Trzymamy!!!
        Coś słabo trzymaliście...
        Posiedzenie trwało 10 minut. Pozwany stwierdził, że sprawę powinien rozpatrywać sąd rejonowy, a nie okręgowy. Pani sędzia, która sprawiała wrażenie, że termin "prawo autorskie" słyszy pierwszy raz w życiu, zarządziła półtorej godziny przerwy, żeby to przemyśleć. Jej decyzji nie musieliśmy usłyszeć osobiście, ale najbliższy pociąg do Warszawy mieliśmy za trzy godziny. Więc pętaliśmy się jak durni po Poznaniu i tylko się przeziębiłam.
        A na bilety kolejowe, taksówki i wikt dla siebie i adwokata wydałam ponad pięć stów.

        • jeepwdyzlu Re: Wrr 31.10.10, 11:10
          bo niepotrzebnie jeździsz...
          Masz pełnomocnika....
          jeep
          • nobullshit Re: Wrr 31.10.10, 12:49
            jeepwdyzlu napisał:
            > bo niepotrzebnie jeździsz...
            Jaaasne. Mogłam nie jechać. Co z tego, że dostałam wezwanie do stawiennictwa osobistego, bo miałam być przesłuchiwana w charakterze świadka? Jeep wie lepiej.



        • ariz Re: Wrr 31.10.10, 15:57
          Trzymaliśmy... widać kciuki za krótkie...? Piąstki za słabe...:)
          No to wygląda na to, że sprawa się nieźle przeciągnie...
    • nobullshit Proces nr 1 zakończony 11.12.10, 21:28
      Ten warszawski, prostszy ze swej natury i mniej kłopotliwy z racji mojego miejsca zamieszkania.
      Dzięki rozsądkowi Wysokiego Sądu (oraz kompletnemu nieprzygotowaniu strony przeciwnej, która nie dostarczyła rozmaitych papierów, choć chciała odwlec sprawę, co Wysoki Sąd wkurzyło), skończyło się szczęśliwie na jednej rozprawie (nie licząc tej odwołanej z powodu alarmu bombowego).
      Wynik? Niby wygrałam, ale zachwycona nie byłam. Sąd orzekł bowiem, że za brak mojego nazwiska jako tłumacza w wydanej przez pozwanego książce należą mi się przeprosiny wydrukowane w prasie, ale odszkodowanie finansowe już nie (pal licho), a co gorsza, strona przeciwna nie zapłaci moich kosztów sądowych. Przez chwilę wyglądało to więc tak, jakbym opłaciła te przeprosiny w prasie sama sobie :((
      Mój adwokat bąkał wprawdzie, że takie ogłoszenie prasowe ma wymierną wartość, którą mogłabym zamienić na brzęczącą monetę, ale ja CHCIAŁAM tych przeprosin i nie zamierzałam się z s...ami układać.
      Koniec końców, s...y przydreptały do mnie same i za moją rezygnację z przeprosin w prasie zaproponowały sumę wyższą o dobre 50% od odszkodowania, którego żądałam w sądzie. Przejrzałam się w lustrze, nie spodobało mi się co widzę, ale każdy (?) ma swoją cenę, więc się zgodziłam, tłumacząc sobie, że ogłoszeń w prasie i tak nikt by nie zauważył, potrzebuję kasy na drugi proces, no i jednak sprawę wygrałam, i to oni przyszli do mnie, więc jakąś satysfakcję "moralną" też mam.
      O czym uprzejmie donoszę i mimo wszystko mówię - procesujcie się! :))
      • skajstop Re: Proces nr 1 zakończony 12.12.10, 13:33
        No, to jednak jest wygrana :-)
      • meimei Re: Proces nr 1 zakończony 12.12.10, 21:22
        :)
      • troppo_bella Re: Proces nr 1 zakończony 14.12.10, 09:21
        Dobrze! Gratulacje! I w pełni popieram końcowe wezwanie.
        • lucyolejniczak Re: Proces nr 1 zakończony 14.12.10, 15:54
          I ja gratuluję. Pocieszające jest, że jednak da się wygrać z nieuczciwym wydawcą.
      • grafomaniaczka Re: Proces nr 1 zakończony 20.10.11, 18:34
        A takie przeprosiny w prasie to wydawca jak miał dać? Raz w jednej gazecie? Powtórzone? W kilku gazetach?
        • nobullshit Re: Proces nr 1 zakończony 07.11.11, 09:16
          grafomaniaczka napisała:
          > A takie przeprosiny w prasie to wydawca jak miał dać? Raz w jednej gazecie? Pow
          > tórzone? W kilku gazetach?
          W jednej gazecie, wybranej przeze mnie, jednorazowo.
          Wybacz, że odpowiadam z poślizgiem, ale wyjeżdżałam.
    • nobullshit Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 13.09.11, 00:01
      Dopiero w sądzie apelacyjnym i po ponad roku, ale wygrana, więc było warto.
      Teraz mogę napisać bardziej szczegółowo, o co chodziło.

