weekend_w_fontainebleau
15.12.08, 12:58
Podczas pewnej publicznej dyskusji Kazimiera Szczuka stwierdziła
niedawno (nie cytuję dosłownie), że chętnie w swej aktywności
krytyczno-literackiej zajęłaby się innymi problemami niż te stawiane
przez feminizm, ale „co zrobic, skoro jeszcze tyle zostało do
zrobienia”, taki był sens tej wypowiedzi. W ogóle cała dyskusja,
która teoretycznie miała dotyczyc „wizji rzeczywistości kreowanych w
literaturze”, czy coś takiego, sprowadzona została do kwestii - jak
i które teksty literackie wspierają czy wspierac mogą feministyczną
krytykę patriarchalnych instytucji i pomagają czy mogą pomóc
zaprojektowac bardziej egalitarny ład społeczny… Myślę, że
zreferowałem to uczciwie i bezstronnie.
Jestem w nastroju ugodowym, poza tym cenię pluralizm w każdej
dziedzinie i chcę po prostu wyrazic swój pogląd, nie oczekując, że
kogoś przekonam.
Wg mnie jest w tym jakaś zdumiewająca instrumentalizacja i
ideologizacja literatury. Jakby nie miała ona swej autonomicznej
funkcji, i była tym wartościowsza, im lepiej może wesprzec
publicystykę i propagandę w krytyce społecznej i propagowaniu
pewnych idei (w każdym razie dopóki jeszcze „wiele zostaje do
zrobienia” w tych sprawach…). Jest chyba tak, że u
przedstawicielek „genderowej krytyki literackiej” po prostu nad
wszystkim do tego stopnia dominuje temperament reformatorski,
społecznikowski (trzymam się życzliwych określeń), plus fascynacja
pewnymi silnie abstrakcyjnymi teoriami i ideologiami – że bez reszty
zabarwia to ich widzenie literatury i jej zadań.
Kompletnie się z tym nie zgadzam. Tutaj ważne zastrzeżenie:
najczęściej ideologiczne zaangażowanie „zarzucamy” tym, których
ideologie są sprzeczne z naszymi…No więc mogę powiedziec, że co
prawda czasem myślę, że posiadanie jednoznacznych poglądów
politycznych jest lekko poniżej mojej godności :-), to jednak w
pewnych sentymentach, odruchach ale także (jednak) poglądach jestem
bliski szeroko pojętej lewicy.
Ale dla mnie podstawową i autonomiczną wartością literatury jest
jednak coś innego: to, że pomaga nam życ, pomaga zmagac się z
problemami bardziej uniwersalnymi - egzystencjalnymi,
metafizycznymi, nie służy do politycznie czyli płasko rozumianej
krytyki i zmiany rzeczywistości, jest już raczej po to, żeby o
rzeczywistości marzyc, kreowac, ale w sensie wzbogacac jej widzenie,
szukac i nadawac sens, zrozumiec siebie i swoje uczucia - a czasem
po prostu „zabijac czas” (politrucy zwą to „eskapizmem”).
Na to nie ma prostej recepty i wieloznacznośc i niedookreślonosc są
zaletą, a nie wadą. Natomiast zamierzony polityczny czy ideologiczny
przekaz strasznie obniża rangę pisarza i książki. Pisarz, który
zniża się do czegoś takiego, odsłania się jako ktoś omylny…Bo każda
ideologia siłą rzeczy zawiera pewną dozę komunałów, uproszczeń i
półprawd, a feminizm nie jest w tym ostatni. Można posiadac
określone przekonania polityczne, ale dawac im wyraz na innych,
bardziej odpowiednich polach, w publicystyce, debacie publicznej,
nawet – czemu nie? - działalności politycznej. Olga Tokarczuk
pisząca „Prawiek..” jest dla mnie jakimś bogiem, podobnie Huelle
jako autor „Weisera Dawidka” albo Cortazar piszący opowiadania
z „Końca zabawy”. A Cortazar podpisujący „antyimperialistyczne”
manifesty przeciwko Pinochetowi i intrygom CIA (jakże słuszne), nie
mówiąc o Marquezie podlizującym się Castro – są już kims innym,
mniejszym, równym nam… I to chyba nie przypadek, że mimo lewicowych
poglądów nie dali się wmanewrowac w takie zinstrumentalizowane
widzenie literatury i jej zadan, jakie prezentuje Kazimiera Szczuka
i jej środowisko.