elodia
29.04.06, 19:18
W 85 albo 6 roku poznałam ciekawego człowieka - Anglik, bywał w całym
świecie, był mną zachwycony:P
Pomińmy urodę niezgorszą i charakter, pomińmy moje oczytanie...
ON twierdził, że Francuzka, Angielka już nie mówiąc o Amerykance by tego nie
wiedziały...
Czego?
Hitler, Churchill, Sokrates, Seneka, Maria Stuart czy Iza z Hiszpanii,
Sartre, Marquez, Mandela...
Nie rozumiałam... nie rozumiem do dziś...
Dla mnie to był alfabet... choć filozofii w szkole nie miałam, ale
wiedziałam, że nawet moje najbardziej nieznoszące czytać koleżanki to znają...
I nie uważałam tego za jakiś fundament mądrości - moja babcia po 5 klasach
podstawówki, bez tej wiedzy była mądrzejsza od wielu, o mnie nie
wspominając... Ot, alfabet....
A dziś wspominam i się dziwię? No, można żyć bez tego ale... jak to... gdzie
indziej tego nie wiedzą?! Nie uczą?!
Przecież tracą!!!
A za chwilę naszło mnie... ale co tracą? Czy to potrzebne skoro moja babcia...
Hmm...
Czy ten alfabet jest potrzebny?
Dzisiaj - widzę, współczesne młode pokolenie nie łapie wiedzy pozaszkolenej
tak jak my - może i mają rację?!