Dodaj do ulubionych

Przeciętność na topie

05.05.03, 18:37
Z zabawnym oto zjawiskiem mamy w ostatnim dziesięcio- a może piętnastoleciu
do czynienia. Mało kto czyta dziś kanon albo ambitną literaturę współczesną,
za to cała rzesza czytaczy zna nierzadko całą twórczość takich
trzeciorzędnych autorów jak Wharton, Coelho, Irving, Atwood, Carroll,
Rollison... Dobrze, że coś w ogóle czytają...
Obserwuj wątek
    • Gość: Nu! Re: Przeciętność na topie IP: *.gce.gliwice.pl 05.05.03, 19:50
      absurd napisał:

      > Z zabawnym oto zjawiskiem mamy w ostatnim dziesięcio- a może piętnastoleciu
      > do czynienia. Mało kto czyta dziś kanon albo ambitną literaturę współczesną,
      > za to cała rzesza czytaczy zna nierzadko całą twórczość takich
      > trzeciorzędnych autorów jak Wharton, Coelho, Irving, Atwood, Carroll,
      > Rollison... Dobrze, że coś w ogóle czytają...

      Masz zapewne rację, ale istnieje coś takiego jak społeczny
      kontekst książki; na przykład można o tych ksiązkach pogadać,
      "podyskutowac" ze znajomymi, poczytać w prasie recenzje, itd.
      Prócz tego jest ważne chyba, że autorzy tych książek jeszcze
      żyją (chyba.) A czytając książki ambitne bardzo, albo wydane
      dawno temu jest się w lekturze, że tak powiem, zupełnie samemu.
      Oczywiście można szukać jakiś krytyk, opracowań, recenzji,
      omówień, żeby jakoś skonfrontowac własne przemyślenia czytelnicze
      z cudzymi lub bardziej "fachowymi", ale to wymaga już całkiem sporego
      wysiłku...

      (ale banały piszę - ufff)
      pozdrawiam
      • dr.krisk Wcale nie takie banały! 05.05.03, 22:52
        Gość portalu: Nu! napisał(a):

        >
        > (ale banały piszę - ufff)
        > pozdrawiam
        Myślę, że masz rację. Tak nam ten cały szołbiznes zamieszał w głowach
        (wliczając w to moją własną), że coraz częsciej rezygnujemy z uczciwego
        postawienia pytania: "czy to mi się naprawdę podoba?". Zamiast tego zdajemy się
        na osąd innych, no i wychodzi średnia....
        Ja staram się jak najczęsciej zadawać to pytanie, dlatego troche nieskromnie
        mogę powiedzieć, że miewam niezależne zdanie. Ale czasem sam siebie pytam: czy
        aby nie przesadzam? Czy nie dzielę zapałki na czworo? Może takie wspólne (żeby
        nie napisać: stadne) przeżywanie sztuki ma też swoja wartość?
        Myślę jednak, że nie. Że jest to kolejny wytwór kultury masowej, taka
        literatura poprawnie tworzona, ale jakby już przy swych narodzinach zarażona
        martwotą. Możliwa do zaakceptowania przez bardzo szeroki krąg odbiorców, ale
        przez to nijaka.
        Też prawię banały.
        I też pozdrawiam.
        KrisK
        • Gość: ryża małpa Re: Wcale nie takie banały! IP: *.lublin.mm.pl 05.05.03, 23:03
          1. Czy lepiej jest czytac bzdury czy nic nie czytać?
          2. Czy " ambitna" literatura była by " amibitna" , gdyby7 czytali ja wszyscy?
          3. Od czegoś trza zacząć : ja zaczynałam od Astrid Lindgren i Muminków , a co
          ma czytac na poczatku osoba , która do tej pory przeczytała niewiele i bardzo
          wyrobiona nie jest i stany wewnetrzne Briget Jones bardziej ją interesuja niz
          rozterki Hansa Castropa sprzed wieku?
          4. Czy stawianie w jednym rzędzie Coehlo i Irvinga jest słuszne - jednak nieco
          inny kaliber.
          5. Co zrobic żeby cała pOlska czytała dobre?
          • dr.krisk Tyle pytań.. 05.05.03, 23:26
            .. a na żadne z nich nie znam odpowiedzi. Pewnie, że fajnie byłoby (a może
            nie?), jakby rano ludzie w autobusie czytali "Pieśni Maldorora", ale nie
            czytają i czytać nie będą. Ja też nie czytam, tylko patrzę przez okno i ziewam.
            Tak więc nie mam zamiaru kopać literatury popularnej (cokolwiek by to mialo
            znaczyć).
            Ale coś jest "na rzeczy".
            Trochę te nasze czasy tandetne, proszę państwa.
            No i dobrze.
            KrisK
            • hania_76 Tandetne czasy... 06.05.03, 10:39
              Tandetne czasy trwają już chyba bardzo długo, bo Słonimski w Kronikach
              tygodniowych (od 1927 roku) narzekał średnio raz na parę miesięcy na tandetę w
              kinie, literaturze, teatrze, poezji. Wyrywał sobie resztki włosów z głowy nad
              brakiem prawdziwych objawień literackich i wzdychał do śpiącego już snem
              wiecznym Żeromskiego.