      W 1998 r. podpisałam umowę na przekład pewnej powieści. I honorarium 270 zł brutto za arkusz. Co było ówczesną stawką średnią. Umowy tantiemowej, czyli na procent od zysków, nie udało mi się wynegocjować. (W tamtych czasach wynosiła ona średnio 2,5%.) Dostałam więc (książka miała około 10 arkuszy) jakieś 2500 zł na rękę.
      Powieść okazała się bestsellerem, wydawca sprzedał co najmniej pół miliona egzemplarzy (sam sprzedał, nie mówię już o tym, że odprzedał mój przekład dwóm innym wydawnictwom, tak zbójecka była to umowa).
      Przez ponad 10 lat tylko się wkurzałam, starając się nie myśleć, ile bym zarobiła, gdybym podpisała uczciwą umowę, aż odkryłam istnienie art. 44 Ustawy o prawie autorskim, który mówi:
      "W razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd".

      Poszłam do adwokata, adwokat napisał pismo do wydawcy, wydawca - zasadniczo - mnie wyśmiał. Więc wystąpiłam do sądu. Są niższej instancji posłał mnie do diabła (i kazał zapłacić koszty strony pozwanej). Wniosłam apelację - i wygrałam.

      Sąd apelacyjny stwierdził rozmaite - na logikę oczywiste - rzeczy, które sąd niższej instancji negował, a mianowicie:
      1. że art. 44 ma charakter bezwzględnie obowiązujący (wydawca i sąd niższej instancji twierdzili, że jest on odstępstwem od podstawowych zasad obowiązujących w systemie prawa i sąd może z nim zrobić, co zechce.)
      2. że tłumaczenie powieści w języku obcym na język polski jest utworem w rozumieniu Ustawy o prawie autorskim, a więc podlega ochronie, i art. 44 dotyczy również przekładów.
      3. że do stwierdzenia, iż zaistniała "rażąca dysproporcja" wystarczą dane szacunkowe (wydawca oczywiście nie przedstawił pełnych rozliczeń, zasłaniając się tym, że nie musi ich trzymać dłużej nić pięć lat)
      3. że nie ma znaczenia, iż w momencie zawierania umowy "wynagrodzenie powódki było godziwe". (Załóżmy...) Ponieważ art. 44 "znajduje zastosowanie nawet wówczas, gdy w chwili zawierania umowy strony ustaliły uczciwe wynagrodzenie odpowiadające stawkom rynkowym, a ponadto umożliwia usunięcie dysproporcji wynagrodzenia i korzyści niezależnie od tego, czy jej powstanie było, czy też nie było możliwe do przewidzenia w chwili zawierania umowy".
      4. że moje roszczenia nie mogły się przedawnić, ponieważ "Prawo twórcy do żądania zasądzenia dodatkowego wynagrodzenia na podstawie art. 44 Pr. aut. nie jest bowiem roszczeniem sensu stricto, lecz odmianą kompetencji, uprawnienia żądania ukształtowania zobowiązania przez sąd (...) Jest to uprawnienie zbliżone do uprawnienia do waloryzacji, przewidzianego w artykule... (itd., cokolwiek to znaczy.)

