niebieski_koralik
24.04.06, 11:36
Po informacjach uzyskanych od mojej przyszłej szwagierki, zamieszkałej w
Hiszpanii, opadła mnie tęsknota za zagranicznym książkowym rajem.
I wyobrażam sobie- jestem Hiszpanką, wokoło wiosna w pełni, więc mogę ułożyć
się na patio, zapijać gaspacho (gazpacho???), chrupać oliwki i czytać. Akurat
mam ochotę na kilka dość rzadkich pozycji, których niestety nie ma w mojej
lokalnej bibliotece. Ale nie denerwuję się, nie wydaję oszczędności życia na
serwisach aukcyjnych, nie. Ja uruchamiam komputer i spokojnie zamawiam sobie
wymarzone egzemplarze z dowolnej biblioteki w kraju. Książki przychodzą pocztą
(płacę za to 1 euro), albo podwozi mi je za darmo wesoły bus biblioteczny
(jeśli nie ma u mnie biblioteki lokalnej). Ruszam więc z nimi na to moje
patio, nie spieszę się z czytaniem, wiosna sprzyja lenistwu, a wiem, że nie
mam konkretnego terminu oddania książki, po prostu kiedy ktoś inny będzie jej
potrzebował- zadzwonią do mnie, a ja wtedy oddam. Pocztą lub do wspomnianej
objazdowej biblioteki.
I nie zapłacę kary.
Kiedy już tak leżę na tym patio nagle mi się przypomina, że nie jestem
Hiszpanką tylko Polką, nie leżę na patio tylko na balkonie nad ruchliwą ulicą,
nie ma jeszcze dobrych pomidorów na gaspacho, w mojej lokalnej bibliotece są
tylko "Opowiadania Playboya", Uniwersytecka mnie nienawidzi za same próby
wydostania od nich jakichkolwiek książek, a jak chcę książki z biblioteki
zamiejscowej to mogę sobie co najwyżej sama po nie pojechać, a i tak nie
wiadomo czy mi wypożyczą.
I tak z marzeń przechodzę do walenia głową o ścianę, bo nie dla mnie
czytelnicze raje, moi drodzy, nie dla mnie...