              Ot, taka uwaga na marginesie, bom do konkluzji odkrywczej żadnej niezdolna.
        • Gość: Nu! Re: Wcale nie takie banały! IP: *.bmj.net.pl 06.05.03, 01:54
          Hmmm

          odzwdzięcze się tym samym i powiem, że rzecz nie jest banalna, bo
          dotykamy tu i problemu kultury, literatury średniej, i rynku książki,
          i tzw czytelnictwa...

          Podzielę się (nie wnikając w ta szeroką problematyką, która się tu
          rysuje), pewną refleksją (właściwie nie moją - yhyhyhy):
          Otóż co oznacza właściwie "samodzielna ocena", "samodzielny wybór".
          "samodzielne przeżywanie sztuki"...???

          Chodzi mi tutaj konkretnie o tak zwane odkrywanie na własna rękę
          książek wartościowych. Kiedyś myślałem, że istnieje cos takiego,
          że sam jestem niejako odkrywcą różnych tekstów. Ale od dłuższego czasu
          całkowicie rozstałem się z tą myślą. Dlaczego? Po pewnym namyśle stwierdziłem,
          że ksiązki wpadają mi do ręki niemal zawsze z jakiejs rekomendacji.
          Na przykład czytam "od zawsze "Literaturę na świecie"... i masa moich
          ulubionych, "osobistych książek" trafiła do mnie właśnie poprzez to pismo.
          No i dziesiątki innych rekomendacji różnego typu:
          a to kolega pochwalił, a to nazwisko autora albo tytuł sie przewinął
          w interesujących okolicznościach, a to seria książek budząca zaufanie...

          Tymczasem w międzyczasie zetknąłem się z duża ilością róznych,
          krytycznoliterackich opracowań, analiz, itp. no i siłą rzeczy przy okazji
          utrwaliła mi się masa nazwisk, tytułów, jakiś prądów literackich.
          Trudno tu w ogóle mówić o dosłownie rozumianej "samodzielności" w
          docieraniu do tych autorów i tych książek.

          Przykładowo, w Lit. na Św. teksty właściwe otoczone są zazwyczaj jakimiś,
          na ogół niezłymi omówieniami, wprowadzeniami, analizami...
          mimo woli można się zarazić entuzjazmem do określonej książki czy autora,
          jeżeli się czyta o tym tekście interesujące i bardzo pochlebne rzeczy.

          (Mi to nie przeszkadza - wręcz przeciwnie)


          I tak to działa.

          Entuzjazm z drugiej ręki może budzić zastrzeżenia, ale taki jest właśnie
          mechanizm transmisji sztuki poza, że się tak wyrażę, twórcę.

          Z innej beczki, czytałem niedawno interesujący tekst o tym socjologicznym
          aspekcie sztuki odnoszacym się do instytucji marszandów, którzy niby
          "odkrywają" danego artystę i jego sztukę... Autor pracy (P. Bordieu)
          zauważa, że faktyczne odkrycie nie ma w istocie miejsca, gdyż zazwyczaj
          artysta ten został już dawno odkryty przez kolegów po fachu.
          Czyli mamy cały czas do czynienia z zapośredniczeniem. Takim bądź innym.

          Bordiueu (o ile dobrze pamietam) pisze gdzieś, że nawet w redakcjach pism czy
          wydawnictwach nie dochodzi do takich odkryć mimo, ze mają one do czynienia z
          pierwopisami.

          Tu mi się nasuwa casus Masłowskiej i dociekania, kto pierwszy ją "odkrył".
          Być może był to po prostu kolega ze szkolnej ławki, któremu podyktowała zadanie
          a może już w przedszkolu coś ten teges... :))

          A może pojecie "odkrycia" w odniesieniu do twórców nie ma głębszego sensu
          a jedynie powierzchowny?

