Dodaj do ulubionych

Monopol na Mackiewicza

IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 28.09.03, 22:45
Poniżej pozwoliłem sobie zamieścić in extenso tekst Pana
Włodzimierza Boleckiego, który nie został zamieszczony przez
Wygodną. Oto on:

DZIENNIKARSTWO BEZ ETYKI
(ARTUR DOMOSŁAWSKI W AKCJI)
Oto krótka historia tego tekstu.
1 grudnia 2001 r. w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł A.
Domosławskiego nt. Józefa Mackiewicza pt. Narodowość
antykomunista. Zapytany o ten artykuł przez Krzysztofa Masłonia
(Zrozumieć Mackiewicza, „Rzeczpospolita” z 2 marca 2002 r.)
odpowiedziałem, że celem, jaki łatwo można odczytać z tej
publikacji, była deprecjacja jury nagrody im. J. Mackiewicza
oraz samego pisarza. I dodałem, że p. Domosławski postąpił
nieuczciwie, ponieważ wykorzystał do swego artykułu moją książkę
o Mackiewiczu pt. Ptasznik z Wilna (1991), czego nie zaznaczył.
Na ten komentarz Domosławski odpowiedział artykułem Monopol na
Mackiewicza („Gazeta Wyborcza” z 9-10.03.2002), w którym
zaprzeczył wszystkim moim stwierdzeniom, zażądał
(sześciokrotnie!) podania przeze mnie cytatów z jego tekstu i
nazwał mnie oraz red. Masłonia „kłamcami i insynuatorami”.
Napisałem zatem replikę obficie cytując wypracowanie p.
Domosławskiego i posłałem do „Gazety Świątecznej” ufając, że nie
tylko prawo prasowe, ale zwykła przyzwoitość zobowiązuje
redaktorów „Gazety” do jej zamieszczenia. Redaktorzy jednak
odmówili twierdząc, że w moim tekście znajdują się „sugestie,
sformułowania, jak i całe fragmenty obraźliwe dla dziennikarza
Gazety”, że posłużyłem się „językiem obelg” (a dla takiego
języka nie było i nie będzie w „Gazecie Wyborczej” miejsca). Na
moją prośbę o wskazanie konkretnych zwrotów w moim tekście dano
mi do zrozumienia, żebym sam ich sobie poszukał. Poprosiłem
zatem Redaktorów „Gazety Wyborczej” o odpowiedź formalną zgodnie
z art. 39, ust. 1. prawa prasowego. I wówczas dowiedziałem się,
że jedynym powodem odmowy publikacji mojej odpowiedzi jest
jej ... długość. We wstępie do niej – wedle zastępcy sekretarza
redakcji „Gazety Wyborczej”, Dariusza Fedora – ja
zakwestionowałem jednozdaniowy fragment z artykułu
Domosławskiego, a zgodnie z prawem prasowym odpowiedź może być
tylko dwukrotnie dłuższa, zatem mój tekst „traci przymiot
rzeczowości niezbędny dla odpowiedzi prasowej”.
Równocześnie, gdy nie mogłem zamieścić w „Gazecie” odpowiedzi,
p. Domosławski opublikował kolejny komentarz do mojej rozmowy z
Krzysztofem Masłoniem nazywając ją „zadymą” („Gazeta Wyborcza”,
18 marca 2002). Poprosiłem więc „Gazetę” o zamieszczenie
następującego listu w rubryce do Redakcji: „odwaga, z jaką pan
Artur Domosławski strofuje Krzysztofa Masłonia za
przeprowadzenie ze mną rozmowy w „Rzeczpospolitej”, skłania mnie
do poinformowania Czytelników „Gazety Wyborczej”, że „Gazeta
Świąteczna” odmówiła opublikowania mojej szczegółowej odpowiedzi
na jego wszystkie zarzuty. Skoro rzecz dotyczy twórczości Józefa
Mackiewicza, to przypomnę Domosławskiemu tytuł odnalezionej
książki tego pisarza: „Prawda w oczy nie kole”.
Także i tych dwóch zdań redaktorzy „Gazety” nie opublikowali.
Posłałem więc mój tekst do „Plusa-Minusa”. Moja odpowiedź
Domosławskiemu, choć napisana do „Gazety Wyborczej”, dotyczyła
przecież nie tylko rozmowy opublikowanej w „Rzeczpospolitej”,
ale była także obroną dobrego imienia jednego z jej bardziej
znanych dziennikarzy. Od Jana Skórzyńskiego, wówczas nowego
redaktora „Plusa-Minusa”, dowiedziałem się jednak, że postanowił
on „nie kontynuować polemiki z Gazetą Wyborczą na temat
Mackiewicza” (choć to ja polemizowałem, a nie „Rzeczpospolita”).
W obu dziennikach stale publikowane są artykuły i wywiady na
temat wolności wypowiedzi, prawa do krytyki prasowej jako
podstawy wolnych mediów, etyki zawodowej, tolerancji dla cudzych
poglądów, uczciwości dziennikarzy, ich rzetelności i
odpowiedzialności za słowo, itd., itd. Kiedy więc zastanawiam
się, co w mojej odpowiedzi mogło zostać uznane przez „Gazetę
Wyborczą” za tak wielką „obelgę” dla jej dziennikarza, że nie
można o tym powiedzieć wprost, to przychodzi mi na myśl tylko
tytuł mojej odpowiedzi: dziennikarstwo bez etyki.
***
Od momentu opublikowania artykuł Artura Domosławskiego dostępny
jest w portalu internetowym „Gazety Wyborczej”. Jednak nie mając
własnej strony WWW, nie mogłem w odpowiednim czasie zamieścić
mojej odpowiedzi w internecie.
Robię to więc teraz, korzystając z faktu powstania strony
internetowej poświęconej Józefowi Mackiewiczowi.
***
Oto moja odpowiedź na artykuł Artura Domosławskiego odrzucona
przez „Gazetę Wyborczą” w marcu 2002 r.
*
W swoich – jak sam je nazwał – “ćwiczeniach publicystycznych”
Artur Domosławski napisał o mnie i swoim koledze, dziennikarzu
z “Rzeczypospolitej”, Krzysztofie Masłoniu, że
jesteśmy “kłamcami i insynuatorami”, że gdyby nas
nazwał “polemistami to byłby to niezasłużony komplement”, że mój
komentarz do tego, jak przedstawił Józefa Mackiewicza,
to “dokopywanie”.
Te obelgi zamiast merytorycznej odpowiedzi oraz liczne
złośliwości skierowane nie tylko pod naszym adresem, (bo także
po adresem kilku pisarzy oraz arcybiskupa Józefa Życińskiego)
zmuszają mnie do odpowiedzi prasowej, choć właściwszym miejscem
dla oceny wyczynów językowych p. Domosławskiego byłby sąd.
Odpowiadam także dlatego, że większość czytelników “Gazety
Wyborczej” nie zna rozmowy, która ukazała się w “Plusie-
Minusie”, a Domosławski daje im do zrozumienia, że nie wie, „o
co idzie” w moich krytycznych uwagach o jego artykule. Powtórzę
zatem to, co powiedziałem w “Rzeczpospolitej”: chodzi o
uczciwość i wiarygodność, czyli o etykę zawodową Domosławskiego,
preparującego portret nieżyjącego pisarza oraz o sposób, w jaki
wykorzystał do tego moje książki.
1. Na pytanie Masłonia, czy artykuł Domosławskiego "Narodowość –
antykomunista" był “zamierzonym falstartem” obchodów Roku
Mackiewicza odpowiedziałem: “Tego nie wiem. (...) [Ale] cele
[tego artykułu] rozumiem następująco. Chodziło o
zdeprecjonowanie nazwiska Józefa Mackiewicza jako patrona nowej
nagrody literackiej. Następnie – o zdeprecjonowanie jury tej
nagrody. I po trzecie, o przedstawienie czytelnikom "Gazety”
Mackiewicza jako kolaboranta III Rzeszy – tak jak robiono to
przez ostatnie 50 lat”. Domosławski odpowiada: “Nie
deprecjonowałem jury nagrody im. Józefa Mackiewicza” (cytuję za
wydaniem internetowym “Gazety”).
Naprawdę „nie deprecjonował”?
No to zobaczmy, skoro Domosławski domaga się cytatów. Po
wymienieniu nazwisk jury Domosławski stwierdza: “Rzecz w tym, że
akurat środowiska, które wynoszą Mackiewicza na ołtarze, nie są
specjalnie znane z takich dociekań [tzn. z krytyki AK, Kościoła,
Papieża i “Solidarności”]. Zazwyczaj przedstawiają ich autorów
jako łajdaków i lewaków”. Czy to, zdaniem Domosławskiego, nie
jest deprecjacja jury? Następny cytat: “Mam wrażenie, że
dzisiejszym wyznawcom Mackiewiczowskiego antykomunizmu właśnie
antykomunizm pisarza starcza za twórczość”. I cytat trzeci: “Nie
pozbawiona ironii i paradoksu jest też sytuacja, w której
literacką Nagrodę im. Józefa Mackiewicza przyznawać będzie jury,
którego kilku członków publikowało książki i artykuły pod butem
PRL-owskiej cenzury. Dla Mackiewicza byli oni – jak wszyscy to
czyniący – nędznymi kolaborantami, sługusami czerwonego reżimu.
Przynajmniej "obie
Obserwuj wątek
