marynka
04.02.03, 07:33
Szanowni Forumowicze!
Skoro ocenianie innych to już niemal historia tego Forum, może i mnie nie
pominiecie? Oto krótkie opowiadanie. Zapraszam!
Aniele ... stróżu mój
Urodził się tam gdzie niebo jest bladoniebieskie. Gdzie wzgórza, porosłe
trawą, zdają się nie mieć końca, a mgły snują się wśród liści. Lata bywają
tam gorące i parne. Tak parne, że czasami trudno dostrzec niebo i wtedy
wszystko wydaje się być zasnute. Wzgórza, niebo i kapelusze ludzi.
Świat powitał go bielą i gwarem którego ani nie mógł, ani nie chciał
zrozumieć. I to właśnie tam, wraz z oddechem, wciągnął w siebie ból i
przerażenie. Wtedy pojawiły się One. Otoczyły go ze wszystkich stron i
starały się uchronić przed nieznanym mu światem. Rozbijały krople światła, a
głos ich, z każdą chwilą nabierający mocy, pozwalał zapomnieć mu o
nieznanym. Wtedy przestał się bać i choć rozglądał się wokół, niczego oprócz
nich nie dostrzegał. One towarzyszyły mu nieustannie. Chłodziły jego myśli,
masowały ciało. To one usypiały go, pielęgnowały i karmiły. A świat, ten
obecny, a nieznany, był dla niego jak rozmazana na tablicy kreda. Jak
zalewany przez morze rysunek na piasku.
Któregoś dnia zauważył, że otaczający świat nabiera wyrazistości, że powoli
staje się coraz bardziej widoczny i zrozumiały. Tego samego dnia anioły
wydały mu się bledsze. Ciągle jednak były przy nim. Bawiły się jego włosami,
kąpały go i nuciły mu do snu. A świat stawał się przed nim. Przyglądał mu
się z rosnącym z każdą chwilą zainteresowaniem. Anioły, co prawda, były
jeszcze, ale ledwie dostrzegał tę ich obecność. Potem znikły zupełnie, a on
wcale ich nie żałował. Przy nim pozostały tylko ich głosy. Ale i one odeszły
w niepamięć, gdy świat eksplodował przed jego oczami niczym noworoczny
fajerwerk.
Odtąd zaczął zapominać. A świat robił się taki prosty i oczywisty, jakby od
lat był jego przyjacielem. I tak powoli mijał dzień za dniem i lato za
latem, a on nieuchronnie zanurzał się we mgle zapomnienia. Zapominał o
wszystkim, choć czasami wracało coś jak przeczucie, jak sen. I choć myśl o
tym wcale nie była ani prosta ani zła, pośpiesznie i nerwowo starał się od
niej uwolnić. Czasami nie było to łatwe, więc coraz mocniej zanurzał się w
życie. A świat był mu jednocześnie przyjacielem i wrogiem. Najohydniejszym
przekleństwem i miłosnym szeptem.
Dopiero po latach, osamotniony przez czas i ludzi, gdy świat chował już mu
się we wspomnieniach, usłyszał je.
To było jak powrót do domu, jak doznane szczęście, którego nie mógł już
pamiętać. Czekał więc i słuchał. Głos potężniał z każdą chwilą i coraz
mocniej zamykał go w sobie. Aż drzewa za oknem, drzewa które właśnie się
zazieleniły, odeszły razem z wiatrem. Ucichł także deszcz. Nawet oddech
zamilkł zadziwiony.