          Wiem, ze odbiegłem od tematu, ale w tak szerokim kontekście bym rozpatrywał
          ów problem literatury znanej i lubianej... jej lansowania, i tak dalej.


          Pozdrawiam
    • Gość: maya Re: Przeciętność na topie IP: *.acn.pl 05.05.03, 23:20
      przede wszystkim przyjrzyjcie się najpierw tym nazwiskom: Carroll obok Atwood
      obok Coelho obok Irvinga. Paranoja (pogadajcie z jakimś sensownym krytykiem,
      albo przeczytajcie po jednej pozycji każdego z autorów jeszcze raz).
      Ale powiedzmy, że zamienimy to na jedną Grocholę, która fantastycznie się
      sprzedaje. Dlaczego? Marketing, to jasne (ale za mało). Gust większości (to
      drugie i ważniejsze). Nawet jakbyście mieli w każdym kolorowym pisemku
      zrecenzowanego Topola czy Arundhati Roy, kupiłaby to wąska grupa. Cudów nie ma.
      Do filharmonii też nie chodzi większość, dlatego powstają takie twory,
      jak "Grupa Mozarta", której odpowiednikiem literackim jest może Carroll. I
      dobrze. Nie rozumiem, do czego zmierzacie. Też bym chciała, żeby magazyn
      literacki w tv po pierwsze był, po drugie dobry, po trzecie o książkach z
      wysokiej półki. Ale się cieszę, jak znajdę jedną sensowną osobę, która lubi to
      co ja i w dodatku co innego o tym myśli (inaczej nie byłoby dyskusji).
      To cud, nie zawsze jest ta jedna. Myślę, że to normalne.
      Nie bądźmy snobami. A jak sprawa wygląda z malarstwem, z muzyką? Też jestesmy
      tacy jak jeden mąż wyrafinowani, dumni z siebie?
      Chcecie zrobić coś w tej sprawie? Promujcie to, co się Wam podoba gdzie się da.
      Zarażanie tym bakcylem jest przyjemniejsze od biadolenia.
      • stazzio Re: Przeciętność na topie 06.05.03, 04:37
        Święte słowa!
        Od siebie dodam jeno tyle - żeby zabrzmiało dobitniej - iż stawianie w jednym
        szeregu Irvinga z Coehlo wydaje mi się dużym nieporozumieniem, świadczącym nie
        tyle nawet o skłonności do biadolenia, ile o pewnym stępieniu czytelniczego
        słuchu.
        Kłaniam
        • kasiulek1976 Re: Przeciętność na topie 06.05.03, 09:37
          Moim zdaniem dobrze, ze ludzie w ogole cokolwiek jeszcze czytaja!!!!
        • Gość: Druss Re: Przeciętność na topie IP: 81.210.23.* 06.05.03, 09:45
          stazzio napisał:

          > Święte słowa!
          > Od siebie dodam jeno tyle - żeby zabrzmiało dobitniej - iż stawianie w
          jednym
          > szeregu Irvinga z Coehlo wydaje mi się dużym nieporozumieniem, świadczącym
          nie
          > tyle nawet o skłonności do biadolenia, ile o pewnym stępieniu czytelniczego
          > słuchu.

          Święte słowa... Zresztą - ludzie!!! Nie dzielmy literatury na złą i dobrą (to
          trąci rasizmem). Tworzymy w ten sposób getta, a przecież czytelnicy powinni
          trzymać się razem w tym zalewie analfabetyzmu. Nawet czytanie Coelho nie
          zamyka przed nikim drogi do sięgnięcia po Borgesa czy Dostojewskiego. Ważne
          jest połknięcie czytelniczego bakcyla.
          Ukłony,
          Druss
    • Gość: olcia tego ludziom brakuje!!!! IP: *.kutno.mediaclub.pl 11.05.03, 12:58
      brakuje biednemu ludowi niezwykłości ukazanej w tych książkach, a już
      Stanisław Przybyszewski nawoływał w "Confiteorze": "Dla ludu chleba potrzeba
      nie sztuki, jak będzie miał chleb to sam sobie drogę znajdzie!!!"
    • faoiltiarna Re: Przeciętność na topie 13.05.03, 09:50
      Dlaczego, dalibóg, coś popularnego automatycznie trafia u Was na niską
      półkę??? Oj, szufladki, szufladki... Wejdźmy na chwilę na piętro z muzyką -
      okazuje się, że jedną z najpopularniejszych płyt początku XXI wieku był
      album "Ten New Songs" niejakiego Leonarda Cohena. I co powiecie? Niskie gusta?
      Masowa muzyczna papka dla idiotów???? Więcej obiektywizmu!!!
      F.
      • hania_76 Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 10:20
        faoiltiarna napisał:

