bource
03.07.06, 11:03
Byłam w partnerskim małżenstwie, które się rozpadło gdy przestało być
partnerskie. Ale przez te lata zawsze miałam przy sobie męża, który był
pracowity, energiczny i inteligentny. Taki, jak ja. Było, minęło, a ja
musiałam sę nauczyć polegać na sobie. Udźwidgnęłam więcej, niż myślałam że
jestem zdolna, przez lata radziłam sobie sama ze wszystkimi problemami.
Stałam sie silną, samodzielną osobą. Tacy są też moi przyjaciele - ale nie
kochankowie.
Stało sie coś dziwnego. Wszyscy mężczyzni, jacy się mną interesowali po
rozwodzie, okazywali sie słabymi istotami pragnącymi matkowania,
uwieszającymi się na mojej szyi popaprańcami psychicznymi. Jestem właśnie z
takim. Wysokie IQ, świetny fachowiec, przystojny i nieżle umięśniony, ale pod
każdym innym względem mały chłopczyk. Wiem, że nie wykrzesam z niego ani
odrobiny partnerstwa, że zawsze będzie mi ulegał. Zaczynam mieć symptomy
sadystki, znęcającej sie nad kimś kto swoją słabościa prowokuje do pogardy i
kopania. Nie mogę się z nim rozejść, bo mi go żal, bo opiekując się dziećmi
wyhodowałam w sobie poczucie obowiązku opiekowania się słabszymi. Ale z
wiecznym dzieckiem (do tego brudnym, jak pisałam w osobnym wątku) nie da się
mieć seksu!
No i nie mam seksu. Od roku. Co gorsza, stałam się zrzędzącą, sadystyczną,
grubą, gderającą babą. Jeśli mi tak zostanie na stałe, nie widzę żadnych
szans na normalne relacje z mężczyznami. Potworne, sfrustrowane seksualnie,
kastrujące słowem babsko, jak bohaterka "Cudzoziemki" Kuncewiczowej.
Uprasza sę o komentarze bez wyrazów współczucia.