dr.krisk
16.11.03, 21:24
Jak to czasem w życiu bywa.... Jeszcze dwa tygodnie temu (znaczy - nazad)
byłem sobie wesołym drem KrisKiem, trochę libertyńskim (ale w granicach
rozsądku), czerpiącym z życia pełnemi garściami (w ramach skromnych
możliwości), a tu masz: siedzę teraz godzinami w smutnych białych
poczekalniach, pełnych smutnych i zaniepokojonych ludzi, rozmawiam ze
smutnymi lekarzami o smutnych sprawach - niech to szlag! I to ja - który
nigdy nawet ani dnia spędziłem w szpitalu, bezlitośnie drwiłem z
hipochondryków z lubością wyszukujących w sobie wyimaginowane schorzenia.
Tak więc, reasumując i nie wdając się w zbędne wyjaśnienia - w srogich
opałach jestem, żarty sie skończyły i przychodzi mi poważnie pomyśleć, co
będzie dalej (albo raczej - co nie będzie).
No i myślę sobie tak: jaki sens ma cała nasza edukacja literacka, te tony
przeczytanych, przemyślanych i jakos tam przeżytych powieści, wierszy,
godziny wysłuchanej muzyki, hektary obejrzanych obrazów, jeżeli nie potrafią
one nam dać dystansu do najprostszej sprawy naszego życia: groźby śmierci?
Czy w ogóle tzw. kultura (co byśmy przez to pojęcie nie rozumieli) czyni nas
mądrzejszymi w życiu, czy tylko jest to katalog nazw i dat
które_każdy_inteligentny_człowiek_znać_powinien?
Żeby było jasne - nie trzęsę się ze strachu jak osika (tylko tak sobie troche
dygoczę), nie nawróciłem sie gwałtownie na jakąś wiarę, nie źrę kilogramami
vilcacory zagryzając tołpą, oczekując na audiencję u jakiegoś uzdrowiciela z
Tobago. Na tym mnie nie złapiecie, o nie.
Ale myślę o tym, na jak długo starczy mi odwagi i chłodnego dystansu.....
Pozdrawiam.
KrisK