    • Gość: Grzech Re: Monopol na Mackiewicza IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 28.09.03, 22:48
      Cd.
      Dla Mackiewicza byli oni – jak wszyscy to czyniący – nędznymi
      kolaborantami, sługusami czerwonego reżimu.
      Przynajmniej "obiektywnie". "Subiektywnie" zaś trudno orzec, czy
      teraz wybrali Mackiewicza za patrona, bo ekspiacji pragną, czy
      może po chrześcijańsku nastawiają drugi policzek”. Pierwszy
      cytat znajduje się na początku artykułu Domosławskiego, trzeci
      jest jego zakończeniem. Według Domosławskiego nie ma to nic
      wspólnego z deprecjacją. I jeszcze jedno: nie byłem i nie jestem
      członkiem tego jury.
      2. Domosławski twierdzi także, że nie deprecjonował Mackiewicza
      jako patrona nagrody. Naprawdę?
      Przecież już w pierwszym akapicie czytamy, że gdyby ktoś napisał
      to, co Mackiewicz, to okrzyczano by go “zdrajcą albo nieukiem”
      oraz “idiotą”. “Jacek Trznadel krzyczałby o nowej hańbie
      domowej, Kazimierz Orłoś – o zamazywaniu granic między dobrem i
      złem, zaś abp Życiński udzieliłby wywiadu o przerażającej
      niezdolności rozumienia dramatów historii”. Nie mogę tu
      przytaczać wszystkich negatywnych opinii Domosławskiego,
      ograniczę się więc do jednego zdania, którym dziennikarz
      podsumowuje swoją “rekonstrukcję” myśli pisarza: „Czyż to nie
      czysty leninizm?” To też, według Domosławskiego, nie jest
      deprecjacją. Domosławski szydzi, że “mam dar przenikania”
      intencji autorów. Nie mam, niestety, takiego daru, ale do
      czytania utworów p. Domosławskiego specjalnie nie jest on
      potrzebny. Przytoczone wyżej cytaty świadczą przecież
      jednoznacznie o celach jego artykułu i żadne zaprzeczenia
      Domosławskiego nie zmienią ich sensu.
      3. Domosławski ma pretensje do mnie i Masłonia, że “nie
      odnieśliśmy się” do jego “poglądów” na temat Józefa Mackiewicza.
      Wyjaśniam zatem: tematem naszej rozmowy nie był artykuł
      Domosławskiego, lecz twórczość Mackiewicza. Odnieśliśmy się więc
      jedynie do tego, co nas w artykule Domosławskiego szczególnie
      raziło – głównie do jego sposobu pisania o nieżyjącym pisarzu.
      Tymczasem Domosławski uważa swoje “poglądy” za szczególne
      osiągnięcie intelektualne, skoro czyni mi – jakże subtelny –
      zarzut, że „nie mam na tyle wiarygodności i uczciwości, żeby
      choć streścić lojalnie w paru słowach poglądy adwersarza”. No
      cóż, jak sam napisał: “nawet miłość własna powinna mieć
      granice”. Mówiąc krotko: nie odnosiłem się do “poglądów”
      Domosławskiego, bo po prostu nie znalazłem w nich nic
      interesującego. A jeśli nawet są w nich sformułowania poprawne,
      to nie mam obowiązku ich przywoływać. Domosławski po prostu
      napisał to, co był w stanie napisać. Mnie natomiast trudno jest
      uznać za interesujące „poglądy”, które znane są od lat.
      4. Stwierdziłem w rozmowie z Masłoniem: “Domosławski sięgnął po
      moją książkę pt. Ptasznik z Wilna (Kraków 1991) i obficie
      posłużył się zawartymi w niej faktami, dokumentami, cytatami,
      wywodami, argumentami etc.(...) [Robiąc to] był co najmniej
      dwukrotnie nieuczciwy, co w moich oczach – raz na zawsze
      przekreśla jego wiarygodność jako dziennikarza. Po pierwsze nie
      podał nigdzie informacji, że całą "dowodową" treść swego
      artykułu (a nawet dwóch, bo także polemiki z Kazimierzem
      Orłosiem) oparł na mojej książce, że posługuje się nie tylko
      zawartymi w niej dokumentami, ale że nawet parafrazuje lub
      przytacza bez podania źródła moje stwierdzenia, wnioski czy
      argumenty”.
      Przyłapany na gorącym uczynku Domosławski przyznaje: “Tak, to
      prawda, część faktograficzno-biograficzną oparłem na książkach
      Boleckiego”. Zamiast jednak napisać po prostu “tak, to
      niedopatrzenie” Domosławski usiłuje się wykpić i znów oddaje się
      swoim ulubionym szyderstwom, byleby tylko zamazać podstawowy
      fakt, iż jednak nie podał źródeł do swojego artykułu. „Więcej
      Boleckiego! Nie sześć razy, ale szesnaście, sto szesnaście!”.
      Zabawne, prawda? Tylko rzecz w tym, że ja nie twierdzę, że
      Domosławski nie wymienia mojego nazwiska! Stwierdzam natomiast,
      że nie podając źródeł do swego artykułu Domosławski stworzył
      wrażenie, że cały jego artykuł, poza kilkoma cytatami, to jego
      własne dzieło - wynik żmudnych poszukiwań, analiz, ustalania
      faktów, gromadzenia interpretacji, etc. Nie znający prac na
      temat Mackiewicza czytelnik “Gazety Wyborczej” musi więc
      uwierzyć Domosławskiemu, że oto przybył nowy znawca przedmiotu,
      który na podstawie swojej własnej wiedzy o Mackiewiczu formułuje
      opinie, wystawia oceny, dowodzi, polemizuje,
      robi “encyklopedyczny przegląd” twórczości Mackiewicza, etc. W
      praktyce wygląda to np. tak, że obszerne fragmenty artykułu
      Domosławskiego oraz cytaty w ramce (“Krytycy o Mackiewiczu”) są
      albo wyborem dokumentów z moich książek, albo, co gorsza,
      parafrazami moich rozważań – bez podania źródeł. To wszystko
      Artur Domosławski nazywa swoimi “poglądami” i obraża się, że się
      do nich nie odnoszę. No dobrze, odniosę się do nich teraz.
      Domosławski wypowiada następujący własny, oryginalny pogląd o
      Józefie Mackiewiczu: “Nie wierzył w autentyczność wystąpień
      Sacharowa w obronie praw człowieka, a w deportacji Sołżenicyna
      dopatrywał się gry Kremla i tajemnych manipulacji” (GW, 1-2 XII,
      2001, s. 21). W mojej książce znajduje się następujące
      zdanie: “Węszył manipulację w deportacji Sołżenicyna, nie
      wierzył w autentyczność wystąpień Sacharowa w obronie praw
      człowieka (...)” (Ptasznik z Wilna, Kraków 1991, s. 431).
      Domosławski pisze: według Mackiewicza “komunizm jest
      niereformowalny. Czy raczej na odwrót – jest nieskończenie
      reformowalny i przez to właśnie niebezpieczny”. A w mojej
      książce: “Pisarz był przekonany, że komunizm należy obalić nie
      dlatego, ze jest niereformowalny, lecz odwrotnie: dlatego, że
      jest nieskończenie reformowalny” (Ptasznik z Wilna, s.415).
      A co pisze o mnie Domosławski? Bolecki “innym swe myśli
      przypisuje”! Jak mówi przysłowie: “na złodzieju czapka gore”.
      Czy mam więc dalej cytować i przytaczać dowody, że dziennikarz
      Domosławski postępuje nieuczciwie, ponieważ – jak powiedziałem –
      “parafrazuje lub przytacza bez podania źródła moje
      stwierdzenia, wnioski czy argumenty”? Nie zarzuciłem
      Domosławskiemu plagiatu, a jednak Domosławski woła: „nie jestem
      plagiatorem”! Dobrze wie, o co chodzi.
      5. Domosławski stale manipuluje cytatami z mojej wypowiedzi. Nie
      odpowiada na żaden z wysuwanych przeze mnie argumentów, lecz
      wyolbrzymia kwestie, które bez kontekstu są niezrozumiałe.
      Powiedziałem w “Rzeczypospolitej”: “Gdy ja dowodzę, że
      oskarżenia przeciw pisarzowi nie były oparte na faktach i że
      tzw. sprawa Mackiewicza była przez blisko pół wieku po prostu
      organizowana – z powodów zemsty osobistej i politycznej – to
      Domosławski cytuje te oskarżenia jako dowody. Ja uzasadniam, że
      pisanie dziś o Mackiewiczu jako “kolaborancie” nie ma sensu bez
      równoczesnego porównania zakresu i treści rzeczywistej
