123.abc1
24.01.15, 16:47
Mogłoby się wydawać, że Volkan nie popełnia tak głupich i prostych błędów Z głową przepełnioną marzeniami o karierze światowej sławy promotora jakiegoś utalentowanego zabijaki pokroju Mike Tysona czy choćby Brocka Lesnara, na ułamek sekundy zapomniał się. Rozpędzony do stu sześćdziesięciu kilometrów ciemnozielony Mercedes miał jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, zanim jadące poprzeczną ulicą samochody zrobią z tego wartego czterdzieści pięć tysięcy funtów cacka kupę złomu i metalową trumnę dla czterech siedzących w środku tureckich gangsterów. Volkan wcisnął pedał gazu tak mocno, że mięśnie dolnej części lewej nogi chciały eksplodować od nienaturalnego naprężenia. Zablokowane koła wyhamowały auto do pięćdziesięciu kilometrów. Siłą rozpędu Mercedes pokonał następne kilkanaście metrów i zatrzymał się kilka centymetrów od stojącego bokiem samochodu, którego kierowca zamierzał właśnie skręcić.
– Szefie! Ja cię bardzo proszę, uważaj! – siedzący z boku Nagi z przerażeniem patrzył na trąbiącego i stukającego się w czoło kierowcę Opla.
– Widzę! – syknął Volkan z nieskrywaną wściekłością i zarazem wstydem patrząc na coraz większą liczbę samochodów blokujących przejazd przez krzyżówkę ulic Old Bromton Road i North End Road w południowo-zachodnim Londynie.
Widząc, że Opel nie rusza się z miejsca a wyglądający na księgowego kierowca samochodu nie zamierza skończyć z drwinami skierowanymi w kierunku tureckiego bandziora. Volkan odwrócił się do siedzącego z tyłu Hagiego:
– Załatw to! Zanim coś głupiego przyjdzie mi do głowy!!!– rozkazał. Raz po raz zerkając na kierowcę Vectry – Zaraz przyjadą gliniarze! Jak przetrzepią bagażnik, to wiesz, co znajdą…
Mocno zbudowany Turek bez słowa wysiadł z auta,Z twarzą pokiereszowaną od licznych bijatyk, w tym także na noże, powoli podszedł do Vectry, wyjął pistolet z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki i zastukał lufą w szybę od strony kierowcy.
Siedzący w środku mężczyzna z przerażeniem popatrzył na napastnika. Wielka blizna na prawym policzku gangstera sięgająca aż do lekko przymrużonego prawego oka.
– Mógłbyś otworzyć okno. Bardzo proszę! – Na twarzy gangstera pojawiło się coś, co tylko urodzony optymista mógłby wziąć za uśmiech.
Niewątpliwie doświadczający właśnie czegoś w rodzaju ataku serca, właściciel auta nacisnął prawą roztrzęsioną ręką guzik otwierający szybę. Po dwóch sekundach bandzior wsunął głowę do środka.
– Długo zamierzasz tu jeszcze stać i pukać się w czoło? – spytał Hagi i rozejrzał się po wnętrzu samochodu. – Trochę nam się śpieszy!- drugą ręką wyjął nie wiadomo skąd, dość długi nóż i naśladując ruchy jak przy krojeniu steaka, ponownie się uśmiechnął
– Tak! Ja już… Właśnie zamierzałem odjechać! – wymamrotał ledwie żywy, trzymając się kurczowo kierownicy. Gdyby organizowane były zawody w najszybszych skokach tętna u człowieka, niewątpliwie ten biedak byłby zdecydowanym zwycięzcą.
Hagi wsunął rękę i przekręcił kluczyk zapłonu.
– To życzę szerokiej drogi i nie wspominaj nas za często, OK?
Samochód powoli odjechał a kierowcy stojących w korku aut mieli wrażenie, że jest prowadzony przez jakiegoś dzieciaka, który zwinął auto tatusiowi. Trupio blada twarz kierowcy jasno dawała do zrozumienia, że delikwent przeżył właśnie, najgorszą przygodę swojego życia. Turek z uśmiechem na twarzy wrócił do kolegów.
– Myślałem, że on się nigdy nie śmieje – Nagi klepnął Volkana w ramię. – Coś nowego.
Wciąż jeszcze zdenerwowany szef załogi popatrzył na swojego żołnierza i rzucił:
– W jajko się puknij, a nie w moje ramię, debilu i przestań oglądać gołe dupy w tym pieprzonym telefonie– złapał za komórkę swojego pupilka-niedorajdy i wyrzucił przez okno samochodu.
- Jezu!!! Szefie! To najnowszy " Samsung" ze wszystkimi bajerami- Nagi prawie z płaczem spojrzał na swojego bossa- Kontrakt na dwa lat podpisałem.
- Bardzo mnie to cieszy. Nie będziesz miał komórki z internetem to przestaniesz oglądać pornole i zaczniesz czytać książki.
- Książki?
- Takie papierowe z literkami w środku. Pamiętasz to jeszcze? Kretynie!- szef grupy odwrócił się ze wstrętem od niewielkiego kolegi i spojrzał na Hagiego.
– Coś mu powiedział, że tak szybko odjechał?
– Osiemdziesiąt procent – to strach i spluwa przy głowie, a reszta ,to mój urok osobisty – rozszerzył usta, ukazując Volkanowi dwa rzędy mocno zniszczonych zębów.
– Ja pie...! Słyszałeś kiedyś o dentyście? – szef odwrócił się ze wstrętem.
Odpalił silnik i powoli, wymuszając przejazd, wyjechał z korku.
– Szefie, jesteś pewien, że chcesz zostawić tego Polaczka u twojego ojca w domu? – spytał Nagi.
– Starego nie ma, wyjechał na dwa tygodnie do Turcji – Volkan popatrzył na kolegę z dzieciństwa. – Mówiłem ci setki razy, głupolu – nie myśl! Zostaw to tym, którzy potrafią to robić.
– Przepraszam – zrugany odwrócił głowę w stronę okna i udawał, że bacznie coś obserwuje.
Volkanowi zrobiło się trochę głupio. Nagiego znał od urodzenia, razem wychowywali się. Hagi i Kadir – czwarty z siedzących w samochodzie – też pochodzili z jednej ulicy. Odkąd skończyli dziesięć lat, byli nierozłączni. Wcześniej to Hagi był szefem bandy. Największy i najsilniejszy – to on nimi rządził. Wszystko zmieniło się, gdy ojciec Volkana został rezydentem tureckiej mafii w Londynie. Kiedy zaczęli dorastać, hierarchia w grupie odwróciła się i Volkan został szefem. Był ciekawy świata, rozwijał się, dużo czytał. Często zaczepiał przychodzących do ojca prawdziwych gangsterów, męcząc ich różnymi pytaniami. Na początku śmieszyło ich zainteresowanie młodego chłopaka, ale z czasem, widząc, że ma zadatki na bandziora, chętnie z nim rozmawiali, tłumacząc różne kwestie związane z profesją mafioza. Ojcowie pozostałych trzech chłopców też parali się gangsterką, więc było czymś naturalnym, że wszyscy razem wyjechali do nowego kraju.
– Co chcesz z nim zrobić? – milczący dotąd Kadir zwrócił się do Volkana.
Samochód zjechał z głównej ulicy i dalej podążał mniej ruchliwą ulicą prowadzącą do domu Mehnedich. Mimo że byli tu dziesiątki razy, wciąż napawali się atmosferą rozciągającego się wokół bogactwa. Mijali kolejne ekskluzywne domy i stojące przed nimi równie drogie samochody.
– Jeszcze nie wiem. Trzeba go będzie jakoś wykorzystać. Jest silny i dobrze walczy – popatrzył na pytającego przez wsteczne lusterko. – Z wami trzema poradził sobie w kilka sekund.
Odrobinę przesunął lusterko i obserwował reakcję Hagiego. Wyraz twarzy obserwowanego zmienił się w ułamku sekundy. W miejscu ironicznego uśmiechu pojawiła się złość.
– Co? Może się mylę?! Skopał wam dupska jak małym dziewczynkom!
Ręka Hagiego odruchowo powędrowała do wewnętrznej kieszeni kurtki.
– Chcesz mnie kropnąć? – szef bandziorów wybuchnął śmiechem, zatrzymując samochód przed bramą wjazdową posiadłości ojca.
– Kiedyś na pewno odstrzelę ci ten pie...ny łeb – burknął Hagi pod nosem i wyciągnął z kurtki paczkę Pall Malli. Z impetem otworzył drzwi, wysiadł i zapalił papierosa.
Volkan szturchnął Nagiego.
– Na co czekasz? Idź, zadzwoń, niech otworzą bramę.
Niewielkich rozmiarów mężczyzna wyskoczył z samochodu, podszedł kilka kroków do domofonu i nacisnął guzik. Po kilku sekundach dał się słyszeć flegmatyczny, męski głos.
– Posiadłość państwa Mehnedich. W czym mogę pomóc?
Nagi, jak zwykle w takich sytuacjach, wiedząc, że druga strona – to ktoś słabszy fizycznie, kobieta lub starsza osoba, poczuł wzrost pewności siebie.
– Otwieraj, idioto! Nie widzisz, czyje to auto?!
Widząc, że wielkie metalowe wrota powoli zaczynają się otwierać, wrócił do samochodu z miną bohatera, który właśnie wrócił z bardzo ryzykownej misji.
– Prawdziwy z ciebie twardziel! Pojechałeś staruszka jak prawdziwy gangster