Gość: rosomak
IP: *.atol.com.pl
31.12.06, 21:37
Po kilku latach harcowania, od A-ndricia do Z-oli, jakieś 10 lat temu wlazłem
w ubłoconych walonkach w literaturę rosyjską/radziecką/rosyjskojęzyczną i
ugrzązłem. Licznik bije średnio 100 tytułów rocznie, więcej nie wyrabiam.
Mówię tytułów, nie książek bo o ile "Na dnie" Gorkiego można trzasnąć w jeden
wieczór to "Cichy Don", "Wojna i pokój" czy "Cuszima" wymaga trochę więcej.
Razem daje to około 1000 pozycji a i tak mam zaległości, Radiszczew nie
ruszony, Sałtykow-Szczedrin ledwo napoczęty, Leskow i Kuprin w połowie, nawet
z Turgieniewa coś jeszcze czeka, a co tu mówić o XX wieku, prosto dziury jak
w starym kaftanie. A jak wy to robicie, że macie czas na nowości, do tego
polskie! Ja też tak chcę. Rady typu: "zarzuć jakiegoś hita, odpuść pruchno"
na mnie nie zadziała, boję się miny "bestsellera" ostatnich notowań. Poza tym
mam mieszane uczucia sięgając po jakiegoś głośnego Paćkiewicza czy Mosińską
(a czasami rączka sięga popychana zachwytami pryszczatej bibliotekarki w
okularkach i oczka potem wyczytują notkę pochwalną i recenzje z gazet itp.)
gdy z półki w bibliotece spogląda na mnie nieprzeczytany Eurypides, Rabelais
czy Hugo. Więc zdradźcie mi jak wam udało się przeczołgać po lekturach
obowiązkowych, bo ja nawet rosyjskiej końca nie widzę. A inne? Jak!