      Namawiam więc wszystkich, którym zdarzyło się zawrzeć niekorzystne umowy - czy to na wydanie własnego utworu (Wam będzie nawet łatwiej), czy to na przekład, aby poszli w moje ślady i spróbowali uzyskać dodatkowe wynagrodzenie. Jak widać, jest to możliwe! I chociaż nie mieszkamy w Stanach i polskie prawo nie jest prawem precedensowym, fakt, że ktoś wygrał podobną sprawę, ma znaczenie. Mój proces był chyba pierwszym (?) dotyczącym tłumaczenia. Ale kilka lat temu była taka sprawa dotycząca utworu oryginalnego i autor ją wygrał, a uzasadnienie wyroku, na które ja także się powoływałam, można przeczytać tutaj:
      www.adwokatpoznan.com.pl/prawa-autorskie,21
      Gdybym mogła w czymś komuś pomóc, gdybyście potrzebowali więcej informacji - pytajcie.
      I - do boju! :))
      • mutant12 Re: Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 13.09.11, 12:57
        Nobull - kocham Cię! Czekałam na wynik tego procesu i tylko jestem zdziwiona, że potrzeba było aż apelacji, żeby go wygrać. Ktoś mniej wytrwały mógłby się zniechęcić.

        Zaciekawiło mnie to:
        > Powieść okazała się bestsellerem, wydawca sprzedał co najmniej pół miliona egze
        > mplarzy (sam sprzedał, nie mówię już o tym, że odprzedał mój przekład dwóm inny
        > m wydawnictwom, tak zbójecka była to umowa).

        Po pierwsze - jak zdołałas oszacować liczbę sprzedanych egzemplarzy (wiem, że w wielkim przybliżeniu, ale i tak), skoro wydawca nie podał żadnych danych? Skąd czerpałaś informacje?

        Po drugie - to odsprzedanie przekładu innym wydawnictwom na jakiej zasadzie się odbywało, w jakim okresie? Bo w moich umowach widnieje zapis, że wydawca zachowuje prawa do tłumaczenia przez okres dysponowania prawami do oryginalnego tekstu. Jeśli u Ciebie też tak było, to domyślam się, że może odsprzedał prawa do Twojego tłumaczenia komuś, kto robił audiobooka, producentom filmu czy coś w tym stylu?

        Ciekawa też jestem, jak sąd zinterpretowałby ów zapis o tym, że prawa do tłumaczenia przysługują wydawcy tak długo, jak długo trwa jego licencja na rozporządzanie utworem oryginalnym. U mnie było tak, że wydawca przedłużył prawa i zrobił nowe wydanie, za które nie dostałam grosza i niestety obawiam się, że w sądzie niewiele bym wskórała, ale wyobrażam też sobie taką sytuację, że wydawcy kończy się licencja, potem nawet ktoś inny kupuje i wydaje tę książkę (płacąc mi za wykorzystanie tłumaczenia albo robiąc nowe), a po latach pierwszy wydawca sobie przypomina o książce, na nowo kupuje prawa i... no właśnie, czy wciąż może wykorzystywać moje tłumaczenie za darmo, czy zakładamy, że nowa licencja to już nie ta sama, o której była mowa w umowie?

        Przepraszam, jeśli poruszam ten problem w niewłaściwym wątku i chyba nawet na niewłaściwym forum, ale ma on dość duży związek z postem i sprawą Nobull.