        > Dlaczego, dalibóg, coś popularnego automatycznie trafia u Was na niską
        > półkę??? Oj, szufladki, szufladki... Wejdźmy na chwilę na piętro z muzyką -
        > okazuje się, że jedną z najpopularniejszych płyt początku XXI wieku był
        > album "Ten New Songs" niejakiego Leonarda Cohena. I co powiecie? Niskie
        gusta?
        > Masowa muzyczna papka dla idiotów???? Więcej obiektywizmu!!!
        > F.

        Nieprawda, nie ma szufladki zatytułowanej "przeciętność", do której wrzuca się
        wszystko, co popularne, tylko dlatego, że jest popularne. Właśnie sama dałaś na
        to dobry przykład muzyczny (Cohen). A taki np. Arturo Perez-Reverte (wrócę do
        literatury) - popularny, ale nie tandeciarz i na niskiej półce w sąsiedztwie
        pani Grocholi i pana Cohello raczej ustawić się go nie da.
        • faoiltiarna Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 10:28
          hania_76 napisała:

          > Nieprawda, nie ma szufladki zatytułowanej "przeciętność", do której wrzuca
          się
          > wszystko, co popularne, tylko dlatego, że jest popularne. Właśnie sama dałaś
          na
          >
          > to dobry przykład muzyczny (Cohen). A taki np. Arturo Perez-Reverte (wrócę
          do
          > literatury) - popularny, ale nie tandeciarz i na niskiej półce w sąsiedztwie
          > pani Grocholi i pana Cohello raczej ustawić się go nie da.

          Sorry, ale to nie moje uogólnienie, ale autora wątku - cytuję "Wharton,
          Coelho, Irving, Atwood, Carroll, Rollison...". Przeglądając wątki widzę, że
          forumowicze po koeli wieszają psy na różnych "popularnych" pisarzach (na
          wspomnianym przez Ciebie APR również...)
          F.
          PS. Jestem "pci" męskiej. Wiedziałem, że mój nick bedzie mylący :-)))))
          • hania_76 Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 10:57
            faoiltiarna napisał:

            >
            > Sorry, ale to nie moje uogólnienie, ale autora wątku - cytuję "Wharton,
            > Coelho, Irving, Atwood, Carroll, Rollison...". Przeglądając wątki widzę, że
            > forumowicze po koeli wieszają psy na różnych "popularnych" pisarzach (na
            > wspomnianym przez Ciebie APR również...)
            > F.
            > PS. Jestem "pci" męskiej. Wiedziałem, że mój nick bedzie mylący :-)))))

            Owszem, nick mylący - przepraszam :-)))

            Nie czytałam nic Atwooda ani Rollisona. Irvinga w jednej kolejce z Coelho (za
            każdym razem piszę jego nazwisko inaczej, ale to nie ze złośliwości, tylko
            nijak nie mogę pisowni zapamiętać) albo Whartonem nie wydaje mi się właściwe.
            Irving przynajmniej nie porywa się na pretensjonalne psychologizowanie i chwała
            mu za to. Ale i tak ustawiam go na niższej półce niż APR ;-) I zaraz przejrzę
            starsze wątki, żeby sprawdzić, kto na APR psy wiesza!

            Pozdrawiam.
            • reptar Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 12:04
              hania_76 napisała:

              > I zaraz przejrzę starsze wątki, żeby sprawdzić, kto na APR psy wiesza!


              Ja! Ja! Ja!

              Choć nie do końca. Gdybym miał jego książki porozstawiać na kwalifikującym
              regale, to na pewno nie wszystkie by stały razem. Za wysoko pewnie żadna.

              A dla "Cmentarzyska Bezimiennych Statków" to nie mam litości!
              • faoiltiarna Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 12:09
                reptar napisał:

                > Choć nie do końca. Gdybym miał jego książki porozstawiać na kwalifikującym
                > regale, to na pewno nie wszystkie by stały razem. Za wysoko pewnie żadna.

                Niewielu jest autorów, którzy trzymają równy poziom przez cały okres
                twórczości. A "Cmentarzysko" jest IMHO OK (moze troschkę zbyt rozwlekłe)
                czytając wracały mi przed oczy dawno przeczytane ksiazki Stevensona i Conrada.
                F.
              • hania_76 Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 12:12
                reptar napisał:

                > Ja! Ja! Ja!
                >
                > Choć nie do końca. Gdybym miał jego książki porozstawiać na kwalifikującym
                > regale, to na pewno nie wszystkie by stały razem. Za wysoko pewnie żadna.
                >
                > A dla "Cmentarzyska Bezimiennych Statków" to nie mam litości!

                O, proszę - znalazł się "ochotnik" ;-)

                Naprawdę nie podobało Ci się "Cmentarzysko"? Mnie najmniej podobał się "Klub
                Dumas" za to, że APR zabrakło pomysłu i rozmachu na zakończenie. Najbardziej
                podobał mi się "Fechmistrz". "Cmentarzysko Bezimiennych Statków"
                za "Fechmistrzem" na równi z "Szachownicą Flamandzką".
                • reptar Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 14:04
                  Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jakie to walory APR mogłyby go predestynować
                  do zajmowania miejsca w szeregu nieprzeciętnych. Jest znakomitym warsztatowcem,
                  to fakt. Jego zdania są gramatycznie poprawne jak by je pisała poprawnościowa
                  maszyna. To samo z treścią - od początku do końca trafiająca w gusty czytelników
                  z precyzją godną pozazdroszczenia. Ale choć to zaleta w przypadku list
                  bestsellerów, to na pewno nie jest to miara artyzmu. Nawet jeśli APR prywatnie
                  jest artystą, to w pracy narzucił sobie granice wyznaczone przez percepcję
                  masowego odbiorcy i do takiego odbiorcy - bardziej czy mniej świadomie - równa.
                  Według mnie pisarz powinien pisać przede wszystkim dla siebie, a nie pod
                  wydawcę, a nie pod klientelę. APR nie pozwoli sobie na jakąś ekstrawagancję, na
                  wyskok, na wprowadzenie elementu, który mógłby zostać zrozumiany dwojako. Ani
                  na chwilę nie zniży się do bycia niepoważnym. W jego książkach ze świecą szukać
                  żartu czy innych oznak poczucia humoru. Pisze zachowawczo, bezpiecznie, niczego
                  pod prąd. Jeśli coś jest ryzykowne, to w APR się nie znajdzie - ot, taka
                  filozofia ekipy odpowiedzialnej za scenariusz telenoweli. Niczego też nie
                  pozostawia czytelnikowi, odwala za nas całą robotę, wyjaśniając nam wszystko,
                  czego ewentualnie moglibyśmy na tym poziomie przeciętności nie zrozumieć.
                  Skrupulatnie podopina wszystkie wątki, to pewne. Wszystko wyłoży kawa na ławę.

                  W tej perfekcji przypomina trochę Joego Alexa, tylko że Joe Alex sam traktował
                  swoje powieściopisarstwo jako "sztukę mniejszą" czy nawet hobby, i jakoś nikt
                  nie stawiał go za nie na piedestałach. Dla mnie Joe Alex jest lepszy. Choćby
                  dlatego, że w książkach Joego Alexa nie odczuwa się tej pozy, tego dopominania
                  się o dusze czytelników.

                  A wracając do APR - jego narracja jest konkretna jak relacja w gazecie. Mało
                  jest w jego książkach czegokolwiek, co nie jest relacją. Nawet nastrój jest
                  tylko funkcją, tzn. nie przenika książki, lecz wynika z reguł konstruowania
                  nastroju. Czytasz, i masz wrażenie, że został zaprojektowany, że pisarz, pisząc
                  to wszystko, sam nie poddawał się temu nastrojowi, choć doskonale wiedział,
                  jakich słów używać. Że stworzył dekorację. Odnoszę wrażenie, że APR nie jest
                  zaangażowany w to, co pisze. Że gotów byłby sprzedać każdego ze swoich bohaterów
                  za kolejne sprzedane egzemplarze książki, i nawet nie poczułby odrobiny tego
                  dyskomfortu, jaki podobno czują pisarze, kiedy przyjdzie im ulegać wydawcom.

                  Nie ma wiele poza relacją, dekoracją i banałami, chyba że za niebanał uznasz
                  kwestie typu "cudownie jest nauczyć latać małego wróbelka, bo jego wolność
                  zawiera w sobie twoją rezygnację" - tylko że ja, nigdy nie czytając Coelho, tak
                  właśnie sobie wyobrażam tamtego pisanie. Wiem, wiem, nierozsądnie jest się
                  powoływać na własną niewiedzę, ale to, co o Coelho piszecie na forum - że
                  banały ubrane w złote myśli - to właśnie mi pasuje jak ulał do takich złotych
                  myśli jak ta wyżej z wróbelkiem.


                  I teraz o rzeczy kluczowej: może walczysz o status nieprzeciętności dla APR bo
                  go lubisz, a równocześnie nie lubisz lubić czegoś przeciętnego. A przecież
                  możemy sobie dać trochę luzu i lubić od czasu do czasu coś przeciętnego. Ja APR
                  na swój sposób lubię. Lubię choćby jego "Ostatnią bitwę templariusza", nawet
                  czasami bardzo lubię. A to wszystko, co piszę wyżej, wcale mi w tym nie
                  przeszkadza.


                  Kurczę, znowu się narażam temu, i temu, i tamtemu...


                  A zakończenie do "Klubu Dumas" dorobił Polański.
                  Zresztą genialne w swoim kpiarstwie!   ;-)
                  • faoiltiarna Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 14:16
                    Chyba nie rozumiem Twojego zarzutu dotyczącego komunikatywności języka APR.
                    Czy to źle??? Być może przemawia przeze mnie zajęcie, którym się param, ale
                    IMHO o artyźmie pisarza decyduje właśnie warsztat pisarski - sztuka
                    posługiwania się słowem, idealnego trafiania na właściwe frazy itp. Weźmy
                    Kapuścińskiego - jego pisarstwo chyba można nazwać sztuką właśnie dlatego, że
                    język, którym się posługuje jest do bólu wyważony. Umieszczanie zdań, które
                    trącą czasami banałem??? Pokaż mi pisarza, który tego nie robi. Podaj dowolny
                    przykład ksiązkowy, a ja znajdę Ci w nim zdanie, które można zakwalifikować do
                    szufladki z napisem "prosta psychologiczna oczywistość". Wszystko zalezy od
                    naszych wcześniejszych doświadczeń lekturowych i od ... zawodu. Prawnik nie
                    będzie się zachwycał powieściami Grishama, lekarz - thrillerami medycznymi, a
                    szaradzista...???
                    F.
                    • reptar Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 15:31
                      faoiltiarna napisał:

                      > Chyba nie rozumiem Twojego zarzutu dotyczącego komunikatywności języka APR.
                      > Czy to źle??? Być może przemawia przeze mnie zajęcie, którym się param, ale
                      > IMHO o artyźmie pisarza decyduje właśnie warsztat pisarski - sztuka
                      > posługiwania się słowem, idealnego trafiania na właściwe frazy itp.


                      To nie jest źle, to jest bardzo dobrze. Tylko że dokładnie za to samo cenimy
                      wyrobników... a do artyzmu potrzeba odrobiny szaleństwa. Doskonałość to za mało,
                      to nie wystarczy. Największy wirtuoz może wybrać jako drogę życiową przygrywanie
                      na weselach - wtedy może i sobie jest gdzieś tam w głębi duszy artystą, ale to,
                      co otrzymujemy, choć zagrane idealnie, wciąż będzie weselną przygrywką.

                      A do rzeczy idealnie zaprojektowanych w pierwszym rzędzie zaliczyć należałoby
                      McDonaldy, które wprawdzie lubię, ale których nie uważam za jakiś szczególny
                      okaz nieprzeciętności.
                      • hania_76 Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 15:36
                        reptar napisał:
                        >
                        > To nie jest źle, to jest bardzo dobrze. Tylko że dokładnie za to samo cenimy
                        > wyrobników... a do artyzmu potrzeba odrobiny szaleństwa. Doskonałość to za
                        mało
                        > ,
                        > to nie wystarczy. Największy wirtuoz może wybrać jako drogę życiową
                        przygrywani
                        > e
                        > na weselach - wtedy może i sobie jest gdzieś tam w głębi duszy artystą, ale
                        to,
                        >
                        > co otrzymujemy, choć zagrane idealnie, wciąż będzie weselną przygrywką.
                        >
                        > A do rzeczy idealnie zaprojektowanych w pierwszym rzędzie zaliczyć należałoby
                        > McDonaldy, które wprawdzie lubię, ale których nie uważam za jakiś szczególny
                        > okaz nieprzeciętności.


