xior
01.11.05, 22:00
Prolog
samotny
Leon był niezwykłym lwem. Uwierzyć w to można było bardzo łatwo gdy tylko
zobaczyło się go siedzącego samotnie pośrodku pola trupów z książką w jednej i
z mieczem w drugiej łapie. Był poobijany i zmęczony a spod jego brązowego
płaszcza, na wysokości brzucha sączyła się krew czerwona jak płatki róż. Mimo
to nie drgnął ani przez moment czytając kolejne wersy. Był synem największego
z wojowników, za którego zawsze musiał się wstydzić. Teraz los rzucił go w sam
środek jatki tak wielkiej, że pozostał po niej tylko błysk metalowych mieczy
powbijanych jeden za drugim w ziemię i ciemny odór agonii. Dokoła dużego,
szarego głazu, na którym spoczywał leżały stosy martwych zwierząt, zupełnie
jakby przed chwilą przeszedł tędy huragan śmierci. Leon w całej swojej
niezwykłości był jednym z tysiąca powiewów tego potężnego żywiołu.
Kolejne kartki przewracał szybko, mało zastanawiając się nad ich treścią. Choć
książka ta była dla niego niezwykle ważna, myślami błądził przy poległych
przyjaciołach, znajomych i tych, z którymi w życiu nie zamienił ani jednego
słowa. Teraz wszyscy byli jego braćmi. Nie mógł uwierzyć, że dwa metry od
niego leżał wysoki, zwinny i niezwykle mężny gepard Fantom, z którym przed
chwilą ciął rzesze wroga srebrzystym ostrzem. Jego rzeźbiony, stuletni miecz
nie trafi już nikogo. Tam dalej, odrobinę w prawo, znad morza śmierci
wystawała jedyna odrętwiała łapa. Leon poznał ją po złotych sygnecie wielkości
małego jabłka, zaciśniętym na palcu serdecznym. To Salya, małpia przyjaciółka
z młodości. Poległa jak bohaterka wyciągając rękę ku górze, ku jej światu,
którego broniła.
Nagle namolne bzyczenie wyrwało lwa z zamyślenia. Doskonale znał ten dźwięk.
Znali go też wszyscy Ci, którzy po bitwie nadal nie rozstawali się ze swoim
życiem. Niósł on ze sobą falę zgorszenia i złości, podobnej do tej gdy
wiedzieliśmy sępy żerujące na czyimś nieszczęściu. Tu nawet wojownik był
bezsilny. Nawet a może przede wszystkim.
Zza samotnego, wyschniętego krzaka rosnącego po środku placyku, na którym
rozegrała się największa bitwa ostatnich lat wyleciały dwa przeraźliwe stwory
o czterech, długich łapach, zakrzywionych rurkach zamiast nosów i wyłupiastych
oczach zbudowanych z cienkiej siateczki. Unoszone przez małe, przeźroczyste
skrzydełka podleciały do Leona, okrążyły go dwa razy i w końcu rozkazały
paskudnie, zatrzymując się w powietrzu tuż przed jego pyskiem.
- Idź stąd lwie. Teraz to nasz teren. Idź do swoich wojsk.
Leon przerzucił kolejną kartkę i wtopił wzrok w pionowo ułożone linie tekstu.
Wiedział, że komary mają rację. Teraz to ich teren. Pobojowisko i wszystkie
martwe zwierzęta należą do nich i pewnie nic tego nie zmieni. To czyściciele,
którzy wypijali krew a potem sprzątali pole bitwy. Na razie było ich tylko
dwóch, ale za godzinę zrobi się tu tak czarno od tysięcy wstrętnych, owadzich
ciał, że nie da się pomiędzy nie włożyć szpilki.
- Czemu nie odpowiadasz? – zapytał ten po lewej, o ryjku bardzo podobnym do
świńskiego. – Czyżbyś nie rozumiał naszej mowy?
- Na pewno rozumiesz, nawet tak głupie stworzenia jak lwy rozumieją mowę
innych ras.
- Firtonie, nie jestem pewien, pamiętasz przecież ten przypadek kota znad wysp
Saltona Wielkiego. On nie rozumiał nawet swojej mowy, więc ten może być podobny.
- Nie Pozonie – zaprzeczył Firton. – Wtedy takiego ciamajdy nie brali by do walki.
- Podobno brakuje rekrutów – odparł Pozon. – Całkiem możliwe, że ten jest z
jakiegoś dalekiego przydziału.
- Głupi jesteś! – krzyknął Firton a jego podwójny podbródek zafalował. – To po
co czytałby książkę? Takie głupki jak ty i on nie potrafią wywnioskować nic z
telewizji, a co dopiero z książki! Myśl trochę.
- Aaa ... – Pozon zmieszał się. – Racja. No to już sam nie wiem. Co z nim robimy?
- Myślę, że jeśli się stąd nie ruszy, trzeba będzie go wyssać.
- Nie, przecież on jest żywy – zaprotestował Pozon. – Mamy licencję tylko na
martwych.
- No i co z tego? – Firton obejrzał się za siebie i machnął długimi,
cieniutkimi ramionami jakby rysował w powietrzu duże kręgi. - Widzisz tu kogoś
z Firmy? Bo ja nie bardzo.
- Chodź na słówko. – szepnął Pozon do ucha Firtona i odleciał kilka metrów do
tyłu.
- Co z Tobą?
- Słuchaj – Pozon szeptał aby nic z ich rozmowy nie dotarło do samotnego lwa.
– Ty spójrz na niego. Od razy widać, że zabił nie jedno zwierzę. Poza tym ma
miecz w łapie a ta jego grzywa wygląda jakoś groźnie.
- Chyba się nie boisz? – zapytał kpiąco Firton. – Jesteśmy zwiadowcami
komarów, nam nie może nic zrobić, nawet jeśli będziemy go chcieli wyssać na
żywca. Poza tym to jakiś kmiotek ze wsi, no i jest ranny. Wszamamy go i
przynajmniej będziemy syci.
Pozon spojrzał na lwa, który właśnie przewracał kolejną kartkę. Perspektywa
wyssania tak dużego zwierzęcia była nad wyraz kusząca. Szczególnie, że zaraz
zleci się tu cała komarza brać i wtedy dla zwiadowców może zabraknąć tak
wspaniałego jedzenia jakim bez wątpienia była krew.
- W porządku – Pozon zgodził się z uśmiechem. – Zjedzmy go.
- I o to właśnie chodzi. – oparł zadowolony Firton.