a.adas
19.08.05, 00:04
Dziwny pisarz.
Jeden z najistotniejszych kreatorów boomu na literaturę Ameryki Południowej,
a tak po prawdzie ciężko by wśród pisarzy hiszpańskojęzycznych odnaleźć jego
duchowego pobratymcę (już nie wspominając o tym, że Meksyk to geograficznie
Północ). Ba można by zaryzykować tezę, że Fuentes jest pisarzem na wskroś
europejskim (formalnie, ale czasem i tematycznie, jak w "Zmianie skóry"),
równocześnie jest jak najbardziej związany z indiańską spuścizną swego kraju.
Paradoks? No pewnie, ale w twórczości Meksykanina to nic wyjątkowego. Można
wręcz odnieść wrazenie, że na kontraście buduje on swoje utwory. Na
kontraście, który przepotwarza się w konieczność współistnienia wrogich sobie
elementów.
"Nienawiść - miłość".
Aztekowie-konkwistadorzy. Meksyk-USA. Współczesność-historia. Tłum-jednostka.
Bieda-rozrzutne bogactwo. Rewolucja-dyktatura. Wieś - miasto.
Wszystko się zlewa tworząc niewyraźną panoramę, działającą raczej na zmysły
niż rozum. Odczuwaj... wstręt i euforię
Jeszcze dwa wyznaczniki prozy Fuentesa.
Miasto, Meksyk - wielomilionowy, autonomiczny twór, zdolny bez szkody dla
siebie pochłonąć wszystko i wszystkich.
I historia. Żaden inny pisarz, by zrozumieć teraźniejszość, nie grzebie tak
głęboko w przeszłości... zmarnowanej przeszłości.