                        Wirtuoz pozostanie wirtuozem niezależnie od tego, gdzie będzie grywał.
                        McDonaldy są poniżej wszelkiej krytyki, więc nawet nie są przeciętne.
                        A dla mnie APR jest dobrym powieściopisarzem. Czy powieść musi mieć
                        odrobinę "szaleństwa", żeby być dobra, czy żeby nosiła piętno artyzmu? Czy
                        zdanie Stendahla o tym, że powieść jest jak lustro, które się obnosi po
                        gościńcu już się zdewaluowała? Jeśli tak, to znaczy, że np. "Noce i dnie" są
                        przeciętne. Tak?
                  • hania_76 Re: Zbyt duże uogólnienie 13.05.03, 15:03
                    reptar napisał:

                    > Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jakie to walory APR mogłyby go
                    predestynować
                    > do zajmowania miejsca w szeregu nieprzeciętnych. Jest znakomitym
                    warsztatowcem,
                    >
                    > to fakt. Jego zdania są gramatycznie poprawne jak by je pisała poprawnościowa
                    > maszyna. To samo z treścią - od początku do końca trafiająca w gusty
                    czytelnikó
                    > w
                    > z precyzją godną pozazdroszczenia. Ale choć to zaleta w przypadku list
                    > bestsellerów, to na pewno nie jest to miara artyzmu. Nawet jeśli APR
                    prywatnie
                    > jest artystą, to w pracy narzucił sobie granice wyznaczone przez percepcję
                    > masowego odbiorcy i do takiego odbiorcy - bardziej czy mniej świadomie -
                    równa.
                    >
                    > Według mnie pisarz powinien pisać przede wszystkim dla siebie, a nie pod
                    > wydawcę, a nie pod klientelę. APR nie pozwoli sobie na jakąś ekstrawagancję,
                    na
                    >
                    > wyskok, na wprowadzenie elementu, który mógłby zostać zrozumiany dwojako. Ani
                    > na chwilę nie zniży się do bycia niepoważnym. W jego książkach ze świecą
                    szukać
                    >
                    > żartu czy innych oznak poczucia humoru. Pisze zachowawczo, bezpiecznie,
                    niczego
                    >
                    > pod prąd. Jeśli coś jest ryzykowne, to w APR się nie znajdzie - ot, taka
                    > filozofia ekipy odpowiedzialnej za scenariusz telenoweli. Niczego też nie
                    > pozostawia czytelnikowi, odwala za nas całą robotę, wyjaśniając nam wszystko,
                    > czego ewentualnie moglibyśmy na tym poziomie przeciętności nie zrozumieć.
                    > Skrupulatnie podopina wszystkie wątki, to pewne. Wszystko wyłoży kawa na ławę.
                    >
                    > W tej perfekcji przypomina trochę Joego Alexa, tylko że Joe Alex sam
                    traktował
                    > swoje powieściopisarstwo jako "sztukę mniejszą" czy nawet hobby, i jakoś nikt
                    > nie stawiał go za nie na piedestałach. Dla mnie Joe Alex jest lepszy. Choćby
                    > dlatego, że w książkach Joego Alexa nie odczuwa się tej pozy, tego
                    dopominania
                    > się o dusze czytelników.

                    Widzisz, ja u APR nie odczuwam dopominania się o duszę czytelników. Widzę
                    dobrego warsztatowo powieściopisarza, którego książki mają solidną podbudowę
                    erudycyjną, żywych bohaterów, wartką akcję.

                    >
                    > A wracając do APR - jego narracja jest konkretna jak relacja w gazecie.

                    Bo APR bodajże jest reporterem :-)

                    Mało
                    > jest w jego książkach czegokolwiek, co nie jest relacją. Nawet nastrój jest
                    > tylko funkcją, tzn. nie przenika książki, lecz wynika z reguł konstruowania
                    > nastroju. Czytasz, i masz wrażenie, że został zaprojektowany, że pisarz,
                    pisząc
                    >
                    > to wszystko, sam nie poddawał się temu nastrojowi, choć doskonale wiedział,
                    > jakich słów używać. Że stworzył dekorację. Odnoszę wrażenie, że APR nie jest
                    > zaangażowany w to, co pisze. Że gotów byłby sprzedać każdego ze swoich
                    bohateró
                    > w
                    > za kolejne sprzedane egzemplarze książki, i nawet nie poczułby odrobiny tego
                    > dyskomfortu, jaki podobno czują pisarze, kiedy przyjdzie im ulegać wydawcom.

                    Hm.... To bardzo subiektywne odczucia i ja ich nie podzielam. A wracając do
                    Twojego zarzutu dotyczącego braku poczucia humoru - nie wiem czy zauważyłeś, że
                    w nowszych książkach APR przemyca bohaterów i sytuacje ze swoich poprzednich
                    książek. Bardzo mi się podoba ta gra z czytelnikiem.


                    >
                    > Nie ma wiele poza relacją, dekoracją i banałami, chyba że za niebanał uznasz
                    > kwestie typu "cudownie jest nauczyć latać małego wróbelka, bo jego wolność
                    > zawiera w sobie twoją rezygnację" - tylko że ja, nigdy nie czytając Coelho,
                    tak
                    >
                    > właśnie sobie wyobrażam tamtego pisanie. Wiem, wiem, nierozsądnie jest się
                    > powoływać na własną niewiedzę, ale to, co o Coelho piszecie na forum - że
                    > banały ubrane w złote myśli - to właśnie mi pasuje jak ulał do takich złotych
                    > myśli jak ta wyżej z wróbelkiem.
                    >

                    Nie znam tej myśli o wróbelku - nie pamiętam jej. Za to podoba mi się pisarstwo
                    APR właśnie ze względu na styl reportażowy, za który Ty APR ganisz a ja cenię.
                    I przyznaję, że nie jest pisarzem wybitnym, ale nie jest, moim zdaniem,
                    pisarzem przeciętnym. Zarzucasz mi, że kieruję się sympatią do jego książek i
                    dlatego uważam je za nieprzeciętne. A ja np. lubię książki Nicka Hornby'ego,
                    ale uważam je za przeciętne.

                    >
                    > I teraz o rzeczy kluczowej: może walczysz o status nieprzeciętności dla APR
                    bo
                    > go lubisz, a równocześnie nie lubisz lubić czegoś przeciętnego. A przecież
                    > możemy sobie dać trochę luzu i lubić od czasu do czasu coś przeciętnego.

                    No właśnie piszę o tym, że lubię Hornby'ego, ale uważam go za pisarza
                    przeciętnego i wcale się nie wstydzę, że lubię jego książki. Parę lat temu
                    bardzo lubiłam (i do dziś mam sentyment) do obydwu tomów przygód Bridget Jones,
                    a jest to literatura przeciętna. No i nijak Hornby'ego i Fielding nie mogę
                    postawić na jednej półce z APR. Nie ten kaliber - nie pasują.

                    Ja APR
                    >
                    > na swój sposób lubię. Lubię choćby jego "Ostatnią bitwę templariusza", nawet
                    > czasami bardzo lubię. A to wszystko, co piszę wyżej, wcale mi w tym nie
                    > przeszkadza.
                    >
                    >
                    > Kurczę, znowu się narażam temu, i temu, i tamtemu...
                    >
                    >
                    > A zakończenie do "Klubu Dumas" dorobił Polański.
                    > Zresztą genialne w swoim kpiarstwie!   ;-)


                    Hm.... Nie do końca się zgodzę co do "genialności" zakończenia - pomimo całej
                    sympatii do Polańskiego. Pamiętasz, że i u APR "każdy ma takiego diabła, na
                    jakiego zasługuje".
                  • Gość: nienietoperz Re: Zbyt duże uogólnienie IP: *.nottingham.ac.uk 13.05.03, 16:33
                    Hmmm, czy rozrywkowosc=przecietnosc?
                    Oczywiscie APR to nie jest Wielki Autor Wielkiej Literatury, ale czytanie jego
                    powiesci zapewnilo mi kilkanascie godzin milo spedzonego czasu - sprawnie
                    napisana historia, z obowiazkowym tlem kulturowym (typu ksiazki, szachy,
                    szermierka) + geograficznym (typu Sevilla, Madryt) + kilka detali i scen
                    wyjatkowej urody (dla mnie np. gest zakladania zapalniczki za ramiaczko
                    sukienki z 'Ostatniej bitwy...' i obraz konczacy 'Fechtmistrza') pozwalaja
                    wybaczyc istotnie momentami irytujacy ton wznioslouniosly (na szczescie pojawia
                    sie rzadko, i glownie po przelomowych wydarzeniach:-)). Nie radze nikomu szukac
                    u APR 'prawdy o swiecie, ktory nas otacza' (sformulowanie z prac maturalnych),
                    ale polecam znajomym jako 'cos do przeczytania'.
                    I na koniec nasuwa mi sie porownanie z krajowego podworka: Sapkowski to
                    moim zdaniem bardzo podobna klasa pisarska - niewatpliwie czysto rozrywkowy,
                    ale czy tak zupelnie przecietny?

                    Pozdrowienia,
                    z koniecznosci bezogonkowy
                    nienietoperz

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka