Dodaj do ulubionych

Patowa sytuacja

03.10.04, 23:35
Czytam wiele mądrych rad na tym forum, sam też mam problem z sytuacją, z
której nie potrafię znaleźć wyjścia. Pomijając sprawy seksu (też już 3 m-ce
bez, a przedtem rzadko) nasze stosunki są tak ciężkie, że już sobie z tym nie
potrafię dac rady. Ja się już po prostu wolę nie odzywać, po co zadawać
pytanie, wiedząc, że spotkam sie z niegrzeczną, opryskliwą odpowiedzią? Co
możnaodpowiedzieć na zaczepki? Nie mówić nic, albo opanować się i
odpowiedzieć w miarę z sensem jakiś komunał...
Zapewne potrzebuję pomocy jakiegoś specjalisty, ale właściwie nie potrafię
sformułować problemu, nie rozumiem przyczyn, co się stało, co się dzieje.
Widzi to też i bardzo cierpi moje dziecko.

Widzę, że moja żona zachowuje się niemal dokładnie według przewrotnej recepty
z jakiegoś forum "co zrobić, aby mąż odszedł ode mnie z jego winy", a może to
przypadkowe skojarzenie...
Nie wiem, co robić, kocham ją i czuję że ją tracę / straciłem.
Z pewnością nie jestem ideałem i w tym rozpadającym się związku ponoszę
część, a może nawet większość winy, nie wiem. Wiem tylko, że nie chcę jego
rozpadu, jak i to, że nie wiem, jak długo to wytrzymam.
Obserwuj wątek
    • anula36 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 00:01
      Zapewne potrzebuję pomocy jakiegoś specjalisty, ale właściwie nie potrafię
      > sformułować problemu, nie rozumiem przyczyn, co się stało, co się dzieje.


      tym rozpadającym się związku ponoszę
      > część, a może nawet większość winy,

      No i jak to sie ma jedno do drugiego?? Jesli byla jakas wina to byla tez jakas
      przyczyna tego ,co sie dzieje.
      Sam sobie odpowiedz jaka. A potem moze faktycznie do specjalisty.Skoro juz nie
      potraficie z soba normalnei rozmawiac,moze przyda sie jakis mediator.
      • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 00:29
        Wiesz , jestem w wielkim dole i na etapie autoterapii wyciągania się z kryzysu
        wieku średniego (mam 45), zwalczam u siebie myśli typu "do niczego się nie
        nadaję", prawdopodobnie w znacznej mierze powstałej w wyniku naszej sytuacji
        małżeńskiej. Staram się jednak zachowywać powściągliwie, nie ujawniać
        negatywnych emocji, zachowywać się "po amerykańsku"jak ten żołnierz, któremu
        właśnie urwało nogę i na pytanie "jak się masz" przybiera uśmiechnięty wyraz
        twarzy i odpowiada "znakomicie, a ty?".
        Jednym słowem mam problem i z sobą i z Nią.
        Powiedziała mi już, że mnie nie kocha i najlepiej, żebym sobie odszedł.
        Ale, było już tak w przeszłości, potem mnie znowu zaczęła kochać, ale
        takiego "kryzysu" jak teraz jeszcze nie było. Ona mnie po prostu dręczy.
        • anula36 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 00:33
          no coz, w takim razie wynika z tego ze ty lubisz byc dreczony:)
          A tak serio-gdybys na prawde odszedl, nei w sensie stricto,ale np wyjechal
          gdzies na tydzien ,dwa,dal jej wszystko na spokojnie przemyslec,moze tez w tym
          czasie pogdagac ze specjalista,ciekawe czy po powrocie zona bylaby tak samo
          pewna ze juz cie nei kocha.
          • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 00:51
            To nie takie proste, mój wyjazd na 3 tygodnie do pracy jeszcze wszystko
            pogorszył. Może to za krótko, poprzednio wyjechałem na pół roku, też do pracy,
            ale za granicą, za solidne pieniądze.
            Ja nie lubię byc dręczony, ale mój synek popłakuje i cierpi. Właściwie, to
            wyjechałbym nawet na "do odwołania", gdyby nie On, bo mam tego dość. Patrzę na
            zdjęcie mojej dziewczyniki, które mam na biurku, tęsknię do bliskości i
            przytulenia, a jak wraca do domu, to mam ochotę pod jakimkolwiek pozorem wyjść,
            czasem nawet to robię, idę "po coś" do samochodu, tak naprawdę, żeby ukryć łzy.
            (Nie napisz, że faceci nie płaczą, chociaż staram się zaraz doprowadzić do
            porządku udzielając sobie reprymendy - nie użalać się nad sobą). Moim
            przyjacielem jest mój synek, ale w żadnej mierze nie jest równorzędnym
            partnerem, nie mogę Go przecież wprowadzać w nasze małżeńskie sprawy, ani nawet
            powiedzieć, że mam żal do Jego Mamy. Chociaz On mi powtarza, co Mama
            powiedziała, oczywiście nigdy mu nic złego na Mamusię nie powiem, ale ponieważ
            widzi i czuje, że sie dzieje coś niedobrego, to mu tłumaczę, że Mama ma jakiś
            trudny okres i Jej to przejdzie, jednak sam w to coraz mniej wierzę.
            • lideczka_27 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 01:03
              scriptus, czy to Twoja żona unika zbliżeń?
              • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 01:23
                Tak, zawsze miała niewielkie potrzeby, to ja zawsze byłem "na każde zawołanie",
                ba mnie, jako na mężczyźnie spoczywa "obowiązek" inicjowania zbliżenia. Kiedyś
                mi to wyraźnie powiedziała. Wypracowałem więc swego rodzaju rytuał, w którym
                praktycznie codziennie miała mnie "do dyspozycji", nauczyłem się rozpoznawać,
                kiedy "nic z tego". Mało wygodna sytuacja, ale można się przyzwyczaić. Z całą
                odpowiedzialnością stwierdzam, że ja jestem stale gotów i do rozmowy i do
                zbliżenia, choćby nawet tylko do przytulenia. Ona też jest bardzo wrażliwa,
                jednak nie wiem, co ją tak bardzo zamknęło i najeżyło. Że użyję porównania,
                chodzę koło Niej jak pies koło jeża i co chwila z piskiem odskakuję. Chociaż,
                po kilku takich doświadczeniach właściwie tylko już czekam, z nadzieją nie
                wiadomo na co.
                • lideczka_27 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 01:54
                  scriptus, bardzo Cię proszę, byś nie brał mi za złe, ale podeprę się
                  doświadczeniem mojego męża. Gdy czytałam Twoje posty, miałam przed oczami jego,
                  sam mógłby to napisać, a postępowanie Twojej żony jest analogiczne do
                  zachowania pierwszej żony mojego męża. Powód tego wszystkiego był banalny: inny
                  mężczyzna. Przez ostatnie dwa lata małżeństwa kochali się dwa razy, w tym raz
                  jak on dostał niezłe odszkodowanie za wypadek ;) Prośby o rozmowy, wizytę u
                  specjalisty spływały po niej, jak woda po kaczce. Romans trwał dwa lata, w
                  końcu go zostawiła, podała o rozwód, jej facet też odszedł od rodziny i
                  zamieszkali razem (nie wyszło im, tamten wrócił do żony, eks mojego chłopa
                  znalazła sobie nowego żonatego, ale to już inna historia...). Czy bierzesz pod
                  uwagę fakt, że Twoja żona może mieć kogoś na boku lub - co gorsza - być nawet
                  uczuciowo zaangażowana? To tłumaczyłoby jej nerwy, opryskliwość, unikanie
                  zbliżeń itd. Pisałeś o kryzysach, o swojej winie za rozpad związku - czy aby
                  przypadkiem nie poszukała zrozumienia i pocieszenia w ramionach innego faceta?
                  Rozważ to, bądź czujniejszy.

                  pozdrawiam
                  lidka
                  • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 05:28
                    Scriptus, przyoblekasz sie w cierpienie jak w cierniową korone, zasłaniasz
                    synkiem, zeby nic z tym nie zrobic. Prawdopodobnie uważasz, ze ze względu na
                    niego trzeba utrzymywać tę atrapę malżeństwa. A ja Ci powiem: WLASNIE ze wzgledu
                    na syna trzeba coś z tym radykalnie zrobić. Dla Twojego syna ta sytuacja jest
                    zabójcza, jesli chodzi o JEGO PRZYSZŁE ZWIAZKI.
                    • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 05:30
                      Jesli nie zmienisz swojego zycia, on wszstko dokładnie powtórzy w swoim.
                      • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:11
                        Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie wiem, co robić...
                        • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:18
                          skończyć z chorym heroizmem, pójśc do psychologa, czasem trzeba zmienic kilku,
                          nie trzymac sie jednego, jesli okaże sie nietrafiony, nie pozwalać sie zonie
                          ponizac i eksploatować. Pomysl, ze twój syn, jesli nie "ruszysz tyłka" bedzie
                          sie musiał leczyć, tak - jakbys przerzucił ten ciężar na niego, a dalszą część
                          wywodu moge przelać Ci na priv, jesli oczywiscie chcesz. Sama mam juz dorosłe
                          dzieci i cokolwiek do powiedzenia na ten temat. Lecz nie chce za dużo krakac.
                          Pozdrawiam
                          • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:31
                            To nie jest heroizm, a głupia bezradność.
                            Z tego, ze ode mnie zależy los mojego Syna, zdaję sobie sprawę. Ma to dla mnie
                            podstawowe znaczenie. Gdyby nie On, najprostszym wyjściem byłoby
                            sie "zaskorupić" sie w sobie, albo wynieść się z domu i zobaczyć, co z tego
                            wyniknie. Oczywiście, jeżeli masz jakieś ciekawe spostrzeżenia na priv, to z
                            radością przyjmę każdą dobrą radę.
                            • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 10:25
                              radością przyjmę każdą dobrą radę.

                              Ty nie rady potrzebujesz, scriptus, ale bata do działania, a tym batem niech
                              bedzie gwarantowana niedola w przyszłości twojego dziecka, jesli nie wezmiesz
                              spraw w swoje ręce.
                        • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:20
                          czasami trzeba babie zacytować Dyzmę "a ja w mordę też potrafię dać.." może to
                          o to chodzi? Znajomy moich rodziców skarżył się na żonę właśnie, że jest dla
                          niej dobry, uległy etc...że inny toby może jej w mordę dał a ona na to "a może
                          ja bym tak chciała?"....dalej żyją sztucznie i bez porozumienia...radykalne
                          rozwiązania leżały poza możliwościami "wuja"
                          scriptus napisał:

                          > Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie wiem, co robić...
                          • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 14:49
                            Niestety, Ona dobrze wie, że nie potrafię... jej "dać w mordę" dosłownie, a
                            inne sposoby - cóż, jest dość niezależna, co mogę, zabrać jej kieszonkowe,
                            kiedy zarabia więcej ode mnie?
                            • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 16:44

                              no to jest ból! też bym chyba średnio znosił gdyby baba zarabiała więcej ode
                              mnie...było tak przez jakiś rok...koszmarnie się czułem tak przy okazji. Więc
                              tym bardziej ją zadziwisz, jeśli się okaże że potrafisz:-)
                              Marcin


                              scriptus napisał:

                              > Niestety, Ona dobrze wie, że nie potrafię... jej "dać w mordę" dosłownie, a
                              > inne sposoby - cóż, jest dość niezależna, co mogę, zabrać jej kieszonkowe,
                              > kiedy zarabia więcej ode mnie?
                      • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:17
                        Ja właśnie to zrozumiałem, że walcząc o dobry układ w domu, w istocie też
                        walczę o przyszłość chłopaków- normalną i bez stresów i okalczenia. W końcu to
                        nawet do mojej żony dotarło, albo znów się wystraszyła wizji walizki, albo
                        koleżanki, które jej powiedziała, że mi do twarzy w czerwonym podkoszulku (a
                        koleżanka bez chłopa), sam nie wiem... w każdym razie trzeba być ślepym, żeby
                        nie widzieć różnicy w zachowaniu dzieci...a może to mój młodszy synek który
                        kiedyś zapytał żony "Dlaczego ty nie kochasz taty?" a miał coś wtedy 2 latka.
                        Ważne jest, że poprawa jest istotna, i chyba nie pozorna, ale też że w walce
                        ustawać nie należy.
                        Ale coś mi się wydaje, że PAN KOLEGA musi najpierw uwierzyć w siebie, uwierzyć,
                        że jest atrakcyjnym i wartościowym mężczyzną. To punkt wyjścia. Na odzyskanie
                        bądź zdobycie takiej wiary jest wiele sposobów. Nie będę pisał, bo woman-in-
                        love wykasuje. W każdym razie kształtujesz też męskość swojego syna. Gdybyś
                        miał córkę, kręciłbyś najwyżej bat na zięcia przyszłego...hehe. Czasami myślę,
                        że jak się ma chłopaków to trzeba być niezłym łobuzem (czytaj s...lem, żeby oni
                        potem jakoś dawali sobie radę w życiu. Wychowuje się też wzorcem osobowości.
                        No i jeszcze jedno pytanie: kto u Was podejmuje najważniejsze decyzje?

                        Marcin

                        woman-in-love napisała:

                        > Jesli nie zmienisz swojego zycia, on wszstko dokładnie powtórzy w swoim.
                        • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:51
                          Chętnie skorzystam z rad nawet na priv (nie wiem, jak sie to włącza).
                          Rada typu "bić w mordę", to nie dla mnie. Nie potrafię uderzyć drugiej osoby
                          (to znaczy, w przypadku samoobrony przed napadem tak, to jednak inna sytuacja,
                          też uważam jednak, że najrozumniej jest uciec). Nie sądzę zresztą, żeby przemoc
                          fizyczna mogła odnieść jakikolwiek pozytywny skutek w przypadku rozwiązywania
                          problemów rodzinnych. Jak widzisz, jestem sobie taki dobroduszny misiek
                          pierdoła. Mój syn jest za mną, ale nie mogę Go dłużej stawiać w sytuacji, że
                          musi wybierać, w końcu to jego Mamusia i Ją też kocha.
                          Nie byłem jeszcze u psychologów, muszę się wybrać. Wiem że muszę coś zrobić ,
                          ale naprawdę nie wiem co. jedna z moich prób, to "wywleczenie" tej sprawy na
                          forum, szukanie rady i opinii u obcych , anonimowych ludzi, jednak
                          posiadających jakies doświadczenia, pozytywne i negatywne. Wiem, że "nihil novi
                          sub sole", więc szukam rozwiązań, które sie juz gdzieś sprawdziły.
                  • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:19
                    Wydaje mi się to nieprawdopodobne, żeby żona kogoś miała , ale i nad tym się
                    zastanawiałem. W tym wypadku jej polityka dałaby się zinterpretować tak: robi
                    wszystko, żeby mnie sprowokować do wyniesienia się z domu. Czy to właśnie
                    powinienem zrobić? Być może w takim wypadku byłoby to słuszne, przepraszam za
                    wulgaryzm - "olać babę" i się wynieść, mam gdzie. Ale, co z moim synkiem?
                    • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 09:52
                      Przeprowadz zasadniczą rozmowe i zapowiedz, ze zamierzasz zmienić chory układ.
                      Cokolwiek powiesz - DOTRZYMAJ. Nie przestajesz być ojcem dziecka i na pewno
                      mozesz ustalić formę kontaktu. Syn zobaczy w Tobie Człowieka, a nie
                      poniewnierane nie-wiadomo-co. Wazne, zeby jasno podkreslic, że nie odchodzisz do
                      innej kobiety, ale odchodzisz od tej, konkretnej, zimnej i niedobrej. Może sie
                      obudzi?
                      • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 14:45
                        Widzę, że sugerujesz rozwiązanie - odchodzę, jak się namyślisz, wrócę.
                        kontakty z dzieckiem, codziennie od 16, jak wróci ze szkoły do 22, o 22
                        wychodzę i jestem rano o 9 w moim biurze (niestety biuro mam w domu)
                        Coś jak rozwód, czy separacja...
                        Tylko, różnica niewielka, czy będę spał w swoim pokoju, czy w mojej przyczepie
                        campingowej, chociaż, przynajmniej nie będzie wiedziała, gdzie ja śpię..., w
                        dalszej kolejności mam jeszcze domek na wsi po mojej rodzinie, który żonie jest
                        zresztą niepotrzebny i dlatego nalega na jego sprzedaż, jednak jest on trochę
                        za daleko, bym mógł tam mieszkać i spotykać się z synem.
                        Trochę mi ta metoda przypomina smarkaczowskie "na złość mamie odmrożę sobie
                        uszy", ale dodatkowo Syn może odebrać to jako "mój Tatuś opuszcza mnie i Mamę",
                        a próba wyjścia z domu może się skończyć sceną typu - "tata, idę z tobą" i
                        wtedy co - mam zabrać Go do przyczepy, czy złamać się i zostać, robiąc farsę z
                        całego przedsięwzięcia, albo nakrzyczeć okrutnie na małe zrozpaczone serduszko,
                        które też chce bronić swojej rodziny - zostajesz! i wyjść?
                        Na razie zapytany przez syna , "dlaczego Mama jest na ciebie zła?"
                        odpowiedziałem, zgodnie z prawdą - "nie wiem, zdaje się, że ma trudny okres w
                        życiu, albo jakieś duże problemy". On mi ufa, wierzy, że rozwiążę ten problem i
                        że będzie jak dawniej. Nie mogę zawieść przynajmniej Jego zaufania i popełnić
                        dalszych, widocznych dla Niego błędów. Zapewne już popełniłem wiele błędów, do
                        których może również należeć moja obecna bierność, zgodnie z zasadą, "jak nie
                        wiesz, co robić, najlepszą reakcją jest brak reakcji"
                        Wyjście z domu jest dalszym regresem, ten krok oznacza - "od teraz nie jesteśmy
                        rodziną", a ja wcale nie chcę rozbijać naszej rodziny. Dlatego, ten sugerowany
                        przez Ciebie na pewno trudny dla mnie, ale nie niemożliwy krok nie jest krokiem
                        w tym kierunku, który chciałbym utrzymać. Nie odrzucam tej możliwości, ale
                        chciałbym znaleźć lepszy sposób "zmiany chorego układu" :-)
                  • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 15:48
                    Myślałem, czy może mieć kogoś na boku, kogoś "lepszego" ode mnie (bo inaczej
                    tonie ma sensu). Cóż, nie będę Jej śledził, to uwłaczające dla mnie. Wolę
                    myśleć, że nie ma.
                    Jednak, w wypadku, że ma kogoś na boku, jaki jest optymalny sposób postępowania?
                    Są chyba trzy możliwości
                    - zostawić to tak jak jest, czekać
                    i albo tamten będzie "lepszy" i wtedy w końcu przydzie do mnie i
                    powie, że wybrała tamtego, odejdzie.
                    albo nie będzie lepszy i wtedy przyjdzie do mnie, cichcem, żebym
                    się nie dowiedział, zacznie być miła, a ja nie bedę miał świadomości tego , co
                    zaszło i ją z powrotem odzyskam, albo Jej będzie wstyd do mnie wrócić i nie
                    wróci (wtedy obecny stan może trwać w nieskończoność, chyba, że ja coś zrobię -
                    tylko co?)
                    albo przyjdzie i powie, że miała kogoś, ale chce wrócić i ja będę
                    miał żal do niej i problem, jak Jej wybaczyć (wierz mi, nie byłoby to dla mnie
                    łatwe, nie jestem szachistą, żeby przewidywać, co wówczas zrobię)

                    - sprawdzić, czy ma kogoś, zacząć szpiegować, podejrzewać, a jak się okaże , że
                    nie ma, to wstydzić się przed samym sobą przez wiele lat? A jak ma, to co
                    wtedy? Scena, jak z włoskiego filmu? Powiedzieć - wiem o wszystkim, wybieraj,
                    on, albo ja? Groteskowe, śmieszne, nie potrafię sobie wyobrazic takiej
                    sytuacji, ani siebie, co bym zrobił, ani Jej. Oglądałem na reality TV taki
                    program Cheaters, ja nie zachowałbym się tak, jak bohaterowie programu,
                    tylkojak? Nie wiem.

                    - w końcu się to jakoś wyda i wtedy - stawiać jakieś ultimatum, negocjować
                    (będziesz ze mną, albo z nim, a dziecko ze mną, czy inne wstrętne pomysły rodem
                    z sali rozwodowej), albo nie paprać się w ekskrementach i wtedy, patrz -
                    rozwiązania z punktu pierwszego - zostawić jak jest, czekać.

                    Potencjalnie jest jeszcze jedna możliwość rozgrywki - znaleźć sobie kogoś, i
                    potem - Ty masz kogoś, ja mam kogoś, co dalej, eskalacja konfliktu, więc to
                    rozwiązanie bez sensu. Ponadto, uważam, wstrętne byłoby potraktowanie
                    przedmiotowo tej trzeciej osoby, jako element rozgrywki z żoną

                    Czasami, to żałuję że się ożeniłem, o ileż mniej bym miał problemów, ale wtedy
                    patrzę na mojego Synka, którego by nie było i myślę, że On jest wart więcej,
                    niż wszystkie możliwe kłopoty na świecie. A w sumie z moją żoną też parę w
                    miarę szczęśliwych lat przeżyliśmy

        • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 06:11
          Powiedziała mi już, że mnie nie kocha i najlepiej, żebym sobie odszedł.
          > Ale, było już tak w przeszłości, potem mnie znowu zaczęła kochać, ale
          > takiego "kryzysu" jak teraz jeszcze nie było. Ona mnie po prostu
          dręczy.

          maprawdę uważasz, ze piwo w lodówce "uczyni wiosnę"?
          • scriptus Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 08:19
            Już nie uważam, że piwo może mieć znaczenie, chyba tylko szukałem sobie czegoś
            pozytywnego dla podbudowania się :(
            Pewnie sam kupiłem i zapomniałem :(
            Właściwie, to "zerwaliśmy ze sobą"
            Wcale nie jestem szczęśliwszy.

            Można sobie tylko powtarzać, że się jest optymistą, myślenie ma moc sprawczą,
            jeżeli chcesz coś osiągnąć, to wyobraź sobie samochód, jaki chciałbyś mieć, a
            na pewno się uda, a potem zrób plan działania, itp - to ze szkolenia
            handlowców, w teorii jestem dobry.

            A więc powtarzam sobie - jestem optymistą, jestem optymistą, będzie dobrze
            zero marzeń na pewno się spełni :(
    • dadaczka Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 11:52

      Moim zdaniem jeśli żona:
      a) odmawia Ci seksu;
      b) jest niemiła, nieprzyjemna, opryskliwa

      to ma jakiś problem z którym nie może sobie poradzić, a dotyczący Ciebie (albo
      między innymi Ciebie). Nie wiem: jest zła na Ciebie o coś, czegoś nie dostaje,
      co jest jej potrzebne, wygląda to tak jakby próbowała coś wymusić. Możliwe,
      niestety, jest też i to, że po prostu przestała Cię kochać i ją drażnisz - albo
      właśnie jest ktoś 3 w myślach czy w rzeczywistości (sorka, wiem, że to okrutne,
      co piszę). Czasem pomaga przeczekać taki trudny okres, ale to potwornie
      potrafi dokopać (takie czekanie). Więc na Twoim miejscu chyba bym wolała
      porozmawiać niż się męczyć.
      • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 14:02
        Jeżeli ma jakiś problem, widocznie nie ma do mnie zaufania, bo staram się być
        otwarty dla Niej. Owszem ostatnio musiałem Jej odmówić wielu rzeczy, mam
        kłopoty finansowe, mam je zresztą już kilka lat, więc to nic nowego. Ale, widać
        moje dziecko rozumie lepiej pewne konieczności od Niej. Problemów mamy mnóstwo,
        jak wszyscy, ale to normalka, wszyscy je mają i sobie radzą.
        Nie wiem, co chce wymusić, więc jej postępowanie byłoby w tym przypadku
        nielogiczne. Jeżeli chce się coś wymusić, to trzeba dać znać, o co chodzi, a ja
        nic nie wiem. Wiem, że graczem jest doskonałym, jednak naprawdę nie rozumiem, w
        co Ona gra.
        Na temat 3 przypadku (ktoś trzeci) też nic nie wiem, ale nic na to nie
        wskazuje, albo ja nie umiem patrzeć.
        Próby rozmowy na razie nic nie dały, więc - z Twoich rad pozostaje przeczekać,
        co de facto robię, jako nienajmłodszy już facet wytrzymam wiele, nie jest już
        mnie łatwo wyprowadzić z równowagi. Jednak, pozostawienie przez dłuższy czas
        takiego stanu rzeczy, jaki jest, może bardzo zaszkodzić dziecku, co już
        dostrzeżono w kilku tutaj postach :-).
        Zapewne trzeba trochę przeczekać i potem działać.
        Interesuje mnie, jak określić, ile trzeba czekać i wszcząć jakieś działanie,
        czym się kierować.
        To, co piszesz, że czekanie potrafi dokopać, to prawda, działa to niszcząco na
        sferę emocjonalną. To jak w czasie wojny oczekiwanie na wrogi nalot. A
        oczekiwanie na wrogie posunięcia ukochanej osoby, to już kompletne maczanie się
        w sprzecznościach, w oparach absurdu. Dlatego wolę postrzegać obecną ciszę,
        jako ciszę ze strony bezradnej osoby, która nie umie poradzić sobie z jakimś
        problemem i nie ma do mnie zaufania, co zresztą boli, niż okopywać się w
        oczekiwaniu na atak z najgrubszego kalibru.
        Tych możliwych przyczyn naszego kryzysu jest wiele, a w przypadku każdej z
        nich - wolę się mylić :-(
      • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 15:18
        Czasem pomaga przeczekać taki trudny okres, ale to potwornie
        > potrafi dokopać (takie czekanie). Więc na Twoim miejscu chyba bym
        wolała
        > porozmawiać niż się męczyć.


        Czekając najlepiej włozyc głowe w piasek :-)))
        • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 15:30
          sugeruję czasowa separacje, a to wymaga odwagi. Od razu zasłaniasz sie
          "zrozpaczonym serduszkiem". Pobyć oddzielnie, żeby przemyśleć sytuację nie jest
          żadna tragedia. Za to tkwienie w obecnej matni na pewno (moim zdaniem) nia jest.
          • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 16:07
            Dobrze myślisz, z tą separacją, ale co to właściwie ma być, jak to technicznie
            zrealizować?

            Praktycznie separację, to my już niemal mamy, mogę zwiększyć te restrykcje, na
            przykład o to, że zacznę wychodzić na noc z domu, a z dzieciakiem porozmawiać,
            żeby złagodzić jego obawy, ale nie wiem, co można dziecku powiedzieć, żeby go
            nie wystraszyć i nie zranić. I tak jest zdrowo wystraszone, bo mu koleżanka
            powiedziała, że jej tata też się z jej mamą pokłócił i odszedł i ona nie ma
            teraz od kilku lat swojego tatusia. Wie, że w razie rozwodu, dzieci zostają
            przy matkach, a tatusiowie najczęściej idą w siną dal.
            Mogę się odseparować zamykając się w swoim pokoju, nie wchodzić do kuchni (w
            końcu jeść można na mieście), do innych pokoi, z wyjątkiem dziecka, dziecko
            będzie spokojniejsze, ale ten stan się równie dobrze też może utrwalić na długi
            okres czasu. I czy to odniesie jakikolwiek skutek, czy żona w ogóle dostrzeże
            różnicę?
            Mogę też znowu wyjechać gdzieś do pracy, ale, właśnie z jednego wyjazdu
            wróciłem i tracę znowu kontakt z dzieckiem.
            Tak źle, tak niedobrze.
        • dadaczka Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 15:52
          ba, żeby tylko włozyc głowę w piasek - jeszcze resztę poduszkami obłożyć, żeby
          ciosy nie bolały ;-)

          pisałam o tym czekaniu na "bazie" takiej historii: czasem zdarza się coś
          takiego, że żona/mąż ulegnie np. jakiejś fascynacji kimś trzecim. Nie chce
          niszczyć małżeństwa, ale też z drugiej strony nie potrafi w tym czasie (tej
          fascynacji) być zaangażowana/-y w swój stały związek. Niekoniecznie ta
          fascynacja musi być "skonsumowana", czasem jest to tylko platoniczny "zawrót
          głowy", rozsądek i zasady nakazują zostać w małżeństwie - ale emocje cierpią.
          Powiedzieć o tym partnerowi nie można, bo bardzo by go to zraniło i zniszczyło
          małżeństwo. Więc się taka osoba męczy jakiś czas głównie sama ze sobą i męczy
          partnera - w imię przetrwania małżeństwa. Czy ma to sens? Nie wiem, wydaje mi
          się, że czasami tak, zwłaszcza jak są dzieci. Bo przecież małżeństwo -
          jakkolwiek by na to nie patrzeć - to nie tylko seks i uczucia. Również
          odpowiedzialność za partnera i rodzinę. Dlatego czasem nie pozostaje nic
          innego, jak przeczekać jakiś czas.

          Oby to nie był ten przypadek

          Pozdr.
          • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 16:27
            Cóż, może to jest to...
            mówisz, dać jej spokój i czekać z głową w piasku?
            pewnie zniosę strusie jajo...
            I idę szykować poduszki

            Chociaż, nic na to nie wskazuje, żeby kogoś miała. Nie zaglądam do Jej skrzynki
            emailowej ani do telefonu, chociaż znam hasła i kody, ale nie SMSuje, nie
            wydzwania, nie wychodzi w późnych porach. Owszem, wyjeźdźa służbowo, ale od
            dawna wyjeźdźała, to normalne. Nie chcę Jej podejrzewać, oskarżać, to
            uwłaczające Jej i mi.

            I tak nie widzę, czy będzie z tego jeszcze coś na kilka lat, póki dziecko nie
            podrośnie i potem zostanę na starość sam, czy też może będziemy, jak wiele
            innych starych par przyjaciółmi, wspierającymi się i opiekującymi się sobą, co
            zawsze było moim celem.
    • scriptus Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 22:37
      Fu... kolejny smutny, samotny, milczący wieczór w dwóch pokojach za nami.
      Buuuuuuuuuuuuuuuuuu chce mi się wyć
      • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 04.10.04, 22:44
        Dlaczego nie wyjesz? Załatwiasz sobie zawał, scriptusie, a tak ładnie
        opowiadałeś, jak męzczyzna może zagrać erotyczna symfonię! Dlaczego nic nie
        zrobisz z tym wszystkim? Wymiękam, kiedy męzczyzna jest tak pasywny.
        • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 05.10.04, 00:25
          oj! Gawędziarz się trafił, albo go baba aż tak zablokowała - raczej to drugie.

          woman-in-love napisała:

          > Dlaczego nie wyjesz? Załatwiasz sobie zawał, scriptusie, a tak ładnie
          > opowiadałeś, jak męzczyzna może zagrać erotyczna symfonię! Dlaczego nic nie
          > zrobisz z tym wszystkim? Wymiękam, kiedy męzczyzna jest tak pasywny.
          • anula36 Re: Patowa sytuacja 05.10.04, 00:56
            zapomnial woł jak ryczacy byl:)?
        • scriptus Re: Patowa sytuacja 05.10.04, 01:20
          Cóż, grywało się na kilku ślicznych dziewczynkach w dawnych czasach, a jeszcze
          niedawno na mej małżonce.:-(
          Próbowałem przed chwilą coś zagadać, to mnie po prostu "opieprzyła"
          To jest pasywność? Nie jestem konsekwentny, kilka razy dziennie coś próbuję :-(
        • scriptus Re: Patowa sytuacja 05.10.04, 03:00
          Coś Ty, w bloku mieszkam, jak bym zaczął wyrażać zbyt impresyjnie swoje
          uczucia, to by przyjachali, wsadzili mnie w kaftanik z przydługimi rękawkami i
          tyle.
          Piszesz, że jestem pasywny, ja muszę dojrzeć do działania,wiem, że nikt za mnie
          nic nie zrobi. A na zawał - eee, jeszcze jestem za młody...



          > Dlaczego nie wyjesz? Załatwiasz sobie zawał, scriptusie, a tak ładnie
          > opowiadałeś, jak męzczyzna może zagrać erotyczna symfonię! Dlaczego nic nie
          > zrobisz z tym wszystkim? Wymiękam, kiedy męzczyzna jest tak pasywny.
    • lideczka_27 scriptus, ja krótko 05.10.04, 01:09
      choć to do mnie nie podobne, ale postaram się. Mój mąż to nie jest ślepa
      melepeta, ale romansu swojej eks nie wykrył, więc możesz sobie pogdybać,
      pochybobać itd. "Nie wydaje mi się", to wybacz, ale nic nie znaczy. Może Cię
      zdradza (czego nie życzę), albo nie. Mnie martwi Twoje podejście - taką postawę
      reprezentujesz, że nawet jeśli, to ważne, byś się nie dowiedział, bo zaboli, a
      jeśli nie wiesz, to czego oczy nie widzą... Jesteś w stanie prawie wszystko
      znieść "DLA DOBRA DZIECKA". Tymczasem Twoje dziecko (ile syn ma lat? - nic o
      tym nie wspomniałeś, a to ważne!!!) będzie wzrastało, dojrzewało patrząc na
      rachityczne drzewko, które Ty nazywasz małżeństwem. Z punktu widzenia dziecka
      rodziców, którzy byli ze sobą "dla dobra dzieci, majątku itd" mówię Ci, że
      popełniasz błąd. Powiem więcej: podobny do Twojego związek tworzyli moi byli
      teściowie. Piszę „byli”, bo ich syn – jedynak nie umiał się odnaleźć w
      małżeństwie i mimo wielu prób reanimacji małżeństwa po prostu nam nie wyszło.
      Zrobisz jak uważasz, bo to Twoje życie (tylko co to za życie??????????).
      Bierzesz odpowiedzialność za rozwój psychiczny i emocjonalny swojego syna. Nie
      wiem dlaczego wszystkiego najgorszego upatrujesz w separacji, rozwodzie. Przy
      dobrej woli obu stron dziecko może wzrastać w przeświadczeniu, że ma DWOJE
      KOCHAJĄCYCH RODZICÓW, tyle, że oni nie są już razem, mieszkają w różnych
      mieszkaniach. Kontakty można świetnie zorganizować z opieką naprzemienną
      również (warunek: Wasze dogadywanie się na gruncie: dziecko oraz to samo miasto
      zamieszkania). Dzieci potrzebują wzorców do naśladowania, od rodziców uczą się
      czym jest związek mężczyzny i kobiety, często powielają schemat wyniesiony z
      domu. Ja rozumiem, że kochasz żonę, pragniesz jej. Ale zobacz co otrzymujesz w
      zamian??? Czas na to, byś podjął decyzje. Ostre, konkretne mogą spowodować
      poprawę lub zakończyć to, co już jest, moim zdaniem, domkiem z kart. Twoja
      postawa jest najgorsza z możliwych - ofiara, która nawet łapą nie machnie, by
      się obronić a co dopiero przejść do ataku. Jesteś zmęczony, rozgoryczony,
      nieszczęśliwy. Żyjecie pod jednym dachem, ale osobno. Żona opryskliwa, Ty
      pasywny, a dziecko patrzy. Bardzo, bardzo to wszystko przykre...

      pozdrawiam
      lidka
      • anula36 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 01:15
        Oj Lideczka, swiete slowa!!
        MOi rodzice funkjonowali w bardzo podobny sposob, choc uklady byly jeszcze
        bardziej zaplatane.
        Do normalnego zwiazku dojrzalam tuz przed 30,a do malzenstwa do dzis nie i
        codziennie panu bogu dziekuje,ze juz nei musze z nimi mieszkac i na to patrzec.
        • lideczka_27 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 01:31
          anula36 napisała:

          > Oj Lideczka, swiete slowa!!
          > MOi rodzice funkjonowali w bardzo podobny sposob, choc uklady byly jeszcze
          > bardziej zaplatane.

          Ze mną było tak: z tego patrzenia na związek rodziców wyniosłam pogląd jak ma
          NIE wyglądać moje małżeństwo. Można więc powiedzieć, że czegoś mnie to
          nauczyło, że na zasadzie kontrastu wiedziałam, jak powinno wyglądać udane
          małżeństwo. Tylko... Tylko nikt mi nie zwróci lat dzieciństwa i wieku
          dorastania, które miało taką a nie inną atmosferę spowodowaną wzajemnymi
          relacjami rodziców. Ludzie sądzą, że jeśli nie ma patologii, jeśli rodzic nie
          pije, żony nie bije to już są to jako takie warunki dla dzieci i można tak żyć.
          Dla mnie to wegetacja. Moje doświadczenia wyniesione z domu pomogły mi podjąć
          decyzję o rozwodzie. Gdy widziałam, że przypominamy małżeństwo moich rodziców i
          teściów, po prostu powiedziałam, że ja będę tym jabłkiem co o daleko spada. I
          spadłam wbrew lamentom mojej matki i teściowej, że się "nie godzi", bo ołtarz,
          bo co ludzie itd.. Mnie się nie godziło wegetować, bo miałam marzenia o
          kochającym partnerze, dzieciach i normalnym domu. Osiągnęłam to choć nie było
          łatwo, nikt mi niczego na tacy nie podał. Zawalczyłam i mam.

          > Do normalnego zwiazku dojrzalam tuz przed 30,a do malzenstwa do dzis nie i
          > codziennie panu bogu dziekuje,ze juz nei musze z nimi mieszkac i na to patrze

          Ja też dziękuję. I nie pozwalam rodzicom na ocenianie mojego małżeństwa i
          obecnego męża - są najmniej kompetentnymi osobami do udzielania takich rad i
          wskazówek - kiedyś byłam zmuszona, by im to powiedzieć - smutna, ale prawda.


          pozdrawiam i dobrej nocki życzę
          lidka
          >
          • scriptus Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 02:28
            dzięki, idę spać a jutro się muszę poskładać do dalszego działania
        • scriptus Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 02:45
          Ale ja pochodzę z normalnej rodziny, żona też, skąd u nas się ujawniło takie
          niedostosowanie.
          Rano, jak wychodziła, to ciepłym głosem się pożegnała, z tydzień sie nie
          odezwała ludzkim głosem. Już bym jej nawet z ręki jadł, kapcie podał, merdał
          ogonem i nie wiem, co jeszcze zrobił, tak szczęśliwy byłem, chociaż wyszła. Pół
          dnia patrzyłem w Jej zdjęcie na biurku zamiast pracować. Winko jest w lodówce,
          może otworzę wieczorkiem, zjemy fajną kolacyjkę... Jak wróciła, zignorowała
          moje przywitanie, jak sopel lodu. Zmroziła mnie znowu. Do tego stopnia, że
          miałem ochotę zaparzyć sobie kawy i zrezygnowałem z tego, aby tylko nie iść do
          kuchni. siedzę tu od kilku godzin, bezmyślnie coś dłubię w internecie i nie
          potrafię nawet położyć się spać... Wiem, głupi jestem beznadziejnie. Ale
          głupota, to nie choroba, tego się nie leczy.
      • scriptus Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 02:26
        Masz rację, czuję się stary, zmęczony, przez nikogo, poza wystraszonym małym
        synkiem (10 lat) niedoceniony i niekochany. Wychodząc na spotkanie ze
        zleceniodawcami przywdziewam uśmiechniętą, szczęśliwą, pachnącą wodą kolońską
        maskę (żeby zarobić pieniążki, zyskać zlecenia to tam muszę być zadowolonym i
        szczęśliwym człowiekiem sukcesu, któremu się wszystko udaje, nieudacznicy nie
        dostają roboty). Z nikim innym nawet już nie mam ochoty się widzieć, ani
        spotykać. Wiem, że to źle, ale w kontaktach ze znajomymi już
        zwyczajowo "błaznuję" - jak się masz, jak leci, ależ u mnie wszystko
        wyśmienicie, wręcz świetnie, a co u Was... i po prostu nie mam na to ochoty. A
        co mam im powiedzieć, że mam z żoną krzywo? U nich tez wszystko
        przecież "doskonale", po co się mają śmiać?
        Ten nasz kryzys trwa już ze cztery miesiące, jeżeli ona ma kogoś, to i tak się
        to w najbliższym czasie powinno wyjaśnić. Tak kalkuluję, że najdalej do Święta
        Zmarłych, albo do Bożego Narodzenia.
        Piszesz, że dziecko bierze wzór. Myślę, że przez wiele lat byliśmy dobrą
        rodziną. Nie wiem, co jest lepszym wzorem na dalsze życie, rachityczne
        małżeństwo, czy matka żyjąca z obcym facetem, i apatyczny, samotny ojciec.
        Jedno rozwiązanie złe i drugie jeszcze gorsze. Albo, co gorsze, dwoje
        zgorzkniałych samotnych ludzi (może Ona nikogo nie ma?). Wydaje mi się, że nie
        jestem chyba w stanie i nie mam ochoty na nowo inwestować moich uczuć w jakieś
        nowe związki. Moja żona, to osoba nietuzinkowa, niełatwo byłoby znaleźć kogoś,
        kto by mi ją zastąpił.
        Może teraz, zapadnięty w depresję wszystko widzę, jako beznadziejne, muszę
        najpierw zapanować nad dołem psychicznym, żeby odzyskać zdolność
        konstruktywnego myślenia.
        W obecnej chwili jej, znakomitej negocjatorce mogę przeciwstawić czarnowidztwo
        i upór, może się okazać, że nic nie zrobienie z mojej strony jest lepszym
        rozwiązaniem od każdej zaproponowanej alternatywy. A ponieważ na dzień
        dzisiejszy mam pustkę w głowie, nie potrafię wyjśc z własnymi konkretnymi
        rozwiązaniami, lepiej zwlec kilka dni, aż odzyskam formę.
        • woman-in-love Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 04:22
          oże teraz, zapadnięty w depresję wszystko widzę, jako beznadziejne, muszę
          > najpierw zapanować nad dołem psychicznym, żeby odzyskać zdolność
          > konstruktywnego myślenia

          nie zapanujesz nad dołem w tej sytuacji. Gdybyś naprawdę kochał swoje dziecko,
          ruszyłbyś sie do działania. Ale najwygodniej bezczynnie czekać. Twoje zakłamanie
          mierzi mnie. Przeczytaj ywaznie, co pisze Lieczka. Nie znalazłam tyle serca i
          mądrosci w zadnych ksiązkach, a czytam duzo.
          • scriptus Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 09:29
            Dzisiaj spróbuję porozmawiać, tylko co to za negocjacje, gdzie nie mam regresu.
            Zgodnie z Waszymi sugestiami, powinienem walnąć dłonią w stół i postawić
            zdecydowane warunki. Problem polega na tym, że nie wiem, do czego Ona dąży i
            co chce osiągnąć. Jako osoba zawodowo zajmująca sie negocjacjami po prostu z
            ciekawości przytrzyma mnie na głupim ruchu, zobaczyć, co z tego wyniknie. Muszę
            zatem dobrze przygotować założenia do rozmowy, bo inaczej po prostu spalę
            sprawę, nic nie osiągnę i skompromituję się przed nią. Cóż, nie mam pomysłu,
            ale mam jeszcze 9 godzin, aby wypracować jakąś propozycję nie do odrzucenia.
            • anula36 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 09:57
              mysle,ze w ogole problemy sa glebsze - jakos nei widze w tym wszystkim choc
              odrobiny milosci tylko zimne manipulanctwo i strach przed utrata partnera z
              Twojej strony. marzenia o parze wspierajacych sie staruszkow- tylko ze chyba
              wyjdzie para warczacych na siebie staruszkow i syn ktory ucieknie jak najdalej
              od tego wszystkiego jak tylko bedzie mial okazje..
              Twoja zona jako nietuzinkowa osoba-moze inietuzinkowa,ale czy kochajaca??
              Dopoki czlowiek nei oderwie sie od calkowitej zaleznosci od tego konkretnego
              partnera nie ma sznas budowac dobrego zwiazku. A ty to masz troche
              postawe"niechby pija,niechby bikla, byle byla:)
              • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 10:28
                do Anuli: nie zapomniałem! Ale aż tak pasywny nie byłem.
                Po prostu Koledze S. trzeba mordę obić, to się może ruszy do działania. Mam
                wprawę w obijaniu mordy, bo ją bratu alkoholikowi obijam co jakiś czas i na
                krótko to pomaga- brat jest wielki i silny i zastanawiam się kiedy mi odda.
                Fakt, że po takim poturbowaniu stara się być ok. A potem znowu zapomina i znowu
                dzwoni bratowa. Itd. Na szczęście coraz rzadziej. Więc skoro u niego to pomaga.
                Ale pomóc można tylko temu, kto chce żeby mu pomóc. A Pan Kolega S. chce się
                poużalać nad sobą- znam takie użalanie się. Nic nie wnosi, ale pozwala żyć w
                przeświadczeniu, że "się jest cool gostkiem, nierozumianym przez cały świat".
                A tak na marginesie: tu żona lekarka i kłopoty z seksem, z żona od negocjacji
                też kłopoty. Mój kolega ma zwykłą "sklepową" - moze wtym coś jest. Że zbytnie
                wyemancypowanie szkodzie związkowi. W sumie moja żona stwierdziła, że woli
                być "przy mężu" niż na odwrót.
                To tyle.
                Spadam do obowiązków.
                Marcin
                • anula36 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 10:41
                  co do obijania geby, ja akurat jestem przeciwna przemocy,aczkolwiek
                  najzabawbniejsza historie o obijaniu jakas slyszalam ostanio to historia
                  pewnego malzenstwa z rodziny mojego faceta - facet byl znanym pjaczkiem ale jak
                  sie upil i przychodzil pijany do domu,baba go bila a potem wmawiala ze np spadl
                  ze schodow is iepotlukl:) Ona miala satysfakcje a jego meska duma nei
                  cierpiala:)
                  Na pewno tak pasywny nie byles i sama juz nie wiem co lepsze..
                  Problemy facet ma na pewno i byc moze liczyl choc na poglaskanie po glowie, ale
                  to nei na tym forum, tu kroluja kopy i obijanie po mordzie;)
                  Najbardziej nie sprzyja zwiazkowi brak milosci:)
                  • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 11:00
                    ojejej, Anula, trzeba facetem potrząsnąć. A poza tym - masz władzę. Jeśli Ci
                    się post nie podoba- możesz kasować. Ja nie twierdzę, że kopy królują. Ale
                    czasami trzeba mocno potrząsnąć. Może to złe, ale wiele jest środków i nie
                    wiadomo, który odniesie skutek.
                    Marcin (w Cannossie i z workiem pokutnym)

                    anula36 napisała:

                    > co do obijania geby, ja akurat jestem przeciwna przemocy,aczkolwiek
                    > najzabawbniejsza historie o obijaniu jakas slyszalam ostanio to historia
                    > pewnego malzenstwa z rodziny mojego faceta - facet byl znanym pjaczkiem ale
                    jak
                    >
                    > sie upil i przychodzil pijany do domu,baba go bila a potem wmawiala ze np
                    spadl
                    >
                    > ze schodow is iepotlukl:) Ona miala satysfakcje a jego meska duma nei
                    > cierpiala:)
                    > Na pewno tak pasywny nie byles i sama juz nie wiem co lepsze..
                    > Problemy facet ma na pewno i byc moze liczyl choc na poglaskanie po glowie,
                    ale
                    >
                    > to nei na tym forum, tu kroluja kopy i obijanie po mordzie;)
                    > Najbardziej nie sprzyja zwiazkowi brak milosci:)
                    >
                    >
                    • anula36 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 12:48
                      Ale w wlasnie nie o to chodzi - miec wladze i kasowwac posty zadna sztuka-
                      moja liberalna dusza najchetniej pozostawilaby wszystkie.
                      po prostu widze taki sam brak zyczliwosci jak wszedzie indziej na tym forum.
                      meczy mnie to ostanio i tyle.
                • sutra Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 18:42
                  marcin1973 napisał:

                  > A tak na marginesie: tu żona lekarka i kłopoty z seksem, z żona od
                  negocjacji
                  > też kłopoty. Mój kolega ma zwykłą "sklepową" - moze wtym coś jest. Że
                  zbytnie
                  > wyemancypowanie szkodzie związkowi.

                  O mój Boze! To już nie ma żadnych szans dla nas, kobiet wykształconych?? Nie
                  załamuj mnie! A ja mam szczęśliwy związek, i co? wszystko jest w porządku. Może
                  kobiety wyemancypowane potzrebuja facetów na poziomie po prostu??
              • scriptus Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 18:06
                Może to i racja, kocham tę w ramce na biurku, a tamtej w drugim pokoju się
                zdaje się po prostu boję, nie wiem, co Jej po głowie chodzi, bo ze mną nie
                rozmawia. Nie boję się przemocy fizycznej, bicia, do takich ekscesów u nas
                nigdy nie doszło. Nie boję się o sprawy materialne, szarpanie się o jakieś
                dobra materialne byłoby dla mnie uwłaczające i Ona dobrze o tym wie, mogę się
                wyprowadzić z naszego mieszkania, chociaż jest formalnie moje, mam jeszcze dom
                po dziadku, więc na głowę mi padać nie będzie. Boję się, że zechce odejść, Boję
                się wszystkich formalnych postępowań przed sądem rodzinnym. Jeżeli się zechce
                rozwodzić, to też i zechce wyładować na mnie złość za nieudany związek. Już się
                kiedyś chciała rozwodzić, więc wiem, jak to wygląda. Potem mnie zresztą z
                powrotem bardzo kochała i byliśmy szczęśliwi. Przed jakimś czasem znowu kilka
                razy mi powtórzyła, (po odrobinie alkoholu) że mnie nie kocha, że nie spełniam
                Jej oczekiwań, po prostu widzę, że nachodzi ją taka sama faza, jak kiedyś,
                kilka lat temu, z tym rozwodem. Nie ma równouprawnienia płci w dziedzinie
                rozwodów, kobiety są zdecydowanie uprzywilejowane przed sądem rodzinnym i
                doskonale o tym wiemy oboje. Sędziowie rodzinni, to przeważnie kobiety, opiekę
                nad dzieckiem przyznają kobietom. Ona zresztą z własnego doświadczenia, jak ją
                poznałem, była rozwiedziona. Na pewno było w tamtym związku coś nie tak. jednak
                wtedy jej związek trwał ze dwa lata, my już jesteśmy razem czternaście. Jej
                byłego męża nie znam, podobno ją zdradał, ja tego nie robię, więc sądzę, że nie
                ma powodu do rozwodu. To wiem od teściów, jej, w obawie, aby nie zranić, nigdy
                nie pytałem o poprzednie małżeństwo, powiedziała mi tyle, ile sama chciała,
                czyli właściwie nic. Natomiast czego ja się najbardziej boję, to rozpadu
                rodziny, ograniczonych kontaktów z synem, samotności. Ona o tym wie i jak
                przeżywała jakieś swoje depresje, to potrafiła mnie tym postraszyć. Jesteśmy
                już razem 14 lat i na ogół było dobrze. czasem miewała różne depresje , ale na
                ogół jej szybciutko przechodziło, a dla mnie najprościej po prostu było zwalić
                to na "stany okołookresowe", do których kobiety mają po prostu prawo i
                przechodzę nad tym do porządku dziennego, jak Jej źle, smutno, to mogę
                przytulić, czy pogadać, to chyba tak wygląda w większości małżeństw, w każdym
                razie większości tych, które znam.
                Ja na pewno mam liczne wady, jestem bałaganiarzem, ale bałaganię tylko w swoim
                pokoju, gdzieś chyba mam prawo w moim domu bałaganić? Ze względu na sytuację
                finansową odwlekam różne remonty w domu, zakupy mebli, itp. Rozumiem, że to Jej
                potrzebne, ale, bezdyskusyjnie nie pojadę kupić np. szafki za pieniądze
                przeznaczone na czynsz. Nie umiem sprzątać, prasować, itp (zawsze jak
                posprzątam, po mnie żona poprawia, choćbym się jak starał, cóż, robi to lepiej,
                nikt nie jest doskonały, ja też umiem rzeczy, których Ona nie umie). Jednym
                słowem nie jestem, jednostką łatwą we współżyciu, mam swoje winy. Trochę ciągle
                liczę, że jej ta "faza" przejdzie, chociaz tym razem jest bez porównania
                gorzej. Wtedy od czasu do czasu coś gadała, teraz milczy całkiem, a właściwie
                przekazuje mi informacje przez dziecko.
                Ponieważ nie wiem, o co chodzi komunały o tym, że jestem bałaganiarz, itp
                puszczam mimo uszu, bo to nic nie wnosi. Obawiam się, że ma jakiś poważny
                problem. przeczuwam np długi, albo cos w tym rodzaju. Została z jakimś towarem
                i nie ma forsy dla dostawcy, zaszła w ciążę (swoją drogą, z tego bym się
                ucieszył), nie wiem. Od dawna na mnie naciskała, abym sprzedał dom. Kiedyś tam
                też miała poważniejszy dług, to załatwiłem sprawę niezbyt po Jej myśli, po
                prostu załatwiłem kredyt bankowy i dałem Jej kwitki do spłacania (wiem,
                wstrętny jestem), ale jak się chce prowadzić interesy, to potrzebna jest
                odpowiedzialność. Ona naprawdę ma talent, ale zdarzyła się wpadka. Zrozumcie,
                chociaż jest ciut starsza, to ja muszę być czasami tatuś, który nie da
                dziewczynce na disko, ale i czasami wyciągnie dziewczynkę z tarapatów. Kolega
                napisał, że przykro by mu było zarabiać mniej od żony, cóż, ja też bym wolał
                więcej zarabiać, ale nie zarabiam. Może jestem mało ambitny, ale wolę jeździć
                starym autem, za które nie muszę płacić rat, ona woli jeździć nowiutkim
                samochodem, na raty. Jesteśmy dwójką przeciwstawieństw, ona pełna wigoru i
                temperamentu, ja spokojny i nie dający się nigdy wyprowadzić z równowagi, Ona
                ryzykantka, hazardzistka, ja unikam zbędnego ryzyka. Ona ma powodzenie, sukcesy
                w interesach, ja po prostu muszę zdrowo podłubać, aby zestawić te ileś złotych
                co miesiąc. Ona towarzyska, ja raczej samotnik. Niech będzie , że jestem
                nudziarz i mam ciężki charakter, ale, przez te 14 lat większość czasu
                kochaliśmy się i było nam dobrze razem.
                Dlatego cały czas wierzę, że to przejściowy kryzys. Dlatego do rozmów i
                negocjacji muszę się przygotować, bo nie potrafię sie kłócić, działać
                spontanicznie, muszę pilnować i siebie i drugiej strony, żeby nie posunęła się
                za daleko.
                Oskarżyliście mnie o brak miłości, wyrachowanie. Cóż, może i jestem
                wyrachowany. Muszę taki być, żeby za nią nadążyć. Może ta moja żona nie jest
                dla mnie odpowiednia, a ja dla niej. Ale, jesteśmy małżeństwem, z jednej
                strony oboje jesteśmy dość niezależni, ale z drugiej strony jesteśmy sobie
                potrzebni. Nie mam na myśli spraw materialnych, bowiem każde z nas jest w
                stanie się utrzymać, ale emocjonalne. Chociaż, też tu jest różnica, ona, dusza
                towarzystwa, zapewne potrafi sobie błyskawicznie znaleźć kogoś na moje miejsce.
                Moje zarozumialstwo mówi mi, że skoro tego dotąd nie robiła, to znaczy, że woli
                mnie. Ale zawsze jest ten strach, że to się może skończyć. Zawsze może się
                znaleźć jakiś wysoki, przystojny, bogaty facet...
                Tak się zastanowiłem, nie będę jej straszył separacją, rozwodem, bo to byłby
                fałsz. To Ona prędzej mnie może straszyć, a co więcej, posunąć się za daleko.
                Powodem tego całego kryzysu chyba nie jest to, jaki jestem, tylko jakiś
                problem, z którym sobie Ona nie może poradzić, oby tylko nie był to taki
                problem, którego rozwiązanie leży i poza moim zasięgiem, wtedy właśnie okaże
                się, że zawiodłem. Może być też jakiś facet, chociaż tu już ulegam sugestiom.
                Nie jednak mogę pozwolić na żadne rozgrywki kosztem naszego Synka. Zbudowałem
                chorą rodzinę, chciałem dobrze, nie udało się.
                • anula36 Re: scriptus, ja krótko 05.10.04, 22:59
                  rozumiec to rozumiem wszystko,ale i tak nei popieram.
                  I nigdy w zyciu nei chaialbym zyc w takim zwaizku gdzie ktos mnei nie
                  kocha ,olewa, aja na 2 lapach,brrr
                  • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 07:47
                    rzecz w tym, że Kolega Scriptus chce być z tą kobietą niezależnie od ceny,
                    która za bycie z nią zapłacił i zapłaci. Z Postu ostatniego Kolegi Scriptusa
                    jasno wynika, kto u nich w domu trzyma "rząd dusz" a cały układ przypomina mi
                    związek jednego mojego kumpla. Z tym tylko, że żona kumpla była jeszcze
                    sprytniejsza niż żona Scriptusa bo tegoż rzeczonego kolegę w swojej własnej
                    firmie zatrudniła. I "nawet borsuk wojewoda, choć to bardzo dumna sztuka, był u
                    lisa za hajduka, więc drażniło to borsuka". Zwiazek chory z gruntu, gdzie baba
                    rządzi wszystkima on siedząc ze mną w biurze (swoim)dzwoni do zony mówiąc "ja
                    się spoźnie kilka minut bo mam dużo pracy" o tym ,że ze mną rozmawia, boi się
                    nawet wspomnieć, bo "mam zły wpływ".
                    Scriptusie drogi musisz być twardy i zdecydowany, bez żadnych łez a raczej z
                    usmieszkiem skurwiela. Kobiety i tak wolą skurwieli (znów wiedza z Lalki).
                    Albo w moim przypadku to lepiej działa.
                    Marcin


                    anula36 napisała:

                    > rozumiec to rozumiem wszystko,ale i tak nei popieram.
                    > I nigdy w zyciu nei chaialbym zyc w takim zwaizku gdzie ktos mnei nie
                    > kocha ,olewa, aja na 2 lapach,brrr
                    • woman-in-love Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 13:23
                      marcin1973 napisał:

                      Kobiety i tak wolą skurwieli (znów wiedza z Lalki).

                      W pewnym sensie to prawda, choć nieelegancko podana. Kiedy przypomnisz sobie
                      (to do scriptusa) ze jesteś człowiekiem, a nie "pomiotłem" i podniesiesz głowę -
                      będziesz miał problem z wyegzekwowaniem tego, co Ci sie należy (mówie o godnosci
                      ludzkiej) To, co Marcin nazywa "skurwielstwem" jest w tym przypadku obrona
                      konieczną. Zresztą juz widzę, że scriptus nie zamierza nic konkretnego zrobić.
                      Kobiety lubia mężczyzn MĘSKICH, a to niekoniecznie oznacza bycie skurwielem.
                      • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 14:55
                        słusznie! jak zwykle rzecz ujmujesz właściwie! trzeba być męskim zasadniczo! i
                        konsekwentnym az do bólu! będę się starał na przyszłość pisać bardziej
                        elegancko i subtelnie.
                        Marcin

                        woman-in-love napisała:

                        > marcin1973 napisał:
                        >
                        > Kobiety i tak wolą skurwieli (znów wiedza z Lalki).
                        >
                        > W pewnym sensie to prawda, choć nieelegancko podana. Kiedy przypomnisz
                        sobie
                        > (to do scriptusa) ze jesteś człowiekiem, a nie "pomiotłem" i podniesiesz
                        głowę
                        > -
                        > będziesz miał problem z wyegzekwowaniem tego, co Ci sie należy (mówie o
                        godnosc
                        > i
                        > ludzkiej) To, co Marcin nazywa "skurwielstwem" jest w tym przypadku obrona
                        > konieczną. Zresztą juz widzę, że scriptus nie zamierza nic konkretnego zrobić.
                        > Kobiety lubia mężczyzn MĘSKICH, a to niekoniecznie oznacza bycie
                        skurwielem.
                      • scriptus Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 16:23
                        Czy ja wiem, nie wiem, o co chodzi.
                        hipotez mam kilka:

                        - ma jakiś problem, z którym się miota i zabrakło Jej zaufania do mnie, żeby
                        poprosić o pomoc. Co z tego, że ja myślę, że Jej nie skrzywdzę, mam dobrą wolę
                        pomóc Jej w każdym problemie. Życie Jej nie pieściło, a ponadto i ja nie każdy
                        problem jestem w stanie rozwiązać. Cóż, w fakcie, że Ona nie ma zaufania do
                        mnie, jest też na pewno sporo mojej winy, ale niechby spróbowała mnie
                        wprowadzić w Swój problem, na pewno bym się starał Jej pomóc.

                        - chodzi o "zmiękczenie" mnie w jakiejś sprawie, w której podjąłem decyzję nie
                        po jej myśli, chociaż ten Jej strajk, to już jest zbyt dotkliwy, jak na jakieś
                        tego rodzaju sprawy, a ponadto nieskuteczny, bo nie wiem, o co chodzi

                        - może rzeczywiście jestem jednostką nie nadającą się do współżycia,
                        bałaganiarzem, mój pokój, to mój pokój, nikt do niego nie musi wchodzić, a
                        ponieważ z lekka niedowidzę, proszę synka, aby posprawdzał to , co sprzątnąłem
                        w innych rejonach mieszkania. Do grubszych porządków i tak zawsze mogę wziąć
                        studenta, zresztą Ona też bierze. Pralkę mam automatyczną, bez prasowania się
                        obejdę, przestałem nosić białe koszule, a w szafie jeszcze mam zapas
                        uprasowanych. W razie czego, w pralni też prasują. Gotować umiem i nie jest to
                        dla mnie uciążliwe. Kocham się z nią zawsze, kiedy chce i nigdy, kiedy nie
                        chce. Nigdy nie odmawiam rozmowy na żaden temat, ale oczywiście nie na wszystko
                        się zgadzam. Zawsze z nią jeżdzę, gdzie ona chce, nawet, jak jestem zajęty, to
                        staram się sobie przeorganizować czas. Według rozeznania większść facetów nie
                        umie sprzątać, wielu nie umie prać, gotować, dla mnie to nie problem, wielu nie
                        umie zajmować się dzieckiem, a ja się zajmuję, więc chyba za bardzo nie
                        odbiegam od przeciętnej. Chyba tu nie chodzi o to, abym poszedł na kurs
                        sprzątania?

                        - o coś ma pretensję do mnie, jednak jak mogę Ją przeprosić, coś temu zaradzić,
                        jak nie wiem, o co chodzi?

                        - może ma jakiś bardzo poważny problem ze zdrowiem (tfu, na to nie znam żadnej
                        rady, poza posłaniem Jej do doktorów, ale tam już na pewno by sama była, bo w
                        załatwianiu spraw u doktorów jest lepsza ode mnie)

                        - może to pierwsze objawy klimakterium, byłoby nie w porządku starej wiernej
                        żonie robić wstręty, że ma kłopoty z powodu hormonów i na pewno nie będę

                        - Ma kogoś i wtedy, jak się dowiem, naprawdę mnie powali na kolana. Nigdy nie
                        dała mi powodów do zazdrości, ale jako samiec ciężko bym to zniósł, w ogóle o
                        tym nie myślę i w to nie wierzę. Tak, z jednej strony jestem samcem, mężczyzną
                        i to moja własność, z drugiej strony, to moja Pani i jestem do niej
                        przywiązany. Pewnie za to "samcze" traktowanie żony zostanę skrytykowany prze
                        panie, a za traktowanie jej jak Pani, przez Marcina. Jak już cytujemy
                        literaturę, to coś takiego było w Krzyżakach. A do tego, nie jestem Żydem
                        kierującym się zasadą oko za oko, tylko słucham nauki, jak ktoś w ciebie
                        kamieniem, to ty w niego chlebem.
                        Zresztą codziennie sobie powtarzam, że jestem głupi, a głupota, to choroba
                        nieuleczalna.

                        Prawdą jest, że nie zacząłem ani skomleć, ani warczeć i choć niedaleki jestem
                        od tego, to jestem w pełni przekonany, że żadna z tych opcji nie jest dobrym
                        rozwiązaniem. To, co sugerujecie, czyli wymuszenie normalnego zachowania
                        poprzez negocjacje, ultimatywne postawienie sprawy (separacja, wyjazd,
                        rozstanie, albo powrót do normy) nie wyjaśnia przyczyny Jej dziwnego
                        zachowania, chociaż już poważnie rozważałem takie postawienie sprawy. Stąd, za
                        Waszą radą spiąłem już się do negocjacji, przygotowania odpowiednich
                        argumentów na każdą okoliczność, ale, poprzez negocjacje mogę co najwyżej coś
                        wymusić, a to żaden układ, gdzie kobieta jest stłamszona i zmuszona do
                        uległości przez brutalnego mężczyznę. Przynajmiej nie dla mnie. Zresztą wtedy
                        oskarżyliście mnie o wyrachowanie.
                        Codziennie próbuję w jakiś sposób nawiązać rozmowę, łagodnie i z pełnym
                        szacunkiem, skłonić ją do mówienia, a ja bym wysłuchał, o co chodzi. Może jest
                        na mnie obrażona za coś (ale naprawdę nie wiem za co). Odcina się
                        sformułowaniami w rodzaju "a co cię to obchodzi", kiedy pytam, jak minął dzień,
                        co nowego, jak się czujesz... psiakość, chyba nie można bardziej normalnie
                        zaczynac rozmowy.

                        W każdym z przypadków poważnego problemu, który zdołałem wymyślić - nic na to
                        nie wskazuje

                        - kłopoty ze zdrowiem - wygląda normalnie
                        - długi - nie widać jakichś dziwnych ruchów na koncie
                        - romans - nie ma objawów, typu późne wyjścia z domu, czy coś takiego

                        Rozmowa i twarde postawienie sprawy, to wyrachowanie i brak miłości, wyjście z
                        domu bez słowa może pogorszyć sytuację. Jednym słowem, brak działania , źle
                        jakiekolwiek działanie, które przychodzi mi do głowy też jest niewłaściwe, po
                        prostu pat, przy którym chyba można - albo rozpieprzyć tę szachownicę,
                        przewrócić Królową, albo poczekać na jakiś time out
                        • woman-in-love Re: scriptus, ja krótko 06.10.04, 18:01
                          Mnóstwo słów i argumentów cisnie mi sie pod palce, ale chyba lepiej zmilczę. Ty
                          po prostu udowadniasz sobie i nam, ze dobrze robisz nic nie robiąc. Pozwalasz,
                          by "ciągi logiczne" zagadały emocje. Cóż.
                        • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko "o facetach" 06.10.04, 19:13
                          Twierdzisz drogi Scriptusie że niewielu umie gotować, prasować, prać, więc od
                          przecietnej odbiegasz. Myśle, że się mylisz tutaj. Oni udają takich na
                          zewnątrz. Ja gdy są goście w domu, nie wiem gdzie jest kuchnia, najwyżej
                          zaparzę herbatę- co nie znaczy, że nie gotuję (bo w tygodniu z reguły ja
                          gotuję, w niedziele za to znów do kuchni zaglądam by coś podjeść), prać też
                          niestety umiem (jak się pierwszy troll urodził to nawet pralki nie mieliśmy,
                          mieszkanie było dopiero co kupione, była jedna wersalka, kartony, i dwa stoły i
                          4 krzesła), prasować raczej też (mniej więcej wychodziło 3 pieluchy na 5 minut,
                          w czasie prasowania zresztą obmyślałem koncepcje doktoratu, który utknął był na
                          dwa lata w martwym punkcie by nagle - widać para do głowy uderzyła - ruszył w
                          przeciągu kilku tygodni), dziećmi się zajmuje ( z różnym skutkiem, potem im
                          się "wymsknie" - o patrz mama jaka fajna dupa) ale generalnie w moim
                          przekonaniu to raczej wielu facetów robi. To jest "trendy" w dzisiejszych
                          wyemancypowanych czasach - choć wiadomo, że gdyby moja zona siedziała w domu
                          zajmując się dziećmi, domem etc, to mielibyśmy więcej pieniędzy, bo ja jej
                          pensję mogę zarobić w 3-4 dni. Ale też nie o to chodzi. Poza tym trzeba jakieś
                          zdecydowanie wykazywac- pewnie nie zawsze ale trzeba. Jeśli juz to kompromis
                          ale nie rezygnacja ze swojego zdania. A seksu można czasami też odmówić,
                          zwłaszcza osobie, która lubi odmawiać i to akurat wtedy kiedy ma najwieksza
                          ochotę - to też daje do myślenia.
                          A co do bałaganiarstwa - to jesteśmy (całą trójką) mistrzami bałaganu. I
                          sprzatamy po swojemu - jak posprzatamy tak musi być posprzątane. Czyli po
                          maksymalnych łebkach. Ja to może mam z akademika takie "nawyki", hehehehe.
                          A generalnie to babie nie chodzi o obiad ugotowany etc, tylko o to żeby czasem
                          walnąć pięścią w stół, żeby ona (baba) wiedziała, że ma chłopa który zapewni
                          jej poczucie bezpieczeństwa poprzez swoją męskość właśnie.
                          Niech się zresztą Koleżanka woman-in-love wypowie, bo starszy to
                          wiadomo "znający się i praktyk"

                          Marcin w arcymęskim nastroju
                          • woman-in-love o męskosci widzianej okiem starszej Pani Praktyk 06.10.04, 20:17
                            Męskość to SKUTECZNOŚC. Kobieta wymyśla, inspiruje, czasem marudzi - Mężczyzna
                            nadaje sprawom bieg. Umie zarządzić, jego obecność, nawet gdy śpi w drugim
                            pokoju (byle trzeżwy) działa konkretyzująco. Mężczyzna - to poczucie
                            bezpieczeństwa, rozładowanie "domowej migreny", fantazja, czasem "karząca ręka
                            sprawiedliwości"; delikatność i siła. Nie neguję wlnięcia pięścią w stół. To też
                            daje poczucie bezpieczeństwa. Tak czuję i rozumiem, choć nie musi to być pogląd
                            obowiązujacy wszystkich na tym forum :-)))
                            • marcin1973 Re: o męskosci widzianej okiem starszej Pani Prak 06.10.04, 20:26
                              otóż to!!! zarabia, zarządza a czasami załaduje! Trzy "Z"
                              Ależ mam dobry humor:-)
                              Marcin

                              woman-in-love napisała:


                              > Męskość to SKUTECZNOŚC. Kobieta wymyśla, inspiruje, czasem marudzi - Mężczyzna
                              > nadaje sprawom bieg. Umie zarządzić, jego obecność, nawet gdy śpi w drugim
                              > pokoju (byle trzeżwy) działa konkretyzująco. Mężczyzna - to poczucie
                              > bezpieczeństwa, rozładowanie "domowej migreny", fantazja, czasem "karząca ręka
                              > sprawiedliwości"; delikatność i siła. Nie neguję wlnięcia pięścią w stół. To
                              te
                              > ż
                              > daje poczucie bezpieczeństwa. Tak czuję i rozumiem, choć nie musi to być
                              pogląd
                              > obowiązujacy wszystkich na tym forum :-)))
                            • woman-in-love terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 20:58
                              porządek w domu - piękna sprawa, ale mój syn powiedział mi kiedyś, że jego
                              BAŁAGAN jest dla niego porządkiem, a jak mu posprzątam, to dla niego jest
                              bałagan, bo niczego nie może znależć. Więc to również jest rzecz względna :-)))
                              A niektóra (zimne)kobiety terroryzują męzczyzn wytykając im bałaganiarstwo.
                              Biada męzczyżnie, jeśli da się wmanipulowac w tę grę.
                              • scriptus Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 21:12
                                O, to są święte słowa!
                                Ja to białej gorączki zawsze dostawałem, jak żonie wpadał do głowy pomysł
                                sprzątania w moim pokoju. Nic potem nie mogłem znaleźć, dziękuję za taki
                                porządek. W dodatku, zawsze jej takie myśli chodzą po głowie, jak mnie nie ma w
                                domu. :(
                                • marcin1973 Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 21:35
                                  kiedyś moja żona chciała posprzątac w gabincie, który jest w zasadzie moim
                                  gabinetem (w 85%) na co jej synowie chórkiem rzekli "nie denerwuj ojca" i nie
                                  posprzątała
                                  scriptus napisał:

                                  > O, to są święte słowa!
                                  > Ja to białej gorączki zawsze dostawałem, jak żonie wpadał do głowy pomysł
                                  > sprzątania w moim pokoju. Nic potem nie mogłem znaleźć, dziękuję za taki
                                  > porządek. W dodatku, zawsze jej takie myśli chodzą po głowie, jak mnie nie ma
                                  w
                                  >
                                  > domu. :(
                                  • scriptus Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 21:50
                                    Ktoś mnie wreszcie rozumie :-))
                                    • marcin1973 Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:08
                                      Kolego Scriptus!! Rozumiemy Twoją sytuację. Nie pochwalamy metod! I środków!!!
                                      Wiesz jak już pisałem walczę z bratem alkoholikiem.
                                      Ma arcysubtelną argumentację dla swojego postępowania (dodam, że to starszy
                                      brat, ja jestem średnim bratem), wszystko wyważone, uporządkowane, poglądy w
                                      najwyższym gatunku. I nie wierzę, że Twoje poglądy płyna z wnetrza- są
                                      elementem wypracowanej, żelaznej logiki małżeńskiej "politycznej poprawności".
                                      A WIADOMO, ŻE political correctness do niczego dobrego nie prowadzi. A jeśli
                                      się mylę, to jesteś wzorcem idealnego człowieka. Tyle, że życie z ideałem... .
                                      ----
                                      Jak chcesz to się zamienimy, hehhe. Ja do Twojej zony wskoczę na jakiś tydzień.
                                      Z TROLLAMI. Wiesz w jakich przemyślnych miejscach mozna np. skarpetki brudne
                                      utykac byle nie do kosza z brudna bielizna ? hehehe. Gwaratnuje, że po 3 dniach
                                      przywoła Cię z powrotem. I już bedzie grzeczna. Jak nie ja to Trolle zrobią
                                      swoje. Jak w tym wierszu o pani Twardowskiej...
                                      scriptus napisał:

                                      > Ktoś mnie wreszcie rozumie :-))
                                      • scriptus Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:30
                                        Napisałem już, że mój styl postępowania jest wypracowany, i to nie po to, żeby
                                        kogoś denerwować. Nie wiem, jaka to różnica, czy to płynie z wnętrza, czy tez
                                        jest to poza, efekt uważam za pewnego rodzaju swój sukces.

                                        W szkole podstawowej byłem bardzo żywiołowy i łatwo dawałem się wyprowadzać z
                                        równowagi, wpadałem we wściekłość i przegrywałem. Miałem opinię chuligana i
                                        rozrabiacza. Moje życie zmieniła seria rozmów z panią psycholog, która mi
                                        wyjaśniła, że powinienem panować nad emocjami i że życie nie jest i nie musi
                                        byc sprawiedliwe. Zaobserwowałem nadzwyczajną skuteczność "bycia opanowanym"
                                        (łatwiej "pokonać" niesprawiedliwego kolegę "spokojem i godnościom osobistom"
                                        niż rzucając się na niego z pięściami, bo wtedy dostaje się w dziób, zwłaszcza,
                                        jak kolega jest silniejszy) i kilka lat zajęło mi wprowadzenie tego w życie,
                                        trening osobowości, prawie, jak sportowy :-).
                                        • marcin1973 Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:35
                                          Ty się wypłukałeś z emocji a we mnie wszystkie stepowe diabły (po przodkach
                                          Kozackich atamanach m.in.) buszują...ot co.
                                          scriptus napisał:

                                          > Napisałem już, że mój styl postępowania jest wypracowany, i to nie po to,
                                          żeby
                                          > kogoś denerwować. Nie wiem, jaka to różnica, czy to płynie z wnętrza, czy tez
                                          > jest to poza, efekt uważam za pewnego rodzaju swój sukces.
                                          >
                                          > W szkole podstawowej byłem bardzo żywiołowy i łatwo dawałem się wyprowadzać z
                                          > równowagi, wpadałem we wściekłość i przegrywałem. Miałem opinię chuligana i
                                          > rozrabiacza. Moje życie zmieniła seria rozmów z panią psycholog, która mi
                                          > wyjaśniła, że powinienem panować nad emocjami i że życie nie jest i nie musi
                                          > byc sprawiedliwe. Zaobserwowałem nadzwyczajną skuteczność "bycia opanowanym"
                                          > (łatwiej "pokonać" niesprawiedliwego kolegę "spokojem i godnościom osobistom"
                                          > niż rzucając się na niego z pięściami, bo wtedy dostaje się w dziób,
                                          zwłaszcza,
                                          >
                                          > jak kolega jest silniejszy) i kilka lat zajęło mi wprowadzenie tego w życie,
                                          > trening osobowości, prawie, jak sportowy :-).
                                        • woman-in-love wewnętrzne więzienie 07.10.04, 06:42

                                          ...w którym zamknąłeś siebie samego, czyli swój gniew - czas zburzyć. Gniew,
                                          złość są potrzebne; rzecz w tym, żeby "pracowały" na naszą korzyść. Dam prosty
                                          przykład: chcesz podnieść ciężar, ale nie dajesz rady. W końcu wkurzasz się,
                                          mówisz sobie: podniosę to, k.... - i - podnosisz. Więc czasem trzeba się dać
                                          ponieść emocjom, żeby coś ruszyło.



                                          > Napisałem już, że mój styl postępowania jest wypracowany, i to nie po
                                          to, żeby
                                          > kogoś denerwować. Nie wiem, jaka to różnica, czy to płynie z wnętrza,
                                          czy tez
                                          > jest to poza, efekt uważam za pewnego rodzaju swój sukces.

                                          to może było dobre w środowisku szkoły, ale w małżeństwie nie sprawdza się, jak
                                          widzisz.
                                      • scriptus Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:35
                                        Rzeczywiście, chyba Was o to poproszę :-)
                                        To my z Synusiem jesteśmy przy Was święci, skarpetki trafiają do kosza na
                                        bieliznę, dżinsy zawsze przewrócone na lewą stronę, bo tak je trzeba prać,
                                        talerze zawsze pozmywane (buu, tylko na moich zawsze żona wypatrzy jakieś
                                        zacieki, których ja jakoś nie widzę....)
                                        • marcin1973 Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:36
                                          hehehe zacieki!!!!
                                          moja sie cieszy jak nie są stłuczone!

                                          scriptus napisał:

                                          > Rzeczywiście, chyba Was o to poproszę :-)
                                          > To my z Synusiem jesteśmy przy Was święci, skarpetki trafiają do kosza na
                                          > bieliznę, dżinsy zawsze przewrócone na lewą stronę, bo tak je trzeba prać,
                                          > talerze zawsze pozmywane (buu, tylko na moich zawsze żona wypatrzy jakieś
                                          > zacieki, których ja jakoś nie widzę....)
                                          • lideczka_27 Re: terroryzowanie porządkiem 07.10.04, 00:09
                                            marcin1973 napisał:

                                            > hehehe zacieki!!!!
                                            > moja sie cieszy jak nie są stłuczone!

                                            A ja się cieszę, jak chociaż do kuchni odniesie ;))) (na blat, bo żeby resztki
                                            wyrzucił a pusty talerz do zlewu wstawił, to już próżne me nadzieje).

                                            No ale wybaczam, nie można mieć wszystkiego, już ja te gary pomyję, byle on
                                            swoich obowiązków nie zaniedbywał ;) :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

                                            pozdrówka
                                            lidka
                                            >
                                            > scriptus napisał:
                                            >
                                            > > Rzeczywiście, chyba Was o to poproszę :-)
                                            > > To my z Synusiem jesteśmy przy Was święci, skarpetki trafiają do kosza na
                                            >
                                            > > bieliznę, dżinsy zawsze przewrócone na lewą stronę, bo tak je trzeba prać
                                            > ,
                                            > > talerze zawsze pozmywane (buu, tylko na moich zawsze żona wypatrzy jakieś
                                            >
                                            > > zacieki, których ja jakoś nie widzę....)
                                        • marcin1973 Re: terroryzowanie porządkiem 06.10.04, 22:42
                                          że nie wspomnę o dzikich wrzaskach, zabawach w trzy psy, które szczekają na
                                          siebie, zawodach w oblewaniu wodą w wannie i innych rozrywkach jak wyciąganie
                                          kontaktów (to już Trole same), odkręcanie drzwiczek od szafek, zapychanie zlewu
                                          etc etc
                                          scriptus napisał:

                                          > Rzeczywiście, chyba Was o to poproszę :-)
                                          > To my z Synusiem jesteśmy przy Was święci, skarpetki trafiają do kosza na
                                          > bieliznę, dżinsy zawsze przewrócone na lewą stronę, bo tak je trzeba prać,
                                          > talerze zawsze pozmywane (buu, tylko na moich zawsze żona wypatrzy jakieś
                                          > zacieki, których ja jakoś nie widzę....)
                            • scriptus Re: o męskosci widzianej okiem starszej Pani Prak 06.10.04, 21:58
                              To jest to, co moją małzonkę we mnie może "nie cieszyć", wiele Jej pomysłów
                              muszę storpedować. Zwłaszcza tych, związanych z zakupami, modernizacjami,
                              remontami w domu, :-)))
                              Nikt nie zgadł dlaczego ? Wszyscy? tak, gdyby zacząć realizować wszystkie Jej
                              pomysły, to główna wygrana w totka rozpłynęła by sie w 3 miesiące. Trochę to
                              niewzięczna rola - hamulcowego. :-(. Ale, chyba w każdej rodzinie jest taki
                              potrzebny, do tego wydaje mi się, że na ogół ta rola przypada facetom (jednak u
                              moich Rodziców hamulcową jest Mama)
                          • scriptus Re: scriptus, ja krótko "o facetach" 06.10.04, 22:10
                            Stwierdziłem, że nie odbiegam od przeciętnej, przeczytaj uważnie. Z moich
                            obserwacji, znajomi też nie robią w domu "babskich robót", ale nie robię z tego
                            swojej cnoty, to co umiem, to robię.
                            Stwierdziłem, że nie umiem dobrze sprzątać i nie umiem prasować, wszystko inne
                            umiem.
                            Ja w samochodzie mam brudno, w środku sprzątam raz na rok na wiosnę, czasem
                            tylko zsypię piach z dywaników (ale fleja! nie? :-(), żona swoim co i raz
                            jeździ na myjnię, w domu sprząta Ona, jednak większe porządki, okna robią
                            studenci. Więc ten brak umiejętności sprzątanie, to nie wymówka mająca zrobić z
                            żony sprzątaczkę.
                            Nie umiem też takiej niby prostej rzeczy, jak szycie, ale Ona szyć umie
                            doskonale, jednak też nie szyje, woli uszkodzony ciuch wyrzucić, stąd ja
                            bezwzględnie eksplatuję z moimi szwalniczymi problemami Mamę. Sam próbowwałem,
                            ale to nie jest to, ubrania naprawione przeze mnie nie dają się nosić. A szycie
                            wydaje się być tak prostą czynnością.
                            • marcin1973 Re: scriptus, ja krótko "o facetach" 06.10.04, 22:19
                              za szybko może czytam! i nieuważnie! prawda!
                              nieźle Cię żona wytresowała tak czy tak! Przeczytaj sam swoje posty. Zapewne
                              część z samooskarżania się pochodzi z jej ust. Zdołował, wyniszczyła
                              psychicznie. Tak myślę. Facetowi w zasadzie jest jedna umiejętność potrzebna:
                              zarabianie kasy. Reszta to pryszcz.
                              Marcin
                              scriptus napisał:

                              > Stwierdziłem, że nie odbiegam od przeciętnej, przeczytaj uważnie. Z moich
                              > obserwacji, znajomi też nie robią w domu "babskich robót", ale nie robię z
                              tego
                              >
                              > swojej cnoty, to co umiem, to robię.
                              > Stwierdziłem, że nie umiem dobrze sprzątać i nie umiem prasować, wszystko
                              inne
                              > umiem.
                              > Ja w samochodzie mam brudno, w środku sprzątam raz na rok na wiosnę, czasem
                              > tylko zsypię piach z dywaników (ale fleja! nie? :-(), żona swoim co i raz
                              > jeździ na myjnię, w domu sprząta Ona, jednak większe porządki, okna robią
                              > studenci. Więc ten brak umiejętności sprzątanie, to nie wymówka mająca zrobić
                              z
                              >
                              > żony sprzątaczkę.
                              > Nie umiem też takiej niby prostej rzeczy, jak szycie, ale Ona szyć umie
                              > doskonale, jednak też nie szyje, woli uszkodzony ciuch wyrzucić, stąd ja
                              > bezwzględnie eksplatuję z moimi szwalniczymi problemami Mamę. Sam
                              próbowwałem,
                              > ale to nie jest to, ubrania naprawione przeze mnie nie dają się nosić. A
                              szycie
                              >
                              > wydaje się być tak prostą czynnością.
                              • scriptus Re: scriptus, ja krótko "o facetach" 07.10.04, 00:14
                                Na pewno coś w tym jest
                • trzydziestoletnia Re: scriptus, ja krótko 09.11.04, 16:28
                  > Nie umiem sprzątać, prasować, itp (zawsze jak
                  > posprzątam, po mnie żona poprawia, choćbym się jak starał, cóż, robi to
                  lepiej (..)

                  Nie tyle "nie umiesz sprzatac", co nie robisz tego w sposob zadowalający Twoją
                  zonę - a to nie jest rownoznaczne ;) Naprawde trudno mi sobie wyobrazic jak
                  mozna zle posprzatac, jesli sie naprawde przyzlozy (jak piszesz).
                  za to wyobrazam sobie, ze mozna KAZDĄ ROBOTĘ poprawiac po kims sadzac, ze
                  wszystko co nie jest zrobione tak jak ja robie-jest zrobione zle.. bo tylko ja
                  robie to (i wiele innych rzeczy) dobrze. Taki typ ludzia, brrr...

                  Wiele mozna wylapac takich kfiatkow w Twoich listach, zrobiles sobie z zony
                  jakies guru nie do ruszenia, nawet masz oltarzyk w ramce na biurku.. daj
                  spokoj... Czlowieku.

                  ps. dlaczego POZWALASZ by zona WYKORZYSTYWALA Wasze dziecko do przekazywania
                  informacji?? to duze przegiecie, co jak co, ale dziecko nie powinno byc w taki
                  sposob angazowane w konflikty doroslych. sadze, ze tutaj powinienes ostro i
                  zdecydowanie zaprotestowac. I byc moze - od przeforsowania tej racji ZACZAC.
                  • scriptus Re: scriptus, ja krótko 09.11.04, 17:19
                    To juz wszystko nieaktualne :(
                    Ona się chce ze mną rozwieść.
          • lideczka_27 Re: scriptus, ja krótko 07.10.04, 00:42
            woman-in-love napisała:

            >
            > nie zapanujesz nad dołem w tej sytuacji. Gdybyś naprawdę kochał swoje dziecko,
            > ruszyłbyś sie do działania. Ale najwygodniej bezczynnie czekać. Twoje
            zakłamani
            > e
            > mierzi mnie. Przeczytaj ywaznie, co pisze Lieczka. Nie znalazłam tyle serca i
            > mądrosci w zadnych ksiązkach, a czytam duzo.


            Bardzo Ci dziękuję w-i-l :)
    • sutra Re: Patowa sytuacja 06.10.04, 18:52
      scriptus napisał:

      Ja się już po prostu wolę nie odzywać, po co zadawać
      > pytanie, wiedząc, że spotkam sie z niegrzeczną, opryskliwą odpowiedzią?

      Hmmm, ja mam identyczne stosunki z matką. Jej sposób komunikacji powoduje, ze
      ntychmiast zaczynam jej odpowiadać opryskliwie. Czasem nawet próbuję z nią
      normalnie porozmawiać, ale zazwyczaj wkrótce mówi takie rzeczy, na które nie
      mam ochoty odpowiadać, albo odpowiadam opryskliwie i niegrzecznie. Poza
      przyczynami sugerowanymi już w tym watku, dorzucam więc inną hipotezę - może
      żona falowo przejawia większą lub mniejszą akceptację dla jakichś Twoich
      zachowań komunikacyjnych? Teraz pytanie, czy da się to zmienić, ucząc sie
      technik komunikacyjnych (polecam książkę "Wychowanie bez porażek" Gordona), czy
      irytuje ją coś, co jest immanentną częścią Twojego stylu zachowania i po prostu
      nie dopasowaliscie się pod tym względem (bo może innej kobiety by to nie
      irytowało). Tzn. czy warto to zmienić, bo reakcje wszystkich będa podobne, czy
      też drażni to konkretnie Twoja żonę. Jeśli o mnie chodzi, to to, co piszesz,
      nasuwa mi skojarzenie - przepraszam za szczerość, ale może znajdziesz tu jakąś
      inspirację - z taką dobroduszną safandułowatością, ktora może być irytujaca na
      dłuższa metę (pamiętaj, że moja ocena może być mylna, w końcu przeczytałam
      tylko kilka Twoich postów). Może zacznij od lektury np. "Wychowania bez
      porażek", nie inicjuj rozmów z żoną na siłę, nie staraj sie w widoczny sposób
      jej sobie zjednać i postaraj się byc trochę większym egoistą. Nie sądzę, żeby
      wyjazd był na ten moment dobrym pomysłem, żona tylko odczuje ulgę, że Cie nie
      ma, i będzie miała w pamięci Twoje zachowania, które ja denerwują, a tak
      mogłaby się skonfrontować z innym zachowaniem, które moze by ją zastanowiło.
      • scriptus Re: Patowa sytuacja 06.10.04, 21:49
        Staram się trzymać takiego sposobu zachowania (wypracowałem to jeszcze, zanim
        poznałem żonę) - nie eskalować konfliktów odpowiadając opryskliwie na
        opryskliwe odzywki, im ktoś do mnie głośniej mówi, tym ja ciszej odpowiadam, to
        zmusza do uwagi i powoduje wyciszenie drugiej strony. Na głupie argumenty daję
        rozwinięcie możliwych katastrofalnych skutków, na argumenty stawiane ze złą
        wolą, czy wyzwiska po prostu nie odpowiadam w ogóle, nie dyskutuję z nimi, po
        prostu nie ma to sensu i nic nie wnosi. Nie obawiam się, że jak nie odpowiem na
        wyzwisko, to przeciwnik w dyskusji uzna, że przyjąłem jego racje, albo się go
        boję. Gadułów staram się uważnie wysłuchać z uprzejmym usmiechem, jednak moja
        żona nie jest gadułą. Staram się, żeby mówić logiczne i konkretne rzeczy.
        Staram się nie stosować manipulacji wobec bliskich, zresztą , jak już
        napisałem, żona jest doskonałą negocjatorką, błyskotliwą i odporną na
        manipulacje. Co mam Jej do zarzucenia i o co mam żal, że nie stosuje
        takich "uczciwych " zasad podczas dyskusji, czy sporów ze mną, jak ja, ale daję
        sobie radę. (uwaga, to nie dotyczy obcych, z urzędnikiem, czy policjantem nie
        mam żadnych skrupułów i staram się załatwić sprawy po prostu skutecznie, tam
        bywam, jak to napisał kolega Marcin, skurwielem). W odniesieniu do najbliższych
        nie używam też argumentów "ad personam" czyli wyzwisk, nawet wobec dziecka
        staram się nie używać argumentu "nie, bo nie". Jeżeli mnie ktoś przekona przy
        pomocy argumentacji, zmieniam zdanie, natomiast jestem piekielnie uparty, nie
        zmieniam zdania pod wpływem argumentów pozamerytorycznych. Doskonałym
        przykładem jest argument "jak tego nie zrobisz, to jesteś głupi".
        Natomiast to długotrwałe i uporczywe zachowanie mojej żony już mnie tak
        wymęczyło, że dla świętego spokoju zrobiłbym już wszystko, ale nie wiem, co! To
        juz przerasta nawet mój upór! :-(
        Ta moja postawa, czy poza człowieka, którego nie da się wyprowadzić z równowagi
        jest wypracowana, oczywiście, czasami pękam, ale w samotności. Takie
        stłamszenie adrenaliny, kontrolowanie się, na pewno nie jest dobre dla
        organizmu. Czasami, po ostrej wymianie zdań, to znaczy, gdzie przeciwnik starał
        się mnie sprowokować, aż mi się trzęsą ręce, ale zachowanie spokoju
        zewnętrznego przy np. napadzie chuligańskim jest bardzo skuteczne.

        Nie sądzę, żeby to właśnie denerwowało moją żonę, przecież spokój i opanowanie
        powinno dawać poczucie bezpieczeństwa, a nie wyprowadzać z równowagi.

        Jednak Jej żywiołowość i dynamika jest czymś, za co ja Ją podziwiam. Ja się do
        każdej rozmowy muszę przygotować, określić ramy, w jakich rozmowa musi się
        zmieścić, możliwe ustępstwa itd. Zapewne nadajemy się na parę - dobry
        policjant, zły policjant.
        • lideczka_27 scriptus, czytam, czytam 07.10.04, 00:34
          i głowa boli mnie coraz bardziej (oj nie masz Ty litości nad ciężarną, oj nie
          masz ;)))
          Posty o spokoju rozumiem, bo mam podobny sposób na życie i postępowanie z
          ludźmi. I bezwarunkowo to działa - im głośniej ktoś się drze, tym ja wolniej i
          bardziej "opanowanie" się wyrażam. Ponadto niezmiernie cierpliwy ze mnie człek
          (na szczęście, bo żyję z cholerykiem). Jeśli Ci nie pasuje metoda pięści -
          spoko (choć ja uważam, że byłaby to niezła terapia wstrząsowa dla żony - czego
          jak czego, ale tego to ona się nie spodziewa ;) Możesz czekać, przygotowywać
          się, robić uniki - Twój wybór, w końcu to Ty ją znasz 14 lat, nie my. Ale
          jednego Ci nie wolno: zatracać godności własnej. Czytam Waszą historię i co
          widzę? Totalną zamianę ról. I chyba dlatego jest Wam ciężko. Bo to, co będzie
          trybiło u mężczyzny i kobiety w przypisanych od lat rolach, to po zamianie może
          zgrzytać. Ona jest silna, zdecydowana, więcej zarabia, podejmuje ważne decyzje
          (proszę, nie mów mi, że udaje Ci się ją często od czegoś odwodzić, skoro to
          taka dobra negocjatorka ;). Gniewa się, bywa opryskliwa, rządzi twardą ręką -
          jednym słowem. A Ty spokojny, cichy, nieco przestraszony, podporządkowany,
          zrezygnowany i niedoceniony oraz NIEDOWARTOŚCIOWANY. Żona - łowczy i Ty - kur
          domowy. Tak to wygląda. Boisz się jej. Kombinujesz jakby tu do pani żony się
          odnieść, by po uszach nie oberwać. No pardon, ale to dramat jakiś. Przecież do
          bliskiej osoby to się wali jak w dym, to ostatni człowiek, do którego idziemy
          ze stresem, albo z kijem, by samemu nie oberwać ;) A Ty dumasz, kombinujesz,
          zastanawiasz się i z tego wychodzi tyle, że wracasz z podkulonym ogonem. Ja mam
          dla Ciebie tylko jedną i uważam, że najlepszą radę: idź do psychologa.
          Przedstaw wszystko dokładnie. Potrzebujesz pomocy. To jest toksyczny związek,
          wyniszczający Ciebie. Tu już nie chodzi o małżeństwo, ale o Twoją godność i
          stan psychiczny. Nikt tu na forum Cię nie przekona, bo ja widzę, że Tobie się
          tylko wygadać chce. Dobra, możemy sobie popisać. Ale idź człowieku do
          specjalisty. Niech Cię ratuje - Twoją wiarę w siebie. A potem może jakaś
          terapia małżeńska, nie wiem... Moim zdaniem masz poważniejszy kłopot niż ten
          małżeński - a dodatkowo asertywności w Tobie za grosz.

          A syn 10 letni to już rozsądny człowiek, wcale nie mały chłopczyk. Widzi i
          rozumie więcej niż byście oboje chcieli. Mam nadzieję, że nie długo nie
          podzieli się z Wami kilkoma uwagami, które będziecie przeżuwać przez kolejne
          tygodnie. Nie ignorujcie i nie róbcie z niego nierozumnego brzdąca - walczcie
          dla niego o rodzinę, lub pozwólcie żyć bez siebie w takim stanie jak
          dotychczas. Zaraz wkroczy w bunt nastolatkowy i dopiero będziecie mieli w domu
          młyn. Aż pomyśleć strach.


          pozdrawiam
          lidka
          • woman-in-love Re: scriptus, czytam, czytam 07.10.04, 06:12
            Tak, chyba przesadziłeś z tym "treningiem osobowosci" i po prostu (nie gniewaj
            sie) dokonałes psychicznej "autokastracji". Teraz potrzebny jest chyba trening
            odwrotny ;-)
            • marcin1973 Re: scriptus, czytam, czytam 07.10.04, 07:42
              Czyli "wyszło na moje". Kolegą Scriptusem trzeba wstrząsnąć, żeby zaczął
              działać. Układ w którym role są odwrócone jest chory. Poza tym - po co
              Scriptusowi psycholog? Zgarnie kasę i tyle. Może niech lepiej na GG pogada z
              Lideczką. Coś mi się widzi, że mu to więcej da. Ja tam uważnie czytałem posty
              Lideczki- coś tam wprowadziłem w życie. A poczucie męskości trzeba w sobie
              samemu odbudować. I znów cytując "nie pomogą dochtory, jak kto na śmierć chory"
              a w Koledze S. resztka godności została zastąpiona żelazną logiką. Moja żona
              czasami wrzeszczy- ja jej wyzwisk nie słucham, wkładam w uszy stopery, tak,
              żeby widziała i spokojnie czytam gazetę..:-) po minucie mięknie. (Ona, u mnie
              proces przeciwny)- to a propos bycia spokojnym. Tez bywam.
              Marcin
              Marcin
              woman-in-love napisała:

              > Tak, chyba przesadziłeś z tym "treningiem osobowosci" i po prostu (nie gniewaj
              > sie) dokonałes psychicznej "autokastracji". Teraz potrzebny jest chyba trening
              > odwrotny ;-)
        • sutra Re: Patowa sytuacja 01.11.04, 16:29
          scriptus napisał:

          Czasami, po ostrej wymianie zdań, to znaczy, gdzie przeciwnik starał
          >
          > się mnie sprowokować, aż mi się trzęsą ręce, ale zachowanie spokoju
          > zewnętrznego przy np. napadzie chuligańskim jest bardzo skuteczne.
          >
          > Nie sądzę, żeby to właśnie denerwowało moją żonę, przecież spokój i
          opanowanie
          > powinno dawać poczucie bezpieczeństwa, a nie wyprowadzać z równowagi.

          Oj, mylisz się. Zachowywanie spokoju moze być bardzo prowokacyjne i "nakręcać"
          drugą stronę do eskalowania swojego zachowania, tak żebyś wreszcie zareagował
          należycie. Może powinieneś wrzasnąc od czasu do czasu na żonę, to się uspokoi.
          Doświadczenie denerwowania drugiej osoby, aż wyjdzie z siebe i okaże
          zdenerwowanie (np. podnosząc głos) nieobce jest, jak sądze, większosci ludzi na
          tej ziemi, w tym niżej podpisanej. Paradoksalnie, ujawnienie zdenerwowania
          pomaga osobie, która prowokuje to zdenerowowanie, bo daje dowód, że się ona dla
          Ciebie liczy. Wynika to z prostego mechanizmu: zazwyczaj osoby, któe nas nie
          obchodzą, nie są w stanie nas zdenerowować; ergo jeśli ja jestem w stanie kogoś
          zdenerwować, to temu komuś na mnie zależy.

          Oj, nie czułabym się bezpiecznie z m., którego nie potrafiłabym zdenerwować (co
          nie znaczy, że muszę nieustannie sprawdzać, czy go potrafie zdenerwować, czy
          nie).
    • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 08:45
      Pewnie macie rację, coś muszę zmienić, ustawić wszystko w tej naszej rodzinie
      na właściwym miejscu. Zapowiada mi się świetny kontrakt, to i trochę pieniążków
      wpadnie, i to więcej niż Ona potrafi zarabiać :-)), trzy, cztery dni
      intensywnej pracy i mam Jej dwumiesięczną pensję, oby potem szybko był następny
      taki... Jak już zacznie ze mną gadać, to Jej się pochwalę.

      A Ona - chyba zaczyna powoli pękać. Wczoraj przyniosła zakupy do domu, przez
      dwa tygodnie nic nie kupowała, kupiła nawet piwo, a Ona piwa nie pije, syn też
      jeszcze nie... :-). Albo, Jej problem znalazł rozwiązanie, szkoda, że do mnie
      z tym nie przyszła.
      Ale, ja nie jestem lepszy, też Jej nie truję moimi problemami, jednak
      sukcesami lubię się pochwalić. Nie lubię okazywać słabości.
      Tak mi się zdaje, że Ona mnie po prostu w wielu takich sprawach naśladuje,
      dodaje do tego swoje talenty i jest naprawdę dobra, z tym nam się czasami żyje
      trudno...

      Pewnie się będziecie śmiać, dostał piwo i już się cieszy...

      Na piwo mnie stać i sam sobie kupuję kiedy mam ochotę, to nie o to chodzi,
      tylko o jakiś taki cichutko zrobiony gest, po blisko dwóch miesiącach
      demonstracyjnego olewania...
      Chyba u nas powolutku nadchodzi jakiś przełom, oby na lepsze
      To jest dla mnie znak, że powinienem działać. Nawiązac kontakt, sprowokować
      rozmowę, dowiedzieć się wreszcie, co się dzieje
      • anula36 Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 11:26
        To jeszcze tego nei zrobiles??
        Ale fakt zapomnialam,ze zona gada tylko ze zlota karta kredytowa.
        • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 13:28
          Dzisiaj zrobię
          po prostu odkryłem to piwo w lodówce, jak już spała
          • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 13:51
            a moze piwo dla szwagra kupiła i powie "nie rusz!"

            scriptus napisał:

            > Dzisiaj zrobię
            > po prostu odkryłem to piwo w lodówce, jak już spała
            • anula36 Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:12
              a mzoe dla kochanka i tez powie "nie rusz" i idz do kina z mlodym bo mam ochote
              sie zabawic wreszcie.
              • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:19
                anula36 napisała:

                >
                ; a mzoe dla kochanka i tez powie "nie rusz" i idz do kina z mlodym bo mam
                ochote
                >
                > sie zabawic wreszcie.

                Kochani Admini nic nie mylicie! Jako znakomita negocjatorka zabezpieczyłaby
                towar zostawiając kartkę "nie rusz" lub zaplombowałaby lodówke ;-0
                • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:20
                  oczywiście "Nie myślicie" miało być :-)
                • anula36 Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:35
                  tu nie ma co myslec, tu trzeba zaplakac:(
            • nastinka Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:20
              Hej Scriptus,
              Cos mnie dziwnego uderzylo w twoich wypowiedziach
              - synek nie moze byc Twoim pzryjacielem -
              jest najblizsza Ci osoba, ale nie partnerem Twojej niedoli.
              Mimo wszsytko mam wrazenie, ze go wciagasz w sytuacje miedzy Wami.
              masz kolegow od piwka? Wspolnych wypraw?
              Swiat odrebny od Waszego wspolnego swiata?
              Zostawisz zone raz po raz i idziesz sie wygadac kumplom?
              Ona jest zmeczona Twoim barkiem energi, decyzji, roztkliwianiem sie nad soba.
              I nie chodzi mam wrazenie o to, ze masz gorszy okres (kazdy je miewa) tylko, co
              z tym robisz.
              Jak sie uporasz sam ze soba, to albo Ona z toba zostanie, alebo znajdziesz
              sobie inne fajna przyjeciolka.

              (
              • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 15:01
                Nie mam kumpli od piwka
                Poza czasami klientami-zleceniodawcami, z którymi się spotykam rzadko,
                rozmawiamy tylko o pracy, a zresztą częściej wymieniamy emaile, rzadko,
                dzwonimy. Z rzadka odwiedzam dalszą rodziną, zatem na codzień widuję tylko ich,
                czyli synka i żonę. Fakt, nie jestem zbyt towarzyski, ale nigdy nie odmawiam
                żonie, żeby z Nią dokądkolwiek pójść. Na pewno nie jestem jakąś ozdobą
                towarzystwa, ale nigdy do tego nie aspirowałem.
                Syn partnerem na pewno nie jest, musiałbym na głowę upaść, żeby Go w małżeńskie
                sprawy wciągać. A do wspólnych wypraw, mam syna, żona nie lubi spać pod
                namiotem, chodzić pieszo, czy łazić po górach. Ale, to ze dwa razy w roku, na
                ogół siedzę w domu w swoim biurze. Stąd, kiedy brak mi kontaktu z żoną, świat
                mi się wali.
            • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:42
              Albo do robienia trwałej, nie?
              Albo sam kupiłem i zapomniałem?
              Albo był kochanek i nie wypił?
              Albo.......

              Wolę to zinterpretować tak jak zinterpretowałem, czuje pewnie, że przesoliła
              nieco i sama nie wie, jak z honorem z tego ma teraz wyjść, to daje sygnały,
              mężu, ratuj. Jak się mylę, to i tak nie mam nic do stracenia.

              Kobiety nieraz uważają, że jak czegoś chcą, to ten, co kocha, powinien sie
              domyślić. A czym inteligentniejsza, tym bardziej zwiewne sygnały daje. Pewnie
              dlatego mężczyźni wolą przysłowiowe blondynki (bez urazy dla blondynek,
              napisałem przysłowiowe). A co my, psiakostka, jasnowidze jesteśmy?

              Czytałem w jakiejś książce, czy artykule, że mężczyźni generalnie, są bardziej
              prostolinijni, a kobiety mają skłonności do spiskowania, są bardziej wrażliwe,
              są lepszymi psychologami. Wiąże się to z uwarunkowaniami ewolucyjnymi, od
              tysięcy lat mężczyźni dysponowali przewagą fizyczną, więc dla utrzymania
              równowagi rządu dusz w stadłach kobiety rozwinęły w sobie zawiłe techniki
              oddziaływania na emocje, spiskowania.
              • woman-in-love Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 14:50
                Cholerka, chyba z tego wszystkiego skoczę na piwko wieczorem ;-)))) pogadać z
                dziewczynami o braku seksu w małżenstwie ;-)))0 i o technikach spiskowych!
                Powiem wam jutro, czego sie dowiedziałam :-))) Scriptus, tylko niczego nie
                podpisuj po pijanemu ! Wiesz, te kobiety....
                • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 15:19
                  Z tym "spiskowaniem", to nie mój wymysł, czytałem o tym.
                  Sens artykułu był po prostu taki, że Wy, kobiety jesteście po prostu dużo
                  skuteczniejsze we wpływaniu na innych ludzi, niezależnie od płci, niż
                  mężczyźni, bardziej wrażliwe na sygnały od nich płynące - np. mowa ciała. Coś
                  tam było o półkulach mózgowych, które u kobiet inaczej funkcjonują, w związku z
                  czym myślą bardziej syntetycznie, w przeciwieństwie do mężczyzn, myślących
                  analitycznie. O tym, że małe dziewczynki bardziej interesują się osobami w
                  swoim otoczeniu a chłopcy przedmiotami i co z tego wynika, na przykład kobiety
                  mają predyspozycje do zawodów wymagających wpływania na innych ludzi, np do
                  bycia handlowcami, mężczyżni raczej technikami. Zresztą to tylko jakieś
                  statystyki, w poszczególnych przypadkach to wygląda różnie. Tak, że nie wiem,
                  czy pogadasz o tym z dziewczynami, chyba , że również czytały ten artykuł.

                  A mi jedno piwo nie wystarczy, żeby się upić, mam jeszcze schowanego szampana
                  na okoliczność, że uda mi się doprowadzić do jakiejś rozmowy, ale to też za
                  mało, żeby się upić, więc się nie obawiaj :-)
                • nastinka Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 15:24
                  Zeby partner byl atrakcyjnym partnerem (dla mnie przynajmniej), to powinien
                  robic cos innego niz ja, spotykac innych ludzi,bo inaczej nic nowego nie wnosi
                  do zwiazku, niczego sie nowego od niego nie ucze,
                  bo obieg jest zamkniety...
                  Moze zacznij od naprawiania/nawiazywania relacji towrzyskich?
                  Na pewno naladujesz sobie akumulatory po spotkaniu z kims milym,
                  a to powinno miec takze duzy wlpyw na Twoje relacje z zona...
                  Zobaczy, ze jej sie wymykasz...
                  No,a jesli chodzi o teorie spiskowe...
                  Polecam wielka awanture w domu z Toba w roli glownej,
                  tak aby wytracic jej z reki piekielne i niekczemne argumenty
                  i zdominowac ja meska sila i stanowczosc ; )
                  Aby atawistycznym prawdom stalo sie za dosc...
                  • scriptus Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 16:08
                    :-) pewnie masz rację, marny ze mnie awanturnik, nie przypisuję też żonie
                    piekielnych ani nikczemnych argumentów, ale może to dobry pomysł - zrobić
                    awanturę, Chyba tak naprawdę, to takiej awantury z krzykami, ani tym bardziej
                    rzucaniem garnkami czy talerzami jeszcze u nas w życiu nie było, nawet nie
                    wiem, od czego zacząć. Nie mam pojęcia , o co się awanturować, ale doceniam
                    wagę czynnika zaskoczenia, coś wymyślę, obejrzę koszule w szafie, może któraś
                    krzywo wyprasowana, poszukam włosa w umywalce, choć to wypadnie sztucznie, bo w
                    życiu na takie szczegóły nie zwróciłem uwagi....
                    Tym bardziej, że mi to piwo w lodówce , choćby nawet było dla szwagra, albo do
                    mycia włosów, podniosło nastrój, mam nieodpartą wolę coś zrobić radykalnego..
                    Wprawdzie go nie wypiłem, nie mam ochoty go wypić w samotności, wolę, żeby mi
                    Ona wlała do kufelka, czarując mnie dekoltem i siadając mi na kolanach, ale
                    mam wymagania, nie? A co to dziwnego, ja sobie myślę, że prawie wszystkie żony
                    tak robią... :-)
                    Jak chcę wypić piwo sam, to sklep mam 30m obok domu, 24h, nie mam z tym żadnego
                    problemu.
                    • nastinka Re: Patowa sytuacja 07.10.04, 21:42
                      Zrob awanture o to, co jest w domu, o wasze relacje...
                      Nie bedziesz musial szukac glupich powodow, to Ci powinno wyjsc naturalnie..
                      I koniecznie spakoj sie w trakcie ; )
                      ja sie zawsze pakuje i nie jest to wcale taktyka,
                      tylko mnie zwykle ponosi...
                      Musisz sie jednak liczyc z tym, ze cie nie zatrzyma...
                      Ja wolalabym w koncu wiedziec na czym stoje,
                      nawet jesli cos ma definitywnie sie zawalic po to wszystkim...
                      Awantura czy powazna, stanowcza rozmowa powinna w koncu przynies jakies
                      rozwiazanie:
                      albo, rozmawiacie ze soba, szanujecie sie, chcecie od nowa sprobowac,
                      albo zaczynacie osobne rozdzialy.
                      Szkoda czasu, dzieciaka (jestem z rozbitej rodziny, mialam 7 lat), waszych
                      wspolnych, kiedys chyba pieknych przezyc.
                      Takiego stanu nie mozna konserwowac.
                      Zamknij kompa,
                      i...
                      Odwagi!

                      • scriptus Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 08:30
                        "zerwaliśmy ze sobą" i wcale nie jestem szczęśliwszy :(
                        • archiwald4 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 08:47
                          Witaj scriptus! czytam twoją historie od początku,ale dotąd sie nie oddzywałam.
                          Powiedz co to znaczy zerwaliśmy? Bo wiesz, ja mojemu staremu w nerawch i
                          awanturze nie raz powiedziałam, żeby sie wynosił i że mam dość i żebysmy sie
                          rozwiedli itd., nawet na krótko rozstalismy się dwa lata po ślubie, ale teraz
                          juz będzie niedługo 11 rocznica:)nie zawsze powiedzenie odejdż lub odchodze
                          oznacza koniec, czasem jest to najbardziej rozpaczliwy krzyk : "co sie z nami
                          dzieje, ratujmy to". Nieraz przecież w awanturze wytacza się coraz cięższe
                          argumenty, a tak naprawdę to pragnie się tylko, żeby ta druga strona wzięła w
                          ramiona.
                          a że nie jesteś szczęśliwszy to chyba nic dziwnego.


                          Pozdrawiam,

                          GG 6016109
                          • scriptus Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 11:13
                            Znaczy to co znaczy, ona mnie nie chce, mogę sobie robić co chcę, ją to nic nie
                            obchodzi. Na przykład zamówić sobie "pizzę" 3 godzina gratis Wprawdzie nie mam
                            na to ochoty, ale mam taką możliwość, a to też się liczy :))). Mogę się
                            wynieść, mogę zostać, co za różnica. Ona mnie nie potrzebuje. Nie potrzebuje ze
                            mną rozmawiać, żeby Ją przytulić... Jestem, jak ten śmieć, do niczego
                            niepotrzebny.

                            Jest wprawdzie ktoś, kto mnie kocha i potrzebuje, to mój synek. I to jest
                            najważniejsze.

                            Chyba coś sobie muszę znaleźć na pracownię, bo bez zarabiania żyć nie mogę, bez
                            żony, jak widać "na wyżej załączonym obrazku", muszę. Mi tam wiele nie trzeba,
                            aby na czynsz za tę pracownię i trochę paliwa do auta, bo do sklepu, czy do
                            klienta czasem trzeba podjechać, wystarczy składane łóżko w pracowni, ale mam
                            dziecko, a te dzisiejsze dzieci, to małych potrzeb nie mają :)))

                            Kompletny dół, schowałem jej fotografię do szuflady, aby mnie nie drażniła.
                            Muszę się zabrać za robotę, ale kompletnie nie mam na to ochoty :(

                            Pan Bóg zrobił Adamowi kobietę, żeby mu nie było smutno, chciał dobrze, ale ta
                            moja Mu coś się nie udała, bo mi jest raczej niewesoło.
                            • anula36 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 11:48
                              Pan bog stworzyl rowniez mezczyzne zeby byl silny:)
                              Jesli nawet rozstaniesz sie z zona z synem mozesz wciaz sie spotykac,poza tym
                              jeszcze chwila i syn pojdzie wlasna droga.
                              Musisz sobei przede wszystkim wlasne zycie poukladac. Czy jesli zonie tak nei
                              zalezy chce sie rozwiesc?? czy tylko mieszkac osobno i miec swiety spokoj??
                              Jesli nasz nastroj bedzie zalezal TYLKO I WYLACZNIE od nastroju partnera to
                              czesto bedzie cienki.
                            • archiwald4 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 11:49
                              niewiele ci powiem, może tylko tyle, że czasem mówi sie takie straszne rzeczy
                              po to żeby potrząsnąć ta drugą osobą albo gdy samemu jest się na skraju
                              wytrzymałości nerwowej z róznych powodów.
                              I jeszcze coś: jak zachowujesz sie wzgledem kogoś tak cię on odbiera, jak
                              jesteś miekki i uległy będziesz traktowany jak mięczak i bezwolne popychadło,
                              jak będziesz znającym swoją wartość niezaleznym facetem, kogoś takiego zobaczy
                              twoja żona, w końcu 45 latni facet ma w sobie tyle smaczków:)
                              • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 11:54
                                eeee! smaczek to ma trzydziesto (jedno) letni facet...tak mi żona wczoraj
                                powiedziała...bo u Trolli był młodszego kolega z przedszkola (z ojcem, właśnie
                                45 letnim mniej więcej)...samego się bał zostawić boby go Trole mogły
                                potrubować nieco (a chłopczyk grzeczny i dobrze wychowany), więc żona z
                                konieczności z ojcem chłopca rozmawiała i do takich wniosków doszła, za co jej
                                solennie, ehjhhhh
                                Marcin:)))))))))))))))))))))))))))))

                                archiwald4 napisała:

                                > niewiele ci powiem, może tylko tyle, że czasem mówi sie takie straszne rzeczy
                                > po to żeby potrząsnąć ta drugą osobą albo gdy samemu jest się na skraju
                                > wytrzymałości nerwowej z róznych powodów.
                                > I jeszcze coś: jak zachowujesz sie wzgledem kogoś tak cię on odbiera, jak
                                > jesteś miekki i uległy będziesz traktowany jak mięczak i bezwolne popychadło,
                                > jak będziesz znającym swoją wartość niezaleznym facetem, kogoś takiego
                                zobaczy
                                > twoja żona, w końcu 45 latni facet ma w sobie tyle smaczków:)
                                • archiwald4 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 12:17
                                  maja smaczki mają, mój ma 53 lata i jeszcze dużo smaczków

                                  A ty marcin to cos strasznie bojowy sie robisz ostatnio, żebys nie przedobrzył
                                  i sie nie przeliczył jak za którymś razem twoja stara nie zadzwoni i nie
                                  zapłacze "Marcinku" ew,zadzwoni, ale tylko po to, żeby ci powiedzieć gdzie
                                  odstawiła reszte twoich rzeczy

                                  nadmiar testosteronu jednak rzucza sie niektórym na głowę
                                  • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 12:50
                                    eee, to ze 4 miesiące temu było jak jeszcze nie było "taa daam" w takiej
                                    ilości...

                                    archiwald4 napisała:

                                    > A ty marcin to cos strasznie bojowy sie robisz ostatnio, żebys nie
                                    przedobrzył
                                    > i sie nie przeliczył jak za którymś razem twoja stara nie zadzwoni i nie
                                    > zapłacze "Marcinku" ew,zadzwoni, ale tylko po to, żeby ci powiedzieć gdzie
                                    > odstawiła reszte twoich rzeczy
                                    >
                                    > nadmiar testosteronu jednak rzucza sie niektórym na głowę
                              • scriptus Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 13:07
                                Ja wcale taki miękki nie jestem. Zawsze mam własne zdanie i je wyrażam, kiedy
                                podejmuję decyzje, ponoszę za nie odpowiedzialność i łatwo z nich się nie
                                wycofuję.
                                Istotne sprawy jestem w stanie przeforsować. Z kolei, jeżeli coś dla mnie nie
                                jest ważne, a widzę, że jest ważne dla żony, ustępuję. Sądzę, że nie jestem ani
                                takim zakapiorem, ani mięczakiem. Staram się być względem niej OK, a może Ona
                                to inaczej postrzega?
                                Czy ograniczanie swobody, wścibstwo, kontrolowanie drugiej osoby jest
                                niezbędne, aby miała poczucie, że się jest jej partnerem?
                                W dzisiejszych czasach mamy komórki, jeżeli żona ma później wrócić, to dzwoni,
                                że będzie później i nie analizuję, czy to konieczne, ufam, że jest tam, gdzie
                                powinna być. Chociaż, bardzo bym był zraniony, jakby zawiodła to moje
                                zaufanie.
                                Chociaż, teraz to już nie będzie dzwonić, to nieistotne :(
                              • scriptus Re: Patowa sytuacja 10.10.04, 20:30
                                Jak śpiewał Młynarski, róbmy swoje...
                                Ja wyjechałem w sprawach zawodowych, wróciłem nad ranem, syn mnie przywitał,
                                czekał na mnie. Oczywiście uprzedziłem o późnym powrocie, pechowo wieczorem
                                rozładowała mi się bateria w telefonie, więc byłem nieosiągalny, ale nie sądzę,
                                żeby dzwoniła. W lodówce już było kilka piw i mnóstwo jedzenia, ciasteczka. Nie
                                skorzystałem, rzecz jasna, jadłem po drodze.
                                Ale w zachowaniu, żadnych zmian, gdzies mnie w przelocie ochrzaniła za jakiś
                                bałagan, nie wiem, czy słusznie, bo mnie nie było w domu, ale załóżmy, że tak i
                                dalej standart, cisza, jak w rodzinnym grobowcu, tylko od czasu do czasu ą, bą,
                                proszę, dziękuję...
                                Zrobiłem herbaty tak, że nie zdążyła odmówić, coś tam próbowała zaprotestować,
                                ale pewnie nie wyszło, jak trzeba, bo zamilkła. Ja po prostu nie wiem, co się
                                tu gra, co sie święci. Może coś, a może nic. Na razie siedzę sobie u siebie i
                                robię swoje. Skoro jestem człowiekiem wolnym, mam prawo robić u siebie, co
                                uważam za stosowne, nikomu w drogę nie wchodzę. Staram się nie wychodzić od
                                siebie, ale jak muszę, to zachowywać się naturalnie. Z pominięciem czułości,
                                chociaż - serce się rwie, cień uśmiechu od Niej, a nosiłbym Ją na rękach. A
                                może to ja po raz kolejny muszę coś zrobić, wyciągnąć do Niej ręce na zgodę i
                                może kolejny raz "dostać po łapach". Zgodnie z logiką to nie ma sensu. Przecież
                                chyba nie jesteśmy już parą. W sumie samotnemu człowiekowi może jest smutno,
                                ale przynajmniej nie ma problemów małżeńskich. Szykuję sie do następnego
                                wyjazdu, powstaje więc coś między wyprowadzką a ucieczką z domu. Na weekend
                                wrócę, może wezmę syna na wycieczkę,więc też mnie nie będzie.
                        • marcin1973 Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 11:57
                          scriptus napisał:

                          > "zerwaliśmy ze sobą" i wcale nie jestem szczęśliwszy :(


                          Eee tam! A to pierwszy raz zrywacie? My się rozwodzimy co dwa trzy miesiące w
                          czasie koszmarnej awantury, po której jadę do pracy np. o 21.00 po czy, o 23.30
                          żona dzwoni mówiac "Marcin, swetra nie wziąłeś, przeziębisz sie" ja "na fotlach
                          się prześpię", ona "nie rób obciachu" ja "i tak będę musiał sie jakoś przetułać
                          zanim znajdę mieszkanie" ona "Marcinku!!!" ze łzami . No i wracam rzecz jasna.
                          • scriptus Re: Patowa sytuacja 08.10.04, 12:42
                            Hehe, dobre, Ale ja to się mogę najwyżej poszwendać po ulicy i kimnąć w
                            samochodzie (przestawić go obok do lasu, aby nie robic obciachu), bo swoje
                            biuro mam w domu. Muszę sprawdzić, czy by do mnie na komórę zadzwoniła.
                            Chociaż, teraz, jak już się rozstaliśmy, to pewnie by nie zadzwoniła :(
                            Może mi się uda od spółdzielni jakieś niedrogie pomieszczenie gospodarcze
                            wynająć na pracownię, walnie sie szarą wykładzinkę i lamele do okna i już, nikt
                            się nie musi dowiedzieć, że tam śpię. wystarczy, że wyłączę telefon i już mnie
                            tam nie ma :)))
                            Cóż, próby zerwania żona już raz robiła, wtedy wyjechałem na kilka miesięcy za
                            granicę, tak, tym razem zerwaliśmy pierwszy raz.
                            O już zapomniałem, jak to było za kawalerskich czasów, ale aż tak tego nie
                            przeżywałem.
                          • scriptus Re: Patowa sytuacja 01.11.04, 20:52
                            To Ty , Marcin, widzę, też jesteś niezły numerant :)

                            Zrywamy 2 raz.

                            > Eee tam! A to pierwszy raz zrywacie? My się rozwodzimy co dwa trzy miesiące w
                            > czasie koszmarnej awantury, po której jadę do pracy np. o 21.00 po czy, o
                            23.30
                            >
                            > żona dzwoni mówiac "Marcin, swetra nie wziąłeś, przeziębisz sie" ja "na
                            fotlach
                            >
                            > się prześpię", ona "nie rób obciachu" ja "i tak będę musiał sie jakoś
                            przetułać
                            >
                            > zanim znajdę mieszkanie" ona "Marcinku!!!" ze łzami . No i wracam rzecz jasna.
    • erika26 Re: Patowa sytuacja 09.11.04, 10:26
      czytam juz twoj drugi post.. i widze ze miotasz sie we wlasnych uczuciach... i
      tak mi sie cos wydaje ze chyba sie troche nudzisz w swoim malezenstwei..
      przygniata cie to co jest zwykle.. niby kochasz zone, ale jednak myslisz o
      odejsciu... hmm kiedy sie kogos kocha walczy sie o milosc... moze potrzeba ci
      rzeczywiscie seksu... wiesz malzenstwo to kompromisy..
      • anula36 Re: Patowa sytuacja 09.11.04, 19:04
        to cos malo uwaznei czytalas albo pomylil ci sie maz z zona:)
        • scriptus Re: Patowa sytuacja 09.11.04, 21:08
          Kochani, mi już sie w tym wątku wszystko pomieszało i już nie panuję nad tym,
          kto komu na co odpowiada, komu ja powinienem odpowiedzieć :(
          • viillemo pomieszane życie...:( 09.11.04, 21:56
            Scriptus wszystko sie tak pomieszało jak w Twoim życiu, naprawdę mi przykro,
            wiedz, ze ktoś gdzieś tam w polsce myśli o Tobie i trzyma kciuki za Ciebie,
            Twoje wybory i wybory Twojej żony
            pozdrawiam serdecznie!!!
            • scriptus Re: pomieszane życie...:( 10.11.04, 00:19
              Dzięki za wsparcie duchowe.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka