Gość: brnXB
IP: *.adsl.inetia.pl
14.06.14, 15:05
W jednym z tematów o stanie czytelnictwa padł słuszny komentarz o osobie wchodzącej w książki:
"A potem zaczyna się skłaniać ku towarzystwu czytających (reszta wydaje mu się zbyt głupia)".
W pełni się z tym zgadzam, tak, że chciałem "dołożyć 3 grosze" od siebie ... jednak jak zacząłem pisać to wyszło za obszernie i nie na temat, więc klepię nowy wątek. Bynajmniej nie jest oryginalny, ale tematów przestrzegania przez nałogami - nigdy mało, zresztą na okładkach książek powinny być ostrzegawcze komunikaty, identycznie jak na paczkach szlug. Przykłady na co narażają książki:
- na towarzyski ostracyzm.
Tematy jakie porusza 95% ludzi (oceniam stereotypowo na podstawie swoich towarzyskich okoliczności, czyli ludzi w wieku 23-30, z wyższym wykształceniem) w rozmowach to wyłącznie: relacje damsko-męskie, praca, urlopy (czyli opalanie się, picie i jedzenie), jedzenie i picie (co było smaczne, co było niesmaczne), zakupy, filmy, koncerty, sport i wygląd, a w końcu także picie i jedzenie. By w pełni wyeksploatować wszystkie te tematy ludzie nie wychodzą poza spektrum prostych wyrazów, prostych przymiotników, łącznie około 100-500 słów brutto wystarczy (i ta liczba wciąż spada). Gdy w ludzkim towarzystwie użyje się jakiegoś słowa niepospolitego (zaczerpniętego np. z powieści) to jest to coś jak głośne pierdnięcie - ludzie są w szoku, bezwiednie milkną oburzeni taką niegrzecznością. Dlatego osoba czytająca jest narażona na towarzyskie faux pas, na to że się skompromituje gdyż wychodząc poza zakres prostych wyrazów i zdań - zaburza zastany rytm rozmów. Skłania ludzi na moment do zastanowienia się (nad znaczeniem użytego słowa, jego rolą w kontekście i temu podobne...), zamiast skłaniać ich do czegoś przyjemnego; do zjedzenia kebaba.
- na picie wódki.
By wieść życie towarzyskie należy komunikować się z innymi osobami, między innymi dyskutując na tematy jakie ich zajmują. To nie jest łatwe na trzeźwo, bo tematy te (wymienione w poprzednim akapicie) są nierzadko, a nawet najczęściej mizerią, do tego rozwodnioną banałami. Można pewnie podchodzić do tematu ambitniej, jednak najprościej i najszybciej zbliżyć się do mentalności powszechnej (u osób nieczytających) można przez wypicie do pół litra wódki w szybkim tempie. Wtedy komunikować się jest łatwiej. To jednak naraża zdrowie. Do tego przyznanie się komuś obcemu do nałogowego pochłaniania książek może być uznane przez niego za przyznanie się do regularnego picia wódki.
- na alienacje.
Publiczna deklaracja, że spędziło się calutką sobotę na czytaniu świetnych powieści, czy też przyznanie że spędziło się tak cały wolny od pracy tydzień lub miesiąc - to coś co skłania otoczenie do wniosku, że mają do czynienia z osobą nieszczęśliwą. Gdyż zamiast radośnie robić w wolnym czasie to co wszyscy, albo chociaż pracować - wolała czytać. Czyli wybrała czynność która potocznie nie kojarzy się z rozrywką i relaksem, ale raczej z wysiłkiem, lub ze snobizmem, nudzeniem się, a może brakiem pieniędzy i ogólną indolencją życiową.
- na mniejszy dostęp do seksu.
Jeśli chce się uwieść jakąś dziewczynę, niekoniecznie by założyć rodzinę, ale by ściągnąć z niej majtki - jedną z głupszych rzeczy jakie można zrobić na wstępie znajomości to zdradzić się ze skłonnością do czytania. Chodzi tu tylko o statystykę, nie najważniejsze, ale dość istotne jest "pierwsze wrażenie" dlatego wypada uważać na swoje komunikaty. Błędem jest więc wspominanie o czynnościach aspołecznych; takich których większość ludzi w ogóle nie wykonuje w ciągu całego swojego życia; jak np. zabijanie zwierząt, czytanie książek, zażywanie narkotyków itp. Bynajmniej nie są to zajęcia które ludziom przeszkadzają (większość z nich w pełni popiera zabijanie zwierząt, bo chcą je zjadać), ale jawne deklarowanie się jako pasjonat zabijania czy czytania... to statystycznie za duże ryzyko, że przy pierwszym wrażeniu wypadnie się jako "dziwak", jako nośnik gorszych genów. A to zmniejsza szanse na seks, dlatego najlepiej poruszać proste tematy używając maks 500 słów, a lepiej zejść do 50. "Psycholodzy społeczni" twierdzą nawet że przy flircie od tego co się mówi bardziej istotna jest "mowa niewerbalna". Więc zamiast przyznać się do połknięcia 500 stron w jeden dzień lepiej nic nie mówić i uśmiechać się tępo, albo położyć rękę na jej kolanie - bo to pierwsze może świadczyć o jakimś podejrzanym nonkonformizmie, za to drugie i trzecie świadczy o prawidłowych, ogólnoludzkich odruchach i potrzebach.
- na poszerzenie świadomości.
Ze wszystkich skutków czytania, to jest najgroźniejsze, ponieważ może przyjść niejako bezwiednie, oferując nieprzewidywalne konsekwencje. Jedni wspomną o szybszym myśleniu, skuteczniejszym taksowaniu rzeczywistości, łatwiejszym przyswajaniu wiedzy, ogólnie o sprawniejszej receptywności... i własnie te rozwinięte skłonności są między innymi odpowiedzialne za poszerzenie świadomości. A to może prowadzić do rozczarowania ludźmi. Do ogólnego zdumienia tym jakie cele, rzeczy absorbują ich uwagę i jak wiele energii wkładają w relacje z "przyjaciółmi", czyli z elementami w pełni wymiennymi, przypadkowymi - można je zastąpić łatwo kolejnymi egzemplarzami gdyż jedyne do czego są potrzebni to komunikacja na proste tematy przy użyciu prostych zdań; winni umieć realizować fatyczną funkcje języka i życia, to wystarczy. Nie pamiętam jak dokładnie stwierdził Hegel, chyba: świadomość jest nieustannie otwartą raną która sama próbuje siebie zabliźnić. Miał racje, i ci co wkładają w ten otwór książki - poszerzają go i pogłębiają, a ci którzy wpychają tam kebaby, sport w tv, piwo i zakupy - pomagają ranie się goić.
Wiec ludzi którzy wchodzą dopiero w świat książek lepiej przestrzegać by porzucili tę rozrywkę na rzecz telewizora, facebooka i posiłków bogatych w tłuszcze trans, a jeśli już za późno, to niech przynajmniej się z tym nie obnoszą, bo zmniejszają tym swoje szanse na różne rzeczy które w swej łaskawości oferuje krótkie życie.