        • nobullshit Re: Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 14.09.11, 09:45
          mutant12 napisała:
          > Nobull - kocham Cię!
          :))

          >Czekałam na wynik tego procesu i tylko jestem zdziwiona, że potrzeba było
          > aż apelacji, żeby go wygrać.
          Trudno oprzeć się wrażeniu, że na decyzję sądu ma wpływ to, że sprawy odbywają
          się w siedzibie wydawcy. Poza tym procesów dotyczących prawa autorskiego nie ma
          zbyt wiele i przeciętny sędzia kompletnie się na nim nie zna. Na szczęście sąd
          apelacyjny wykazał i bezstronność, i znajomość rzeczy.

          > Po pierwsze - jak zdołałas oszacować liczbę sprzedanych egzemplarzy (wiem, że w
          > wielkim przybliżeniu, ale i tak), skoro wydawca nie podał żadnych danych? Skąd
          > czerpałaś informacje?
          To nie było trudne. Ponieważ książka była hitem, liczbę sprzedanych egzemplarzy
          odnotowywały listy bestsellerów "Rzeczypospolitej" oraz rocznik "Rynek książki
          w Polsce". Wystarczyło poguglować i spędzić godzinkę w Bibliotece Narodowej.
          Wychodziło prawie 600 tysięcy. (Wydawca jakieś tam dane podał, ale dopiero podczas procesu. Ja musiałam wiedzieć wcześniej, żeby móc wystąpić do sądu.)

          > Po drugie - to odsprzedanie przekładu innym wydawnictwom na jakiej zasadzie się
          > odbywało, w jakim okresie? Bo w moich umowach widnieje zapis, że wydawca
          >zachowuje prawa do tłumaczenia przez okres dysponowania prawami do oryginalnego
          >tekstu. Jeśli u Ciebie też tak było, to domyślam się, że może odsprzedał prawa do Twojego >tłumaczenia komuś, kto robił audiobooka, producentom filmu czy coś w tym stylu?
          Prawa do audiobooka to akurat sprzedałam sama. :)) Na szczęście dla mnie, w tam
          tych czasach wydawcy nie zastrzegali sobie jeszcze praw do wszystkich możliwych
          pól eksploatacji, łącznie z tymi, których nawet nie wynaleziono. Ale powieść wyszła w "Świecie książki" oraz jako insert do miesięcznika kobiecego. (Tego insertu dotyczył pierwszy proces - wydawca miesięcznika nie umieścił w książce mojego nazwiska jako autorki przekładu).

          > Ciekawa też jestem, jak sąd zinterpretowałby ów zapis o tym, że prawa do
          > tłumaczenia przysługują wydawcy tak długo, jak długo trwa jego licencja na
          > rozporządzanie utworem oryginalnym.
          Tym sąd nie zajął się w ogóle. Do stwierdzenia zaistnienia "rażącej dysproporcji" nie były potrzebne informacje, ile wydawca zarobił na odsprzedaniu mojego przekładu. A to, czy w ogóle miał prawo go odsprzedać, nie było przedmiotem sprawy.

          >U mnie było tak, że wydawca przedłużył prawa i zrobił nowe wydanie, za które nie >dostałam grosza i niestety obawiam się, że w sądzie niewiele bym wskórała, ale >wyobrażam też sobie taką sytuację, że wydawcy kończy się licencja, potem nawet ktoś inny >kupuje i wydaje tę książkę (płacąc mi za wykorzystanie tłumaczenia albo robiąc nowe), a po >latach pierwszy wydawca sobie przypomina o książce, na nowo kupuje prawa i... no >właśnie, czy wciąż może wykorzystywać moje tłumaczenie za darmo, czy zakładamy, że >nowa licencja to już nie ta sama, o której była mowa w umowie?
          O ile wiem, jeżeli wydawca ma przerwę w licencji, musi kupić prawa do tłumaczenia na nowo. Zdarzyła mi się taka sytuacja z książką, którą przetłumaczyłam ładnych parę lat temu dla "Rebisu". W zeszłym roku odezwali się do mnie, mówiąc, że na nowo kupili licencję do wydania pewnego tytułu, chcą wznowić moje tłumaczenie, więc czy się na to zgadzam i czy odpowiada mi honorarium wynoszące ileśtam złotych. Pisałam o tym wtedy na Wydawnictwach - zapytałam, czy im się zera nie pomyliły... Ale to jest "Rebis".
          A wracając do naszego wydawnictwa. Zapis w umowie miałam taki sam jak Ty - "prawa do tłumaczenia przysługują wydawcy tak długo, jak długo trwa jego licencja na rozporządzanie utworem oryginalnym". I jest to coś, co powinnam sprawdzić. Bo nie wiem, czy mieli prawa do oryginału przez wszystkie te lata, bez żadnych przerw.
          Kłopot polega na tym, że tylko autorka lub jej agent mogą mi powiedzieć, w jakim okresie / okresach mój wydawca miał prawo do wydania książki w Polsce. Tymczasem autorka nie ma własnej strony internetowej ani dostępnego publicznie adresu mailowego (trochę dziwne, ale może miała dosyć maili od fanów), agenta w międzyczasie zmieniła itd. Nie miałam czasu i energii, żeby zajmować się wszystkim naraz, ale teraz, powoli i spokojnie, mogę podrążyć ten temat.

          • wkarola.12 Re: Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 20.10.11, 13:31
            Jeśli wspierałaś się prawnikiem, to czy mógłbym prosić o jakiś namiar na niego. Najprawdopodobniej również pójdę się procesować, wobec czego chciałbym się wesprzeć prawnym specjalistą znającym już TĘ branżę.
            • wkarola.12 Re: Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 20.10.11, 16:21
              Jeśli to jest www.juris.pl, to można powiedzieć, że udało mi się wyłowić ten kontakt z powyższego tekstu.
              • nobullshit Re: Proces nr 2 zakończony - wygrana! :)) 07.11.11, 09:13
                wkarola.12 napisał:
                > Jeśli to jest www.juris.pl, to można powiedzieć, że udało mi się wyłowić ten ko
                > ntakt z powyższego tekstu.

                Tak, to kancelaria Juris, mecenas Andrej Karpowicz.
                www.juris.pl/
                Przepraszam za późną odpowiedź - wyjeżdżałam.

    • zona_mi Cały czas czytam: 08.11.11, 16:32
      Idę się pocałować z wydawcą
      :)
      • nobullshit Re: Cały czas czytam: 08.11.11, 22:17
        zona_mi napisała:
        > Idę się pocałować z wydawcą > :)

        Nie, z tym wydawcą całować bym się nie chciała. Pomijając sporne kwestie finansowe, widziałam go na własne oczy. :))
        • sole-dad Re: Cały czas czytam: 20.11.11, 13:44
          że też się wam chce użerać z innymi po sądach
          żeby to jeszcze były jakieś spektakularne cyfry...
          więcej nerwów i czasu stracicie, niż warte jest odszkodowanie

          ale jak się ma przerośnięte ego, to tak bywa...
          • nomina Re: Cały czas czytam: 15.06.13, 15:02
            Nobull, mam pytanie: jak sąd uzasadnił to nieprzedawnienie, tak dokładnie? Bo wszędzie spotykałam się z konkretnymi terminami i pierwszy raz słyszę porównanie stawki umowy o dzieło do waloryzacji.

            Wiesz, pytam pod kątem ewentualnych własnych roszczeń. Sąd bowiem nie obowiązuje zasada precedensu, a wolałabym wiedzieć, na ile taki wyrok może być powtarzalny.
            I jak długo jest się związanym po rozliczeniu umowy z wykonawcą?

            Zamówię aplikację do klubu czytelniczego, wykonawca dzieło wykonuje, przenosi prawa, otrzymuje honorarium. Zapłacę np. sto tysięcy. A poprzez ten klub będę miała milion czytelników i zarobię np. 20 mln. I co, mam dopłacać po 5 latach dwa miliony firmie informatycznej?

            Poza tym tłumaczenie to tylko element składający się na sprzedaż (czyli pieniądze). Jak więc wyliczył sąd, ile w sukcesie finansowym książki było Twojego udziału, będącego podstawą podwyżki?

            Z całego serca cieszę się z Twojej wygranej. Ale jako potencjalna druga strona poczułam się niepewnie. Bo dla mnie ów paragraf był jasny w zakresie:
            - zbytniej dysproporcji w określaniu procentu od sprzedaży i wskutek tego niesymetryczny zarobek każdej ze stron w czasie, gdy autor ma prawa do utworu,
            - ograniczenia czasowego.

            Czyli - autor ma prawa do książki. Wydawca daje mu 1%, co daje sumarycznie np. 1000 zł, a wydawca ma z książki 100.000 PRZYCHODU (bo zysku może być tylko 15.000 zł). I to jest za mało, więc sąd podwyższa do np. 8%. W czasie trwania umowy.

            Ale jak podwyższyć honorarium, które zostało całościowo rozliczone 10 lat temu, a przekład został sprzedany - nie licencja, ale sprzedaż. Gdy dzieło przynosiło zyski, należało już do kupującego, nie do autora pierwotnego.

            To tak jak z mieszkaniem. Ktoś kupił je od dewelopera w 2002 za 100.000 zł. W 2008 to mieszkanie jest warte 400.000 zł. To co, ten ktoś ma dopłacić deweloperowi, jeśli sprzeda je za 400.000 kolejnej osobie?

            Gratuluję Ci, ale jako nabywca praw od różnych podmiotów - martwię się takim wyrokiem. Fakt, że ja staram się podpisywać umowy " x% od przychodu, nie mniej niż y zł", właśnie żeby zabezpieczyć autorów/wykonawców i na wypadek ogromnego sukcesu finansowego dzieła, i na wypadek totalnej klapy. Ale i tak nie wiem, co myśleć o takiej wykładni.
            • mutant12 Re: Cały czas czytam: 15.06.13, 23:27
              Zważywszy że ostatni post w tym wątku jest sprzed ponad półtora roku, istnieje możliwość, że Nobull wątku nie śledzi - może napisz do niej na priv?

              Ja coś o tej sprawie wiem, ale nie chcę odpowiadać za nią. Przypuszczam jednak, że sąd wziął pod uwagę generalny stosunek wydawcy do tłumacza, w tym istnienie w umowie zapisów niezgodnych z ustawą o prawie autorskim.
            • nobullshit Re: Cały czas czytam: 18.06.13, 22:49
              nomina napisał(a):
              > Nobull, mam pytanie: jak sąd uzasadnił to nieprzedawnienie, tak dokładnie? Bo w
              > szędzie spotykałam się z konkretnymi terminami i pierwszy raz słyszę porównanie
              > stawki umowy o dzieło do waloryzacji.
              Nie mogę napisać o tym dokładniej, niż napisałam w poście powyżej, po durny Outlook zeżarł mi całą pocztę, w której miałam uzasadnienie werdyktu sądu. Zasadniczo chodzi o to, że prawa autorskie nie ulegają przedawnieniu. Nigdy.

              > Wiesz, pytam pod kątem ewentualnych własnych roszczeń. Sąd bowiem nie obowiązuje >zasada precedensu, a wolałabym wiedzieć, na ile taki wyrok może być powtarzalny.
              > I jak długo jest się związanym po rozliczeniu umowy z wykonawcą?
              Wygląda na to, że bezterminowo. I choć nie żyjemy w Ameryce, precedensy mają znaczenie.

              > Zamówię aplikację do klubu czytelniczego, wykonawca dzieło wykonuje, przenosi p
              > rawa, otrzymuje honorarium. Zapłacę np. sto tysięcy. A poprzez ten klub będę mi
              > ała milion czytelników i zarobię np. 20 mln. I co, mam dopłacać po 5 latach dwa
              > miliony firmie informatycznej?
              Rozumiem Twój niepokój jako "drugiej strony". Jeśli jednak podpisałaś w wykonawcą uczciwą umowę - w co nie wątpię - tzn. umowę odpowiadającą temu, co się akurat dzieje na rynku (w moim przypadku tak nie było), myślę, że możesz się nie bać. Poza tym, jeśli rzeczywiście zarobisz 20 milionów, czy zbiedniejesz, jeśli odpalisz wykonawcy dwa miliony? Mając osiemnaście, możesz nic nie robić do końca życia :)

              > Poza tym tłumaczenie to tylko element składający się na sprzedaż (czyli pieniąd
              > ze). Jak więc wyliczył sąd, ile w sukcesie finansowym książki było Twojego udzi
              > ału, będącego podstawą podwyżki?
              Sąd tego nie wylicza. Wyliczyłam to sobie sama. Tzn. wyliczyłam, ile bym dostała, gdyby wydawca zgodził się na umowę tantiemową według obowiązujących w danym momencie stawek. A potem spuściłam mocno z tonu, bo opłata sądowa jest zależna od wysokości odszkodowania, o które się ubiegamy. :( Więc koniec końców wydawca i tak był wygrany...

              > Z całego serca cieszę się z Twojej wygranej. Ale jako potencjalna druga strona
              > poczułam się niepewnie. Bo dla mnie ów paragraf był jasny w zakresie:
              > - zbytniej dysproporcji w określaniu procentu od sprzedaży i wskutek tego niesy
              > metryczny zarobek każdej ze stron w czasie, gdy autor ma prawa do utworu,
              > - ograniczenia czasowego.
              Rozumiem Cię, ale patrz wyżej. Myślę, że możesz spać spokojnie. A poza tym, jesteś też autorką, prawda?
              • vitacius Re: Cały czas czytam: 24.05.14, 18:27
                Dzień dobry,
                piszę w konkretnej sprawie, też mam aktualnie podobną sprawę z wydawcą i bardzo przydałyby mi się wyroki sądów dotyczących art. 44 pr. aut., a jedyny dostępny publicznie to wyrok SA w Poznaniu...
                Nobullshit, czy mogłabyś/mógłbyś podać sygnatury swoich spraw, aby móc się zapoznać z uzasadnieniami?
                Pozdrawiam!
                V
                • nobullshit Re: Cały czas czytam: 28.05.14, 22:58
                  Vitacius / Vitaciusie,
                  niestety, miałam to wszystko w poczcie, którą Outlook był mi nieuprzejmy zeżreć.
                  Teoretycznie dokumentację powinien był w jakiejś formie zachować mój adwokat, mogę go spytać, ale pewnie to potrwa, zanim odpisze.
                  Pytać? Sprawa aktualna?

                  Nobullshit (ona)

                  • vitacius Re: Cały czas czytam: 29.05.14, 14:58
                    Dzień dobry,
                    bardzo proszę, byłoby wspaniale uzyskać dostęp do tych materiałów.
                    Dziękuję za chęci:)
                    Pozdrawiam,
                    V
                    • nobullshit Re: Cały czas czytam: 30.05.14, 01:26
                      Okay, zajmę się tym, ale uzbrój się, proszę, w cierpliwość, za chwilę weekend, więc przed poniedziałkiem raczej nic nie wskóram.

                      • nobullshit Przykro mi :( 03.06.14, 19:28
                        Adwokat nie był w stanie znaleźć tego orzeczenia :(
                        Trzymam kciuki za powodzenie Twojej sprawy.

                        • vitacius Re: Przykro mi :( 03.06.14, 20:55
                          Mimo wszystko dziękuję, że poświęciłaś swój czas:) pozdrawiam!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka