ydorius1
17.12.01, 15:05
od razu ostrzegam: nie będą to ani najświeższe doniesiania nauki, ani dywagacje
na ten temat. Oczekuję szczerej krytyki (tylko żeby nie była za bardzo
szczera :-)))
„Życie w kosmosie”
Dzień ten z pewnością zapisze się w historii. Gazety na pierwszych
stronach o tym donosiły, Sieć Ogólnoświatowa co kilka minut aktualizowała swoje
serwisy. Głosy uczonych były sceptyczne, jednak wszyscy wiedzieli, co jest
grane.
Znaleziono życie w kosmosie.
Nie ulegało wątpliwości – gdzieś tam, na górze było życie. Odkryto –
ponad wszelką wątpliwość (choć sceptycy mówili, że nie jest to pewne i że
prawdopodobieństwo jest rzędu 80%) planetę na której było życie.
Amatorzy natychmiast skierowali swoje teleskopy w kierunku
niesamowitego zjawiska. I choć nie mogli nic zobaczyć (najtęższe radioteleskopy
ledwo wychwytywały regularności) to przekonywali siebie i innych, że „tam
rzeczywiście coś jest”. Wszyscy wierzyli.
Naukowcy próbowali studzić nastroje, mówiąc, że odkryta planeta jest
bardzo odległa. Rzucali fachowymi nazwami, lecz przecież każdy wiedział, że to
musi się stać. Niedługo już na pewno zostanie wyznaczony zespół i na pewno w
kierunku „braci w kosmosie” poleci sonda.
Gorączka sięgała zenitu. Spekulowano na temat wszystkiego: jak
wyglądają?; kim są?; do czego doszli?; czy rozwiązali zagadki, nad którymi się
głowimy?; jak mieszkają?; czy to tylko jeden gatunek, czy kilka?. Pytano
również o to, kto poleci i jak prędko, co ze sobą zabierze i co przywiezie z
powrotem.
Nad światem zamarły wszystkie wojny; w obliczu tak doniosłego zjawiska
walki o piędź ziemi przestawały mieć znaczenie. Ogłoszono zawieszenie broni i
ogólną współpracę na rzecz jak najszybszego wysłania misji.
Świat z zapartym tchem oglądał pojedynki intelektualne ludzi, którzy
teraz zyskali swoje pięć minut – astronomów. Przedtem nikt nie zwracał na nich
uwagi, pisywali w niskonakładowych periodykach poświęconych obserwacjom i
ślęczeli nad mapami, z których nikt – oprócz nich – nic nie rozumiał. Teraz
chodzili w glorii, niczym alchemicy, czy szamani; dumni, że świat się z nimi
liczy.
Tymczasem, gdy opadły pierwsze emocje, zaczęto stawiać sobie zgoła inne
pytania. Co będzie, jeżeli nie będą przyjaźnie nastawieni? Przed kamerami
wystąpił sekretarz generalny Największego Mocarstwa i powiedział, że wojsko od
dawna stawiało te pytania i że oddźwięk był jednomyślny – trzeba się
przygotować na najgorsze. On, co prawda, nie wątpi wcale, że Obcy powitają
przybyszów z należytym szacunkiem, osobiście jest tego pewien, jednak samo
przeczucie nie wystarczy. Od Sekretarza opinia publiczna dowiedziała się, że
oprócz głównego statku, który ma zabrać naukowców, powstają także inne statki –
bojowe.
Oczywiście – uspokajało Wielkie Mocarstwo – zaś wraz z nim reszta
Władców Świata – statki bojowe są bojowe tylko z nazwy. Nikogo nie zaatakują,
dopóki same (lub statek–matka) nie zostaną zaatakowane.