      kolaboracji polskich pisarzy z okupantem sowieckim. Natomiast
      Domosławski konstruuje po raz kolejny portret Mackiewicza jako
      jedynego pisarza, który współpracował z prasą okupanta”. Na co
      Domosławski odpowiada: “proszę o cytat: gdzie napisałem, że
      JEDYNEGO?”. Przecież ja nie twierdzę, że Domosławski “napisał”
      takie zdanie oznajmujące! Twierdzę natomiast, że Domosławski
      SKONSTRUOWAŁ (czyli spreparował) portret pisarza w taki sposób
      (przez dobór cytatów, faktów i interpretacji), że „dowodami”
      (argumentami) w jego wywodzie stały się tylko oskarżenia, a
      często oszczerstwa. I w rezultacie problem kolaboracji polskich
      pisarzy podczas II wojny światowej sprowadził znów tylko do
      jednego
      • Gość: Grzech Re: Monopol na Mackiewicza IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 28.09.03, 22:51
        Cd.
        I w rezultacie problem kolaboracji polskich pisarzy podczas II
        wojny światowej sprowadził znów tylko do jednego nazwiska.
        Domosławski kwestię tę pomija całkowitym milczeniem.
        6. Stwierdzam w rozmowie z Masłoniem, że Domosławski faktycznie
        dokonał lustracji Mackiewicza, choć “Gazeta Wyborcza” (także sam
        Domosławski) wielokrotnie piętnowała lustrację pisarzy jako
        działanie skrajnie NIEETYCZNE. Powiedziałem więc: “Wyobraźmy
        sobie sytuację, że oto ukazują się Pisma Zebrane innego pisarza,
        np. Juliana Stryjkowskiego, Aleksandra Wata, Adama Ważyka,
        Stanisława Jerzego Leca, Mieczysława Jastruna i “Gazeta” zamiast
        przedstawić ich twórczość, zamieszcza wielkie artykuły o ich
        kolaboracji z “Czerwonym Sztandarem”, z “Nowymi
        Widnokręgami”, “Prawdą Wileńską” i tak dalej. Czy to jest w
        ogóle możliwe?”. Żadnej odpowiedzi.
        7. K. Orłoś już dwa razy zwracał Domosławskiemu uwagę, że
        twierdzenie, iż w 1941r. Mackiewicz w tajemniczy sposób został
        wypuszczony przez NKWD jest po prostu insynuacją (jej źródłem
        jest książka J. Nowaka z 1988 r.). Ja dodałem, że skoro
        opublikowana przez Mackiewicza Moja rozmowa z NKWD okazała się
        potem częścią powieści, to nie można nawet mieć pewności, czy
        Mackiewicz faktycznie napisał o swoim osobistym doświadczeniu.
        Można ją – jako „reportaż” zamieszczony w “Gońcu Codziennym” –
        traktować oczywiście jako fakt biografii pisarza, ale z
        zastrzeżeniem, że wiemy o tym fakcie jedynie tyle, ile napisał
        sam Mackiewicz (co zaznaczyłem w mojej książce). Ponieważ o tym
        wydarzeniu istnieje relacja TYLKO Mackiewicza, to – skoro ktoś
        uznaje jej faktyczność – nie może jej równocześnie kwestionować.
        To sprawa nie tylko logiki, lecz także etyki. Dlatego
        w “Rzeczypospolitej” powiedziałem: “z rozumowania Domosławskiego
        wynika, że ktokolwiek wyszedł cało z przesłuchania w NKWD, ten
        jest podejrzany (...). Niech więc lustrator Mackiewicza
        zaproponuje stosowanie tej reguły wobec wszystkich, którzy po
        przesłuchaniach zostali jednak wypuszczeni przez NKWD, KGB,
        gestapo, Urząd Bezpieczeństwa, Służbę Bezpieczeństwa...”.
        Domosławski i ten argument pomija milczeniem.
        8. Aby odrzucić mój zarzut, że dokonał lustracji Mackiewicza
        Domosławski proponuje własną jej definicję: “Lustracja to
        wyrokowanie o człowieku na podstawie ubeckich papierów lub – w
        przenośni – wyrokowanie o człowieku, np. na podstawie jakiegoś
        czarnego epizodu w jego życiorysie”. Niech będzie. Ale
        przecież “czarną kartą” w życiorysie Mackiewicza nazywa
        Domosławski współpracę pisarza z “Gońcem”! A ponadto, jedynym
        sposobem, żeby Domosławski mógł udowodnić swą insynuację na
        temat rzekomej ceny, za jaką Mackiewicz “uszedł cało, skoro NKWD
        wiedziało o jego antysowieckim nastawieniu” (GW, 20 XII 2001 r.)
        jest przecież tylko i wyłącznie sięgnięcie po owe “ubeckie
        papiery” (czyli papiery NKWD)!!! Czy to nie jest lustracja
        według definicji Domosławskiego? Ale mnie chodziło o coś innego.
        Domosławski odwraca tu uwagę od kwestii, którą sformułowałem
        następująco. Najnowszej książce Mackiewicza zawierającej
        publicystykę z lat 1922-1936 Domosławski poświęcił kilkuzdaniową
        notkę, natomiast tzw. „sprawie Mackiewicza” ogromny artykuł –
        bez żadnego związku z książką. I to nazwałem lustracją pisarza.
        Przy okazji tej samej kwestii Domosławski pisze: “Bolecki udaje
        Greka, gdyż jako polonista doskonale wie, że
        sformułowanie "budzi podejrzenia" nie jest w tym kontekście
        narracyjnym moją osobistą opinią. Cały fragment jest napisany w
        czasie praesens historicum...” itd. Domosławski informuje więc
        czytelników „Gazety”, że ja o tym fragmencie coś napisałem i że
        skomentowałem jego wypowiedź w złej wierze. Otóż oświadczam, że
        informacja zawarta w tych wywodach Domosławskiego jest
        KŁAMSTWEM, ponieważ kwestii, którą mi przypisuje ten lustrator
        Mackiewicza nie ma w ogóle w mojej wypowiedzi!!! Domosławski do
        polemiki ze mną wpisał fragment odpowiedzi Orłosiowi, którą
        opublikował dwa miesiące temu. Czy to nie jest manipulacja? Kogo
        więc udaje dziennikarz Domosławski? Uczciwego. I oczywiście
        wiarygodnego.
        9. Domosławski zapewnia, że “pokaźna część poglądów Boleckiego i
        poglądów moich o Mackiewiczu jest zbieżna”. Co prawda, wiele
        zdań Domosławskiego nt. Mackiewicza jest prawdziwych, to jednak
        o żadnej zbieżności naszych poglądów nie może być mowy. Ja
        traktuję twórczość Mackiewicza integralnie, Domosławski
        wydłubuje z niej tylko strawne dla niego kąski. Ja uważam
        antykomunizm pisarza za oryginalny projekt światopoglądowy
        (etyczny, historiozoficzny, polityczny), który jest miarą
        intelektualnej wybitności i przenikliwości Mackiewicza,
        Domosławski natomiast z antykomunizmu Mackiewicza drwi. Ja
        uważam, że nie ma dwóch Mackiewiczów, Domosławski dzieli jego
        twórczość na publicystykę i literaturę. Ja kładę nacisk, że
        Mackiewicz był “krajowcem”, Domosławski natomiast twierdzi, że
        był kosmopolitą. Ponieważ stwierdzenie to dowodzi, że
        Domosławski w ogóle nie zna twórczości Mackiewicza, dalsze
        wyliczanie różnic uważam za stratę czasu. Miło mi jest jednak,
        że Domosławski przypomniał moje porównanie wspólnych cech myśli
        Mackiewicza i Gombrowicza. Korzystam więc z okazji, żeby
        przypomnieć jeszcze jedną wspólną cechę ich poglądów. Należy do
        nich na pewno przekonanie Gombrowicza, że “człowiek jest
        najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego
        człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna”. Lektura
        Monopolu na Mackiewicza przyniosła mi jednak także pewną
        korzyść, ponieważ opisem metod dziennikarskich p. Domosławskiego
        będę mógł wzbogacić odpowiedni rozdział następnego wydania
        Ptasznika z Wilna, a ponadto na sąsiedniej stronie “Gazety
        Świątecznej” znalazłem trafny felieton Aleksandra Halla pt.
        Przyzwolenie na chamstwo.
        Marzec, 2002 r.

        zamieścił
        Grzegorz Hajduk
    • Gość: Grzech Re: Monopol na Mackiewicza IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 28.09.03, 23:01
      Wyżej zamieszczony tekst pochodzi ze strony poświęconej Józefowi
      Mackiewiczowi - www.tylkoprawda.akcja.pl.
      Od siebie dodam, że zgadzam się z Panem Boleckim.
      Na miejscu Pana Domosławskiego spaliłbym się ze wstydu.
      Tylko najpierw trzeba coś takiego mieć.
      Zasyłam życzenia dalszej owocnej pracy w szerzeniu bredni o
      genialnym Mackiewiczu.
      Grzegorz Hajduk
    • Gość: Grzech Wokół Mackiewicza IP: *.citynet.pl 04.10.03, 08:12
      Rozmowa Krzysztofa Masłonia z Włodzimierzem Boleckim („Rzeczpospolita”, +Plus-
      Minus, nr 9 z 2-3.03.2002)
      Zrozumieć Mackiewicza

      KRZYSZTOF MASŁOŃ: Gdyby znalazł się w Polsce ktoś odważny, ogłosiłby 2002 rok
      Rokiem Józefa Mackiewicza - 1 kwietnia minie bowiem 100. rocznica urodzin
      autora "Drogi donikąd". Ale, nie czekając na rocznicową okazję, w końcu
      ubiegłego roku (1 - 2 grudnia) "Gazeta Wyborcza" opublikowała o Mackiewiczu
      artykuł Artura Domosławskiego "Narodowość - antykomunista". Zamierzony był to
      falstart?
      WŁODZIMIERZ BOLECKI: Tego nie wiem. Ukazał się po prostu 14 tom "Dzieł
      zebranych" Józefa Mackiewicza pt. "Bulbin z jednosielca" i "Gazeta Wyborcza"
      postanowiła odnotować to w formie małej informacji. Ponieważ przez ostatnie 10
      lat żaden z poprzednich tomów dzieł Mackiewicza nie był w "Gazecie" omawiany -
      podobnie jak i w innych pismach - więc można by tę notkę uznać, jak dawniej
      mawiano, za "kolosalny" postęp, przynajmniej w stosunku do czasów, gdy na temat
      pisarza obowiązywało w "Gazecie" nieśmiertelne zdanie Adama Michnika, że
      Mackiewicz to "zoologiczny antykomunista". Ale obok tej notki "Gazeta"
      zamieściła ogromny artykuł pana Domosławskiego, którego cele rozumiem
      następująco. Chodziło mu o zdeprecjonowanie nazwiska Józefa Mackiewicza jako
      patrona nowej nagrody literackiej. Następnie - o zdeprecjonowanie jury tej
      nagrody. I po trzecie, o przedstawienie czytelnikom "Gazety" portretu
      Mackiewicza jako kolaboranta III Rzeszy - tak jak robiono to przez ostatnie 50
      lat. W tym celu Domosławski sięgnął po moją książkę pt. "Ptasznik z Wilna"
      (Kraków 1991) i obficie posłużył się zawartymi w niej faktami, dokumentami,
      cytatami, wywodami, argumentami etc.
      Wymieniając pana nazwisko jako "apologety" Józefa Mackiewicza.
      Nie jestem apologetą nawet samego siebie. Moja książka jest próbą zrozumienia
      jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy XX wieku, a rozumienie postaw i
      twórczości pisarzy jest moją powinnością zawodową. Natomiast pan Domosławski
      był co najmniej dwukrotnie nieuczciwy, co w moich oczach - raz na zawsze
      przekreśla jego wiarygodność jako dziennikarza. Po pierwsze nie podał nigdzie
      informacji, że całą "dowodową" treść swego artykułu (a nawet dwóch, bo także
      polemiki z Kazimierzem Orłosiem) oparł na mojej książce, że posługuje się nie
      tylko zawartymi w niej dokumentami, ale że nawet parafrazuje lub przytacza bez
      podania źródła moje stwierdzenia, wnioski czy argumenty.
      Gazetowa lustracja
      A druga nieuczciwość?
      Gdy ja dowodzę, że oskarżenia przeciw pisarzowi nie były oparte na faktach i że
      tzw. sprawa Mackiewicza była przez blisko pół wieku po prostu organizowana - z
      powodów zemsty osobistej i politycznej - to Domosławski cytuje te oskarżenia
      jako dowody. Ja uzasadniam, że pisanie dziś o Mackiewiczu jako "kolaborancie"
      nie ma sensu bez równoczesnego porównania zakresu i treści rzeczywistej
      kolaboracji polskich pisarzy z okupantem sowieckim. Natomiast Domosławski
      konstruuje po raz kolejny portret Mackiewicza jako jedynego pisarza, który
      współpracował z prasą okupanta. Najważniejsze jest jednak co innego.
      Napisałem "Ptasznika z Wilna", żeby można było w końcu zajmować się niezwykłą
      twórczością autora "Drogi donikąd", a nie bez przerwy roztrząsać zarzuty, które
      mu stawiano. Tymczasem Domosławski powtarza z uporem taki schemat pisania o
      Mackiewiczu, w którym twórczość zbywa się kilkoma zdaniami, a oszczerstwom nie
      szczędzi się miejsca. To właśnie nazywam lustracją pisarza.
      Ale przecież Mackiewicz publikował w niemieckim "Gońcu Codziennym".
      Przez trzy miesiące, od końca lipca do początku października 1941 r.,
      Mackiewicz opisywał tam los ludności Wileńszczyzny pod okupacją sowiecką. Jak
      długo można go oskarżać za te publikacje ignorując równocześnie jego wspaniałą
      twórczość? Czy druga wojna światowa jeszcze się nie skończyła?! Wyobraźmy sobie
      sytuację, że oto ukazują się "Pisma zebrane" innego pisarza, np. Juliana
      Stryjkowskiego, Aleksandra Wata, Adama Ważyka, Stanisława Jerzego Leca,
      Mieczysława Jastruna i "Gazeta" zamiast przedstawić ich twórczość, zamieszcza
      wielkie artykuły o ich kolaboracji z "Czerwonym Sztandarem", z "Nowymi
      Widnokręgami", "Prawdą Wileńską" i tak dalej. Czy to jest w ogóle możliwe? Do
      lustracji Mackiewicza przystępowano zawsze, gdy chciano mu zamknąć usta. Wrogom
      Mackiewicza na emigracji chodziło o pozbawienie go wiarygodności jako cenionego
      pisarza emigracyjnego, publicystę, który konsekwentnie głosił, że Polska w 1945
      utraciła, a nie odzyskała niepodległość, oraz antykomunistę, którego postawa
      nie pasowała do żadnych doraźnych, politycznych etykietek. A z kolei komunistom
      w Polsce chodziło o zemstę na pisarzu, który był (obok Ferdynanda Goetla)
      jednym z najważniejszych polskich świadków odkrywania grobów w Katyniu i
      którego relacja opublikowana już w czerwcu 1943 r. nie pozostawiała żadnych
      wątpliwości, że zbrodni katyńskiej dokonało NKWD. Zresztą wyjazd Mackiewicza na
      ekshumację grobów w Katyniu w 1943 r. to, moim zdaniem, klucz do wyroku śmierci
      wydanego na pisarza.
      A zarzut Domosławskiego, że wypuszczenie Mackiewicza przez NKWD "budziło
      wątpliwości"?
      Domosławski kondensuje w nim wszystkie najbardziej absurdalne oskarżenia
      o "zdradę" przeciw Mackiewiczowi, znane od lat trzydziestych, czyli że
      kolaborował z "białą" Rosją, z Republiką Litewską, z III Rzeszą, następnie - że
      w "dziwnych okolicznościach" wypuściło go NKWD, że współdziałał z SB itd. Autor
      artykułu w "GW" swój "wywód" wspiera książką Jana Nowaka "Polska z oddali" z
      roku 1988. Otóż Nowak - który od lat 50. Mackiewiczowi odmawiał prawa do
      wypowiadania się w sprawach polskich - wzorem swoich poprzedników (m.in.
      Korbońskiego i Sałacińskiego) stworzył w swej książce za pomocą insynuacji
      portret człowieka, który był nieustannym zdrajcą. I lustrator Domosławski
      traktuje ten fragment książki Jana Nowaka jako źródło historyczne. Tymczasem
      Jan Nowak, który wojnę spędził w Warszawie, o wileńskiej części życiorysu
      Mackiewicza nic nie wiedział. Sięgnął, po prostu, po oświadczenia byłych
      żołnierzy Armii Krajowej, które w 1948 r. były zbierane na emigracji po to,
      żeby oskarżyć Mackiewicza o kolaborację. Pojawiła się plotka, że pisarz był
      przesłuchiwany przez NKWD. Ale skąd ci ludzie o tym wiedzieli? Przecież NKWD
      nie informowało publicznie, że ktoś był przesłuchiwany!
      Od samego Mackiewicza.
      Otóż to. Ktoś po prostu zapamiętał, że pisarz zamieścił w "Gońcu
      Codziennym" "wspomnienie", w którym informował o swoim przesłuchaniu w NKWD, po
      którym go wypuszczono. I ta informacja została zamieszczona w dwóch czy trzech
      oświadczeniach w 1948 r. Tymczasem opublikowane w 1941 r. w "Gońcu
      Codziennym" "wspomnienie" było fragmentem powieści, który każdy może przeczytać