Jak zawsze i jak wszędzie – pojawili się sceptycy, którzy chcieli
wiedzieć w co zostaną wyposażone statki – myśliwce, jednak było to objęte
ścisłą tajemnicą wojskową. W specjalnym orędziu skierowanym do Świata,
Prezydent Największego Mocarstwa poprosił dziennikarzy i innych „poszukiwaczy
prawdy” o wstrzemięźliwość w poszukiwaniach. Przekonywał, że spokój planety
może zostać zachwiany, że racja świata zależy od tej misji, więc po co to
wszystko komplikować…
Zanim powstała flota gwiezdna (nota bene – okazało się, że do tak
dalekiej podróży nie sposób wykorzystać technologie, które były efektywne przy
niedalekich lotach. Naukowcy opracowali więc szereg doskonałych nowych
rozwiązań – cóż, potrzeba jest matką wynalazków), nastroje zupełnie się
ochłodziły. Wrócono do wojen i potyczek, nikt nie przebąkiwał o „racji stanu”,
astronomowie wrócili do obserwatoriów.
W końcu nadszedł wielki dzień. Z Przylądka Odlotu (zbudowanego
specjalnie na tę uroczystość w rekordowo krótkim czasie) wystartował statek –
matka z 172 naukowcami na pokładzie. W tym samym czasie z innych miejsc planety
poderwały się do lotu statki – myśliwce. Nikt nie wiedział, ile było ich
naprawdę. Dzięki opracowaniu nowoczesnego napędu i systemowi zakrzywiania
czasoprzestrzeni, naukowcy mieli już niedługo stąpać po obcej ziemi w
towarzystwie Obcych…
Podróż trwała nieco dłużej niż podejrzewano (ze względu na pewne
nieścisłości w obliczeniach). Nie miało to jednak większego znaczenia dla
powodzenia misji.
Z bliska planeta okazała się być bardzo podobna do Domu. Naukowcy
wychwytywali coraz wyraźniejsze sygnały świadczące o tym, że tam nie tylko jest
inteligentne życie – bez wątpienia jest tam życie, które wytworzyło
cywilizację. Podekscytowanie sięgało zenitu.
Gdy naukowcy słali informacje o tym, co odkryli, myśliwce – dla
bezpieczeństwa – zmierzały w kierunku Planety. I wtedy zdarzyła się katastrofa.
Jak wynika z późniejszych raportów zostali zaatakowani i musieli się
bronić. Płone okazały się nadzieje, że Obcy powitają przybyszy kwiatami.
Powrócił tylko jeden myśliwiec. Nikt nie wiedział, co i w jakim wymiarze
zostało zniszczone. Naukowcy, a w raz z nimi planeta – matka nie mogli w to
uwierzyć. Tyle starań, tyle wysiłku, tak ogromne nadziei – wszystko obróciło
się wniwecz.
Powrót do domu był najsmutniejszym powrotem ze wszystkich. Nikt na
dobrą sprawę nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Prezydent Największego
Mocarstwa wygłosił mowę sławiącą męstwo tych, którzy zginęli. Powiedział, że
otrzymaliśmy ciężką naukę, naukę, która każe nam na przyszłość – jeżeli w
ogóle jeszcze kiedykolwiek zdarzy się coś podobnego – zachować większą
ostrożność. Świat słuchał mowy Prezydenta we łzach…
Nikt nigdy nie dowiedział się, że Prezydent wygłosił jeszcze jedną
mowę, skierowaną tym razem do czternastu mężczyzn, z których trzynastu
formalnie nie żyło. Powiedział w niej, ze wykonali swój obowiązek oraz, że
zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które ciążyło nad wszystkimi.
Powtórzył, że nie było innego wyjścia. Zapytał, czy broń, która miała za
zadanie zniszczyć tylko samo życie, zaś pozostawić wszystko inne bez zmian
zadziałała tak jak powinna. Zapewniono go, że wszystko poszło zgodnie z planem.
Prezydent zapytał również, czy to oznacza, że planeta – po odpowiednim okresie
kwarantanny – będzie się nadawać do zamieszkania. Odpowiedź była twierdząca.
Prezydent zapytał jeszcze, gdzie dokładnie znajduje się, jak to określił, „nasz
przyszły dom”.
A ich przyszły dom znajdował się tam, gdzie kiedyś był nasz. Na Ziemi,
trzeciej planecie od Słońca, w konstelacji Drogi Mlecznej.
O czym, oczywiście, nie wiedzieli…
Copyright by Ydor Bokobrody 16’XII’2001