      dziś w "Drodze donikąd". Tak więc nawet nie wiadomo, czy Józef Mackiewicz w
      ogóle był przesłuchiwany przez NKWD!
      Mogła to być fikcja literacka?
      Oczywiście, "Moja dyskusja z NKWD" mogła być opisem czegoś, co przytrafiło się
      któremuś z jego przyjaciół, mogła być to kompilacja rozmaitych biografii lub po
      prostu fikcja. Rozumiem tych żołnierzy AK, którzy w 1948 r. musieli ufać tylko
      swojej pamięci. Ale żeby w 2001 r. napisać - jak robi to Domosławski - że choć
      nie ma żadnych dowodów przeciw Mackiewiczowi, to jednak każdy może się
      zastanawiać "czy było coś jeszcze"? Chciałbym więc wiedzieć, czy ten pan
      powtórzyłby w "Gazecie Wyborczej" domysły "czy było coś jeszcze", gdyby
      chodziło o kogoś innego niż Józef Mackiewicz? Czy napisałby, że "skazani
      jesteśmy na spekulacje i hipotezy", powołując się na insynuacje ludzi, którzy
      twierdzą, że na przykład każdy, kto zajmował w latach 50. kierownicze
      stanowisko w Radiu Wolna Europa, musiał być etatowym funkcjonariuszem CIA, albo
      że każdy, kto pracował w latach 40. w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych
      Nieruchomości w Warszawie, musiał wcześniej podpisać volkslistę? Czy poczucie
      • Gość: Grzech Re: Wokół Mackiewicza IP: *.citynet.pl 04.10.03, 08:16
        cz. 2
        Czy napisałby, że "skazani jesteśmy na spekulacje i hipotezy", powołując się na
        insynuacje ludzi, którzy twierdzą, że na przykład każdy, kto zajmował w latach
        50. kierownicze stanowisko w Radiu Wolna Europa, musiał być etatowym
        funkcjonariuszem CIA, albo że każdy, kto pracował w latach 40. w Komisarycznym
        Zarządzie Zabezpieczonych Nieruchomości w Warszawie, musiał wcześniej podpisać
        volkslistę? Czy poczucie przyzwoitości pozwoliłoby mu w ogóle wziąć pod uwagę
        te czy inne pomówienia (Nowak wymienia je w "Polsce z oddali")? Jest jeszcze
        jedna kwestia, a mianowicie z rozumowania Domosławskiego wynika, że ktokolwiek
        wyszedł cało z przesłuchania w NKWD, ten jest podejrzany...
        ...ponieważ "nie pojechał na białe niedźwiedzie".
        Niech więc lustrator Mackiewicza zaproponuje stosowanie tej reguły wobec
        wszystkich, którzy po przesłuchaniach zostali jednak wypuszczeni przez NKWD,
        KGB, gestapo, Urząd Bezpieczeństwa, Służbę Bezpieczeństwa...
        Żyj i daj żyć innym
        Co w postawie Józefa Mackiewicza i w jego twórczości tak drażni, że jeszcze po
        latach wywołuje emocje i przysparza mu przeciwników?
        Nieznajomość jego twórczości. Niszczyli go przez dziesięciolecia politycy,
        natomiast czytelnicy (w tym wybitni pisarze) albo cenią jego utwory, albo nie.
        To oczywiście rzecz gustu. Jednak każdy, kto rozumie literaturę, wie, że ma do
        czynienia z pisarzem wybitnym, niezwykłym, który mówił Polakom rzeczy, o jakich
        gdzie indziej nie mogli przeczytać.
        To znaczy?
        Mackiewicz nieustannie narusza różne społeczne i polityczne tabu, a jego myśli
        dotykają bardzo gorących problemów XX wieku. Mackiewicz mógł drażnić swymi
        poglądami, ale przecież nikomu nie odbierał prawa do polemiki, nikogo nie
        cenzurował. W jednym z artykułów sformułował wprost zasadę, której był wierny
        przez całe życie: "leben und leben lassen". W tym "żyj i daj żyć innym"
        przejawiał się jego liberalizm, a w przywiązaniu Mackiewicza do niezależności i
        suwerenności myśli było wręcz coś z postawy religijnej. Mówiąc mniej
        patetycznie: dla Mackiewicza miarą wolności było prawo jednostki do
        wypowiadania sądów, choćby były to sądy, z którymi nikt się nie zgadza. A
        stopień wolności społeczeństw mierzył właśnie prawem do niezależnego głoszenia
        myśli. Warto pamiętać, że to prawo, które dla Mackiewicza było największą
        wartością życia publicznego i warunkiem wolności, jest fundamentem konstytucji
        najbardziej liberalnego państwa świata, czyli Stanów Zjednoczonych. A refleksję
        Mackiewicza nad XX wiekiem uważam za jedną z najnowocześniejszych w literaturze
        polskiej ubiegłego stulecia.
        Jak pan rozumie tę nowoczesność?
        Mackiewicz pisał na przykład, że ideologia bolszewików miała charakter
        totalitarny, czego nie można wyjaśnić w kategoriach ciągłości pomiędzy myślą
        rosyjską a sowietyzmem; że komunizm nie jest internacjonalizmem, lecz że
        podsyca i posługuje się nacjonalizmami; że nacjonalizm zniszczył tożsamość
        historyczną i kulturalną narodów w Europie Wschodniej; że bolszewizm i
        nacjonalizm jako formy polityki prowadzą do rasizmu politycznego; że ludzie
        poddani ciśnieniu polityki utożsamiają się z myśleniem kolektywnym (Fromm
        nazwał to "ucieczką od wolności"); że w polskiej mentalność narodowej, opartej
        na micie ofiary, brak wrażliwości dla cierpień innych narodów; że Polacy w
        systemie komunistycznym stawiali nie tylko heroiczny opór, lecz uczestniczyli
        także w kłamstwie, konformizmie, oportunizmie, w terrorze, a niekiedy w
        zbrodni. Kluczem do koncepcji Mackiewicza jest to, że jego liberalne,
        antykolektywistyczne myślenie zrodziło się już w latach 20. i 30. - gdy
        opisywał np. zachowania administracji polskiej wobec mniejszości narodowych,
        rozwój nacjonalizmu w Europie czy w Turcji, czy wydarzenia w ZSRR - a nie w
        wyniku doświadczeń II wojny światowej. Mackiewicz był świadkiem tworzenia się
        mentalności, która suwerenną myśl - jak napisał jego brat - zamykała "w
        obcęgach". Już w latach 20. Mackiewicz obserwował formowanie się "zniewolonych
        umysłów", by użyć znakomitej formuły Miłosza. Nowoczesność Mackiewicza polega
        na postawieniu problemów, których znaczenie zostanie docenione wiele lat
        później.
        Czyż Mackiewicz nie pisał jednak w sposób tradycyjny?
        Nic podobnego. Mackiewicz łamał konwencje, jakie obowiązywały w powieści
        realistycznej, wprowadzając do niej żywioł reportażu i wykorzystując źródła
        archiwalne na niespotykaną dotąd skalę. Rzeczywistość - według niego - jest tak
        bogata, że fikcja literacka za nią nie nadąża i staje się w istocie wtórna
        wobec faktów. Dlatego "identyfikatorem" jego koncepcji literatury uczyniłem
        zdanie "jedynie prawda jest ciekawa".
        Mackiewicz, Gombrowicz, Miłosz
        Nie kwestie artystyczne spowodowały jednak nagonkę na pisarza, któremu
        zarzucono niedostatek patriotyzmu czy wręcz antypolskość.
        No i znalazł się w doskonałym towarzystwie! Mackiewicz należy przecież do tych
        pisarzy, którzy podjęli wielki spór z kulturą i mentalnością polską. To jest
        ten sam spór, który na początku wieku toczył z polską mentalnością Stanisław
        Brzozowski, a później Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz czy Andrzej Bobkowski.
        Wszyscy ci pisarze - choć każdy z innej perspektywy - walczyli z infantylizacją
        myśli, a więc z infantylizacją kultury polskiej. Czesław Miłosz od wielu lat
        powtarza, że literaturze polskiej brakuje "razowego chleba", że ucieka ona
        w "piankowe" eksperymenty omijając zasadnicze problemy życia. Gombrowicz, mimo
        że był pisarzem kompletnie innego typu, mówił dokładnie to samo. Obaj zarzucali
        Polakom, że są spowici kokonem tabu: społecznego, egzystencjalnego,
        obyczajowego, rodzinnego, erotycznego itd. To samo można powiedzieć o
        Mackiewiczu, który walczył z tabu dotyczącym historii najnowszej, to znaczy z
        pielęgnowaniem zasady, że są sprawy publiczne, o których "nie trzeba głośno
        mówić".
        Kto wie, czy Józefowi Mackiewiczowi bardziej niż artykuły zamieszczone w
        gadzinowym "Gońcu Codziennym" nie zaszkodził tekst znacznie wcześniejszy, z
        października 1939 r. Myślę o publikacji w litewskiej gazecie "Lietuvos Żinios"
        zatytułowanej "My, Wilnianie... ". To od tamtej pory zaczęto oskarżać pisarza o
        antypolskość, której dowodem miała być kolaboracja z okupantem, a to litewskim,
        a to niemieckim.
        Uznano, że deklarując radość z powodu opuszczenia Wilna przez bolszewików i
        wejścia wojsk litewskich, Mackiewicz skalał honor Polski i odtąd zaczęto
        nazywać go "zdrajcą, zaprzańcem, renegatem", no i doczekał się
        pierwszego "wyroku" - protestu około 200 oficerów polskich internowanych w
        Połądze. Tymczasem Mackiewicz propagował tzw. ideę krajową. Jedną z
        najoryginalniejszych, najnowocześniejszych idei, którą Wspólnota Europejska
        zalicza dziś do swojego Składu Zasad pod nazwą "Europa ojczyzn".
        "Kraj pochodzenia: Europa Wschodnia, narodowość: antykomunista", mówił o sobie
        Mackiewicz. Na czym polegała idea krajowa? O co chodziło wileńskim krajowcom?
        W tym przewrotnym określeniu narodowości jako antykomunizmu są skondensowane
        dwie idee Mackiewicza: antynacjonalizm i liberalizm. Obie stanowiły fundament
        koncepcji "krajowości", która powstała na początku XX wieku i była głoszona na
        łamach "Przeglądu Wileńskiego". Istota jej polegała na odrzuceniu każdego
        nacjonalizmu (nie tylko polskiego, ale wszystkich nacjonalizmów w Europie
        Wschodniej) jako zasady regulującej życie społeczne. Faktycznie chodziło o
        restytucję idei wielonarodowego Wielkiego Księstwa Litewskiego, którą
        Mackiewicz przeciwstawił mononarodowej, nacjonalistycznej idei Republiki
        Litewskiej. Podstawowe pytanie krajowców było następujące: w jaki sposób różne
        narody mogą żyć razem (na terenach tzw. Litwy historycznej)? Mackiewicz w idei
        krajowej za najważniejszą wartość uznał wspólnotę, której granice określa nie
        porządek administracyjny, lecz kraj wyraźnie odróżniony od państwa jako
        jednostki administracyjnej. Ludzi w tej koncepcji łączy idea wspólnego
        terytorium, "tęsknota do ojczyzny ws
        • Gość: Grzech Re: Wokół Mackiewicza IP: *.citynet.pl 04.10.03, 08:20
          cz. 3
          "Kraj pochodzenia: Europa Wschodnia, narodowość: antykomunista", mówił o sobie
          Mackiewicz. Na czym polegała idea krajowa? O co chodziło wileńskim krajowcom?
          W tym przewrotnym określeniu narodowości jako antykomunizmu są skondensowane
          dwie idee Mackiewicza: antynacjonalizm i liberalizm. Obie stanowiły fundament
          koncepcji "krajowości", która powstała na początku XX wieku i była głoszona na
          łamach "Przeglądu Wileńskiego". Istota jej polegała na odrzuceniu każdego
          nacjonalizmu (nie tylko polskiego, ale wszystkich nacjonalizmów w Europie
          Wschodniej) jako zasady regulującej życie społeczne. Faktycznie chodziło o
          restytucję idei wielonarodowego Wielkiego Księstwa Litewskiego, którą
          Mackiewicz przeciwstawił mononarodowej, nacjonalistycznej idei Republiki
          Litewskiej. Podstawowe pytanie krajowców było następujące: w jaki sposób różne
          narody mogą żyć razem (na terenach tzw. Litwy historycznej)? Mackiewicz w idei
          krajowej za najważniejszą wartość uznał wspólnotę, której granice określa nie
          porządek administracyjny, lecz kraj wyraźnie odróżniony od państwa jako
          jednostki administracyjnej. Ludzi w tej koncepcji łączy idea wspólnego
          terytorium, "tęsknota do ojczyzny wspólnej" - jego kultura, geografia,
          krajobraz, ekologia, a nie fakt posiadania ziemi czy władzy. To była
          Mackiewiczowska idea "małej ojczyzny", której stolicą powinno być Wilno. Według
          Mackiewicza tożsamość i świadomość ludzi kształtuje się w wyniku interakcji
          kulturowych pomiędzy różnymi narodami i dlatego "krajowość" była jego zdaniem
          ostatnią szansą na uniknięcie zniszczenia kraju przez konflikt nacjonalizmów.
          Krajowcy odrzucili nacjonalistyczny dyskurs dominacji. Dziś każdy, kto mówi o
          sobie "jestem środkowoeuropejczykiem", przyznaje rację idei krajowej, której
          sens odpowiada popularnej dziś na Zachodzie koncepcji wielokulturowości.
          A zarzucało się Mackiewiczowi anachronizm historyczny i polityczny...
          Ten zarzut odżył teraz w tekście Domosławskiego kpiącego z Mackiewicza, że na
          pytanie o kraj pochodzenia, odpowiedział "Europa Wschodnia".
          Zatrzaskiwanie drzwi
          Dlaczego Mackiewicz był tak nieprzejednanym antykomunistą?
          Mackiewicz był liberałem. Komunizm w jego koncepcji oznaczał nie tylko
          zaprzeczenie wolności, ale jej unicestwienie. Niósł wszystkim narodom
          zniszczenie cywilizacji materialnej, duchowej, moralności, degenerację języka
          publicznego, wydobywał najgorsze cechy ludzkiej natury, deprawował charaktery,
          opierał się na terrorze, przemocy psychicznej i kłamstwie podniesionym do
          pierwszej zasady życia publicznego. Komunizm był więc dla Mackiewicza złem w
          sensie etycznym, światopoglądowym, metafizycznym - nie tylko ustrojowym. Już w
          latach 20. Mackiewicz dostrzegł - i na tym też polega nowoczesność jego myśli -
          że bolszewicy stworzyli nowy "dyskurs kolonialny", oparty nie na zakazie, lecz
          na ideologicznym nakazie, dyskurs nie imperialny, lecz totalitarny. Był
          pisarzem, który "dowartościował" kraje Europy Wschodniej, a także Azji, przez
          wieki nieistniejące dla Zachodu. W dyskursie Zachodu pomiędzy Niemcami a Rosją
          nie było przecież miejsca dla Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Bałtów, często
          również dla Polaków. A Mackiewicz upominał się o te narody, odrzucał tezę, że
          ich przeznaczeniem jest życie w komunizmie, oczekiwał - używając metafory z
          trochę innego języka - buntu prowincji przeciw centrum. Czyż nie jest to pisarz
          nowoczesny, którego idee można by porównywać z koncepcjami tzw. orientalizmu
          przywracającymi należne miejsce narodom spoza politycznego centrum? Jeśli
          jednak większość czytelników w Polsce o twórczości Mackiewicza dowiadywać się
          będzie od lustratora z "Gazety Wyborczej", to czego się dowiedzą?
          Niewiele albo zgoła niczego.
          Konsekwencją kilkudziesięcioletniego oczerniania pisarza są odruchy
          czytelników, które porównać można jedynie do skutków tresury psów Pawłowa. Nie
          tylko w Polsce, ale wśród Polonii na całym świecie. Na przykład publikacje
          przekładów Mackiewicza w USA były - jak wspominał Miłosz - blokowane przez
          Polaków. Dam przykład z własnego doświadczenia. W Szwecji, w Uppsali, ukazuje
          się pismo "Acta Sueco-Polonica" redagowane przez polskich historyków (Michała
          Brona jr, Janusza Korka i Józefa Lewandowskiego). Kiedy zaproponowałem
          opublikowanie artykułu przedstawiającego sylwetkę ideową Józefa Mackiewicza -
          chodziło mi o to, żeby w wersji anglojęzycznej zapoznać czytelników na
          Zachodzie z myślą tego pisarza - odpowiedziano mi, że tekst taki
          byłby "nieodpowiedni dla cudzoziemców". To szokujące, bo pismo jest finansowane
          przez wspaniałą instytucję, jaką jest Instytut Spraw Wielokulturowych zajmujący
          się m.in. obszarem Morza Bałtyckiego. Otóż ci polscy historycy zamiast
          propagować twórczość Mackiewicza jako pisarza, który wyłamywał się ze
          stereotypów dewocjonalnej, mononarodowej, egoistycznej polskiej zaściankowości
          (bo wszędzie spotykamy się z takimi stereotypami) i który był patriotą krajów
          bałtyckich (nikt z takim podziwem nie pisał o Finach), zatrzaskują przed tym
          pisarzem "drzwi". Cui bono?
          To rzeczywiście paradoksalne, zważywszy, co Józef Mackiewicz pisał w swoich
          korespondencjach nadsyłanych z Łotwy do wileńskiego "Słowa" przed samym
          wybuchem wojny. To wówczas, ostrzegając przed hegemonią bolszewicką nad Morzem
          Bałtyckim, wskazał na widmo porozumienia sowiecko-niemieckiego. Wiedział, co
          ono oznacza: "Podział wpływów, rozbiór terytoriów. Wtedy już koniec... ".
          ... a w twórczości Mackiewicza znaleźć można więcej tematów, które czynią go
          pisarzem wyjątkowo interesującym dla czytelników tego regionu - jak choćby
          nowoczesne, skandynawskie, rozumienie miejsca kultury chłopskiej w kulturze
          narodowej. Podany przeze mnie przykład dowodzi spustoszenia, jakiego stereotypy
          narodowe i "centralizm patriotyczny" wpisane w ataki na Mackiewicza, dokonały w
          mentalności ludzi, którzy kulturę polską powinni propagować w całej jej
          różnorodności, a nie cenzurować. Jedyna nadzieja w sile literatury, bo przecież
          kiedy lustrator z "Gazety Wyborczej" próbuje powiedzieć coś sam od siebie
          o "Bulbinie z jednosielca", to z jego pośpiesznego streszczenia przebija
          wyraźny cień sympatii do tej książki.
          Los polski, los żydowski
          Niestety, nie wykazuje autor "Gazety Wyborczej" nawet cienia tej sympatii, gdy
          cytuje Stefana Korbońskiego, który pisząc o publikacjach Mackiewicza w "Gońcu
          Codziennym", popisał się następującym odkryciem: "Co do ludności żydowskiej, to
          jeden z artykułów kończył się zdaniem, że Żyda nawet powalonego na ziemię
          trzeba rozdeptać jak padalca". I cóż z tego, że w przypisie odredakcyjnym
          znajdujemy informację, że nie był to artykuł Mackiewicza. Po co było w takim
          razie w ogóle cytować Korbońskiego, wyjątkowo nierzetelnego w ocenie
          autora "Drogi donikąd"? Rzecz jest tym bardziej przykra, że Józefowi
          Mackiewiczowi, co akcentował pan w swoim "Ptaszniku z Wilna", antysemityzm był
          obcy czy nawet wstrętny.
          Przez ręce Korbońskiego musiało przechodzić zatwierdzenie wyroku na
          Mackiewicza. W 1964 r. Bohdan Sałaciński (Andrzej Pomian) wybitny działacz
          emigracji polskiej, były członek BIP KG Armii Krajowej przygotował
          broszurę "Sprawa Józefa Mackiewicza", z której odtąd czerpać będą "argumenty"
          autorzy wszystkich ataków na autora "Zwycięstwa prowokacji". Jedno ze zdań
          Józefa Mackiewicza, które wywołało furię i Sałacińskiego, i kręgu ludzi, z
          którymi był związany, brzmiało: "była przepaść między losem Polaków i losem
          Żydów". Na podstawie tego zdania dowodzono, że Mackiewicz deprecjonuje
          martyrologię narodu polskiego. Notabene w powieściach "Nie trzeba głośno mówić"
          i "Karierowiczu" Mackiewicz zamieścił epizody świadczące o antysemityzmie, jaki
          ujawnił się podczas wojny i okupacji w zachowaniach Polaków. Zresztą już w
          artykule "Przytaczam tylko fakty" z 1935 r., przedrukowanym w "Bulbinie",
          ostrzegał przed "rozszerzaniem się fali antysemityzmu" w Polsce.
          Z powieści Mackiewicza wyłania się wizerun
          • Gość: Grzech Re: Wokół Mackiewicza IP: *.citynet.pl 04.10.03, 08:23
            cz. 4
            Z powieści Mackiewicza wyłania się wizerunek ich autora, człowieka - jak się
            wydaje - bez złudzeń, sceptycznego wobec poglądów i poczynań swoich rodaków.
            Na pewno nie krzepi serc, lecz zmusza do myślenia. Lektura Józefa Mackiewicza
            jest potrzebna każdemu, kto chciałby zrozumieć, jak skomplikowane jest
            doświadczenie historyczne narodów Europy Wschodniej. Historia tego regionu -
            powiada Mackiewicz - została naznaczona przez rewolucję bolszewicką i nazizm, a
            komunizm, który dla Zachodu był rzeczywistością ze słów, dla Wschodu był
            rzeczywistością konkretną: nędzy, zbrodni, kłamstw, upodlenia ludzi. Dlatego
            pisarz podkreślał fakt, który wciąż jeszcze jest niedostatecznie
            spopularyzowany w świecie, że nasza część Europy doświadczyła w czasie II wojny
            światowej dwóch okupacji, a nie jednej. Oraz, co dla większości ludzi na
            Zachodzie jest nadal niepojęte, że istniała taka część Europy, dla której wojna
            zaczęła się od okupacji sowieckiej, a nie od ataku Niemiec. Jak ważny jest to
            temat, świadczy, że poruszył go Miłosz w swoim przemówieniu noblowskim w 1980 r.
            Nie było dwóch
            I dopiero w kontekście tego faktu, zrozumiała się staje reakcja Mackiewicza na
            zajęcie Wilna przez wojska litewskie. Wcześniej przecież musieli opuścić miasto
            czerwonoarmiści... Powiedzieć jednak, że autor "Drogi donikąd" był tylko
            pisarzem historycznym, znaczyłoby w dużej mierze zubożyć jego twórczość.
            Mackiewicz po prostu miał nadzieję, że po 17 września 1939 r. wilnianie
            zrozumieli, iż sowietyzm jest dla nich większym zagrożeniem niż litewski
            nacjonalizm. Natomiast głównym przeciwnikiem, przeciw któremu zwrócona była
            myśl Mackiewicza, jest dyskurs o historii, który nazwałbym dyskursem
            konieczności i fatalizmu. Znamy go jako konsekwencję tzw. materializmu
            historycznego. Mackiewicz kategorycznie odrzucał wszelkie formy traktowania
            historii w takich kategoriach. Patrzył na historię jako na pole gry wolnych sił
            i wynik działań ludzi, a nie jakichś praw dziejowych. Zastanawiał się też nad
            tym, jak mogłaby się potoczyć historia, gdyby inne były decyzje i działania
            konkretnych ludzi. Jest to jeden z najważniejszych projektów wpisanych w jego
            twórczość. Istnieje na to angielskie określenie "re-writing history",
            obejmujące rewizjonistyczny nurt we współczesnej historiografii. Fundamentem
            myślowym prozy Mackiewicza jest niezgoda na status quo, szukanie czegoś, co
            można nazwać historią alternatywną.
            Twórczość ta nie przebiła się jednak do szerokich kręgów czytelników.
            Dopominam się dla niej jedynie o równorzędne miejsce w kanonie literatury
            polskiej minionego stulecia. Autorowi "Drogi donikąd" tego miejsca w Polsce
            odmówiono. A lustracja Mackiewicza dotyczy przecież tego okresu w jego życiu, o
            którym napisał wspomnienia o mordach żołnierzy polskich w Katyniu i Żydów w
            Ponarach. Dwa teksty, o których Czesław Miłosz powiedział, że dopóki istnieć
            będzie literatura polska, dopóty mają w niej nieśmiertelne miejsce.
            Autor artykułu w "Gazecie Wyborczej" konstatuje: był Józef Mackiewicz - niezły
            prozaik, i Józef Mackiewicz - publicysta niespełna rozumu, który bez pojęcia
            atakował wszystko i wszystkich: Armię Krajową, księdza
            prymasa, "Solidarność"... No, wariat.
            Tak jakby "Gazeta Wyborcza" nie krytykowała Armii Krajowej, księdza prymasa
            czy "Solidarności"! Ale powiedzmy wyraźnie: nie było dwóch Józefów
            Mackiewiczów. Poglądy tego pisarza są wyjątkowo spójne, jednak trzeba je
            rozpatrywać w ramach jego myśli jako systemu, który tworzył od lat 20.
            Mackiewiczowi zarzuca się na przykład, że nie wierzył w ewolucję komunizmu i
            uważał, że można obalić go tylko siłą. Ale czy ktoś dziś poważnie rozważa
            ewolucje nazizmu i III Rzeszy? Mackiewicz całe życie patrzył na bolszewików
            tak, jak po 11 września ubiegłego roku Amerykanie spojrzeli na terrorystów.
            Gdyby żył, to dla niego bin Laden byłby Leninem czy Stalinem początku XXI
            stulecia. I nie wierzyłby w pokojową ewolucję al-Qaidy...

            treść wywiadu pochodzi z witryny poświęconej Józefowi Mackiewiczowi
            www.tylkoprawda.akcja.pl

            cytował Grzegorz Hajduk
    • Gość: Grzech Genius loci? - tekst S. Michalkiewicza IP: *.citynet.pl 12.10.03, 15:05
      Poniżej podaję artykuł Pana Stanisława Michalkiewicza pt. "Genius loci?"
      odnoszący się do tekstu Pana Artura Domosławskiego pt. "Narodowość -
      antykomunista" (GW z 1.XII.2001 r.).

      Tekst pochodzi ze strony www.tylkoprawda.akcja.pl.

      Stanisław Michalkiewicz (cyt. za: ASMA - mazowsze.k-raj.com.pl ,
      grudzień 2001 r.)

      Genius loci?

      Starożytni uważali, że istnieje genius loci, czyli duch miejsca. Miał on
      sprawiać, że np. różni ludzie, jeśli tylko znaleźli się w miejscu poddanym
      władzy owego geniusza, zaczynali zachowywać się podobnie. Coś musi być na
      rzeczy, bo oto w "Gazecie Wyborczej" z 1 grudnia pan red. Artur Domosławski
      opublikował obszerny artykuł "Narodowość - antykomunista", poświęcony osobie
      Józefa Mackiewicza oraz jurorom nagrody literackiej jego imienia. Artykuł w
      części jest donosem na Józefa Mackiewicza jako "kolaboranta" z Niemcami w
      czasie okupacji, a w części stawia w stan podejrzenia jurorów, że wybrali sobie
      akurat Mackiewicza na patrona swojej nagrody. Po publikacjach Pana Michała
      Cichego, jak to AK-owcy podczas Powstania Warszawskiego mordowali Żydów, po
      serialu na temat Jedwabnego, po antylustracyjnej publicystyce pana Lesława
      Maleszki i innych znawców przedmiotu - teraz to. Okazją było oczywiście
      ustanowienie Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Po co komu taka
      nagroda, skoro jest już nagroda "Nike"?

      Dlatego też pan Domosławski zachodzi w głowę, jak to się mogło stać, że Józef
      Mackiewicz awansował dzisiaj na patrona literackiej nagrody "prawicy".
      Zastanawia się, ale nie do końca potępia. Stara się zrozumieć, podać pomocną
      dłoń, zanim będzie za późno. Bo gdy jurorzy zlekceważą ostrzeżenie i nagrodę
      jednak przyznają, to pogrążą się w otchłań już bezpowrotnie. W obliczu tak
      straszliwego niebezpieczeństwa nawet pan Domosławski odczuwa coś w rodzaju
      litości. Jeszcze jest czas na opamiętanie. Przecież ten Mackiewicz, to nie
      tylko "kolaborant", ale w dodatku krytykował Prymasa Wyszyńskiego i Jana Pawła
      II i Armię Krajową, słowem - wszystkie świętości, które zwłaszcza "Gazeta
      Wyborcza otacza wyłącznie czcią nieustającą.

      A z "kolaboracją" Mackiewicza tak było: "w czerwcu 1941 r. Sowietów przepędzają
      Niemcy. Mackiewicz może teraz porównać okupację brunatną i czerwoną. Zaczyna
      pisać do niemieckiej gadzinówki wydawanej po polsku, czym znów naraża się na
      zarzut kolaboracji i zdrady głównej". Zaczyna pisać. Pan Domosławski dodaje
      wprawdzie, że tego "pisania" było niewiele, ot tyle, by właśnie "porównać", że
      ledwie zaczął, a już skończył, no, ale "zaczął". Zbrodnia to, ma się rozumieć,
      niesłychana, bez względu na to, co tam napisał, to jasne. Przynajmniej dla
      autora artykułu. Jednak będąc na jego miejscu miałbym pewne wątpliwości. Po
      pierwsze dlatego, że "Goniec Codzienny", czyli owa gadzinówka, była co prawda
      niemiecką gazetą dla Polaków, ale przecież nie była tego rodzaju gazetą
      ostatnią. Na przykład "Gazeta Wyborcza", ze względu na specyficzny charakter
      swojej publicystyki, uchodzi za żydowską gazetę dla Polaków, a przecież pan
      Domosławski nie widzi nic złego w publikowaniu tam swoich artykułów. Czy uważa,
      że jak niemiecka - to źle, a jak żydowska - to dobrze? Czy może uważa, że nie
      tyle jest ważne gdzie, ale c o się pisze? Jeśli np. pisze się prawdę, to czy
      można, czy jednak nie można? Jeśli nie można, to jest to jednak niemożność
      selektywna. Np. wielu pisarzy, do których "Gazeta Wyborcza" nie zgłasza
      specjalnych pretensji, pisywało w gazetach sowieckich w okresie pierwszej
      okupacji Kresów Wschodnich i to w dodatku artykuły okupację tę entuzjastycznie
      sławiące. Czy zatem bycie sowieckim kolaborantem jest dozwolone, a może nawet
      chwalebne? Pytam o to, bo Józefa Mackiewicza atakowali szczególnie zajadle
      również dawni kolaboranci sowieccy.

      Oczywiście miedzy Józefem Mackiewiczem a nimi zachodzi istotna różnica. On
      działał samotnie i na własny rachunek, podczas gdy tamci - zawsze w stadzie.

      Pisze pan Domosławski, że "poglądy Mackiewicza na komunizm, PRL Kościół,
      politykę Watykanu, opozycję demokratyczną i "Solidarność" niezwykle łatwo
      wykpić". Naprawdę "niezwykle łatwo"? Niektóre oceny Mackiewicza, zwłaszcza z
      dzisiejszej perspektywy, można uznać za przesadnie ostre, jednak choćby w
      obliczu ostatniego zwycięstwa wyborczego SLD, uwagi Mackiewicza o "moralnym
      rozbrojeniu" wobec komunizmu nie są chyba tak całkiem pozbawione podstaw? Ja
      oczywiście rozumiem, że panu Domosławskiemu trudno byłoby się z tym zgodzić, bo
      w tym "moralnym rozbrojeniu" również "Gazeta Wyborcza" ma swój ważny udział,
      ale jeśli porozmawialibyśmy serio, to myślę, że poglądów Józefa Mackiewicza tak
      łatwo "wykpić" by się nie dało.

      Józef Mackiewicz był antykomunistą konsekwentnym. Uważał komunizm za postać zła
      absolutnego. Stąd jego przekonanie, że dla walki z nim można poświęcić nawet
      uczucia narodowe i patriotyczne sentymenty. Jeśli pan Domosławski uważa taki
      pogląd za pozbawiony sensu, a nawet zbrodniczy, to czy aby nie dlatego, że z
      kolei sam za zło absolutne uważa nazizm i że w celu zwalczania nazizmu można, a
      właściwie należy sprzymierzyć się nawet z bolszewikami? Przypuszczam zaś tak
      dlatego, że to właśnie "Gazeta Wyborcza" tak stanowczo sprzeciwia się stawianiu
      znaku równości między nazizmem, a komunizmem, między Hitlerem, a Stalinem.
      Jeśli zatem przyjąć, że mylił się Mackiewicz, to z jakich powodów
      akurat "Gazecie Wyborczej" miałby przysługiwać patent na nieomylność? Czy
      dlatego, że "nasze dieło prawoje - my pobiedili" - jak orzekł towarzysz
      Stalin?"Jedynie prawda jest ciekawa". Ten cytat z Józefa Mackiewicza posłużył
      za motto nagrody literackiej jego imienia. Poszukujący prawdy może popełniać
      omyłki; jest to nawet nieuniknione. Omyłek nie popełnia tylko ten, któremu
      zamiast prawdy wystarczają koniunkturalne "wersje". Te "wersje" mają wartość
      użytkową o tyle, o ile "wszyscy" przyjmą je bez zastrzeżeń. Taki właśnie, jak
      sądzę, "Gazeta Wyborcza" ma ideał i z tego m.in. powodu postać Józefa
      Mackiewicza jest tak przez nią nie lubiana.

      Samo jego istnienie, sama jego twórczość boleśnie uwiera wyznawców "wersji" tym
      bardziej, że Mackiewicz zupełnie pozbawiony był instynktu stadnego. Być może
      taka postawa jest dzisiaj niepraktyczna, zwłaszcza w najbardziej wulgarnym
      sensie tego słowa. Nie znaczy to jednak, że jest pozbawiona znaczenia. Latarnia
      morska nie płynie donikąd, ani też nie przewozi żadnych wartości handlowych.
      Jednak to właśnie ona pozwala zorientować się, gdzie właściwie jesteśmy.

      przytaszczył Grzegorz Hajduk

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka