Dodaj do ulubionych

Czy warto walczyc?

12.10.06, 18:14
Uprzedzam od razu - będzie długo... Czytałam was od jakiegoś czasu, ale nie
myślałam, ze będzie aż tak źle bym musiała szukać tu pomocy. A jednak.
Jesteśmy razem od ponad 5 lat, na początku rozkraczeni miedzy 2 miastami,
teraz coraz więcej razem, choć mój partner ma taka prace, ze wiele wyjeżdża
tak czy inaczej. Oboje jesteśmy rozwiedzeni, mamy dzieci z pierwszych
związków. Mój starszy synek mieszka a nami, Jego córka z matka, ale bywa u nas
bardzo często. Mamy wspólnego synka, 1.5 roku, wspólna decyzja, wspólne
starania, wspólny poród, wspólna, bardzo wielka miłość do dziecka. Nie
braliśmy ślubu, bo ja mam zbyt silny uraz z czasowe poprzedniego małżeństwa,
ale wielokrotnie obiecywaliśmy sobie, ze do grobowej deski i ze ten ślub
kiedyś w końcu weźmiemy.
Przez pierwsze 3 - 4 lata naszego związku nie pokłocilismy sie ani razu,
byliśmy zakochani jak 2 gołąbki, seks gdy tylko sie dało, 4 razy w ciągu 1
nocy. Nie to, żebym Go idealizowała, ale kiedy myślałam o zaletach, wady nie
miały znaczenia. Z te zalety to przede wszystkim ciepło, miłość, czułość,
życzliwość. Pracowitość, za która bardzo go podziwiałam, bo sama raczej leniwa
jestem. Bezproblemowość i gotowość do kompromisów - to zwłaszcza pomagało nam
funkcjonować bezproblemowo, bo ja jestem z tych, co nie lubią nic na sile -
zrobię prawdopodobnie wszystko o co zostanę poproszona, ale jeśli ktoś mi cos
każe, to nie może liczyć na współpracę.
Potem zaczelismy sie rozglądać za nowym mieszkaniem dla powiększonej rodziny -
On mnie jakoś mało w tym wspierał, ale w końcu wybraliśmy, ja załatwiam kredyt
(on nie ma zdolności) i kupiliśmy. Przyjechał jego ojciec, by wspólnie z nim
robić remont i chyba właśnie wtedy zaczęło sie - pierwszy krzyk, kiedy
zapytałam cos właśnie w temacie remontu: ze co mnie to obchodzi, nie znam sie
na tym, mam sie nie dopytywać. Od tego czasu równia pochyla, ciągle wrzaski z
jego strony. Przy przeprowadzce, podczas której ja, opiekując sie małym
dzieckiem, jednocześnie wszystkie rzeczy, oprócz kilku mebli, przewiozłam na
własnym garbie / swoim maleńkim samochodem. Pewnie nie spotkaliście jeszcze
takiej osoby, co wszystko, absolutnie wszystko robi źle. Zle robie wszystko
domu, źle dziecku zmieniam pieluchę, źle go karmie, wszytko robie nie tak. Na
początku byłam w takim szoku, ze na te wrzaski reagowałam płaczem, ale po
jakiś 2 miesiącach dotarło do mnie, ze ten płacz go tylko jeszcze bardziej
rozjusza, no i zebrałam sie w sobie. Na każdy krzyk odpowiadam teraz również
krzykiem, na obelgo obelgami, chociaż przyznam, ze coraz czesciej mnie sie nie
chce i coraz czesciej mam ochotę po prostu wyjść nie słuchać tego ciągłego
gdakania.
Nie piszcie mi proszę, żebyśmy porozmawiali, rozmawialiśmy juz mnóstwo razy.
On nie ma nic do powiedzenia, jeśli chodzi o zastrzeżenia do naszego związku,
albo wyciąga problemy typu nie dosc szybkie wyjmowanie dziecka z wanny (i żeby
nie było, zmieniłam to, ale wciąż jest źle). Na moje problemy odpowiada, ze
musi sie zastanowić, ale mam go nie popędzać. Tak wiec wciąż zastanawia sie
nad sprawami, które omowilismy w czerwcu. Proponowałam terapie, ale on nie
będzie płacił jakiemuś idiocie.Pat totalny.
Sex oczywiście w takich okolicznościach nie jest zbyt satysfakcjonujący ;-)).
Na ogol wygląda to tak, ze jak raz na 2 - 3 tygodnie przychodzi mu ochota na
sex, to robi sie miły i opowiada jak to powinniśmy dbać o nasz związek, to
trwa 1 dzień, w nocy sex, a następnego dnia od nowa piekło. Zaznaczam, ze ja
nie przytyłam po dziecku, jestem szczupła, zgrabna, i mimo urodzenia Buby
zawsze byłam dla Niego bardzo czuła, ciepła i nie miał podstaw by czuć sie
odepchnięty przez dziecko - wręcz przeciwnie... On jest bardzo kochającym
ojcem, uwielbia Bube , potrafi sie nim zając jak należy, choć często zapomina
o jakiś detalach, typu dania dziecku witaminy, ale ja nie zwracam na to uwagi,
bo nie chce go zniechęcać. Niestety, Buba widzi jak tata sie awanturuje i
coraz czesciej nie chce do niego iść, co oczywiście tez jest moja wina, bo to
ja nastawiam dziecko przeciwko niemu. Wierzcie mi, nie musze tego robić,
wystarczy, ze maluch popatrzy jak tata sie zachowuje.
Rozważałam rożne opcje pacy nad naprawa naszego związku, ale teraz zastanawiam
sie, czy warto. A skłoniły mnie do tego 2 wydarzenia: w sobotę byłam na
służbowej kolacji i kelner namówił nas na zamówienie gąsek. No i jedząc te
grzyby nagle poczułam, ze połykam jakiegoś który na zupełnie inny smak niż
reszta, taki nieprzyjemny, mydlany. Byłam przerażona i po powrocie do domu
natychmiast sie z Nim podzieliłam swoim przerażeniem. Nie oderwał wzroku od
komputera, tylko powiedział: musisz zwymiotować, bo jeszcze zaszkodzisz Bubie
(nadal karmie piersią). I nie drgnął nawet kiedy prze pol godziny rzygałam w
łazience. Kolejny akt dramatu nastąpił wczoraj - usypiałam Bube i maluch
niechcący uderzył mnie glowka w twarz tak strasznie mocno, ze zobaczyłam
wszystkie gwiazdy. Zaczęłam płakać i nie byłam w stanie nawet słowa
wykrztusić, starszy synek przyleciał przerażony z 2 końca mieszkania, a on
wrzeszczał na mnie od komputera, żebym sie zamknęła, bo denerwuje Bube - i
rzeczywiście po tych wrzaskach taty Buba sie rozpłakał.
Może przesadzam, ale dla mnie te 2 sytuacje pokazują, ze ten człowiek juz mnie
kocha, ze mu nie zależy. Co więcej, brak mu jakiś takich ludzkich odruchów
współczucia i troski. I nie wiem w sumie, czy warto walczyć o ten związek.
Szkoda mi bardzo dzieci, zwłaszcza Buby. Ale tak sie zastanawiam, czy chce sie
zestarzeć z facetem, który mi nie poda nawet szklanki wody? To może lepiej być
samemu i przynajmniej nie mieć złudzeń?
To cala historia w skrócie, bede wdzięczna za wasze przemyślenia...

MMcC
Obserwuj wątek
    • lolant Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 18:24
      za dużo siedzi przy komputerze , jaką ma pracę ?
      a swoją drogą , to sama też bym chciała wiedziec , jak to jest , że skądś rodzi
      się ta agresja :(

      • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 18:51
        lolant napisała:

        > za dużo siedzi przy komputerze , jaką ma pracę ?

        Prowadzi wlasna firme, ale przy kompie siedzi ogladajac samochody na aukcjach,
        takie ma hobby.
        Czasami bym wolala, zeby ogladal pornografie, bo ogladanie samochodow na ktore
        nas nie stac stalo sie taka sama forma wirtualnego onanizmu ;(

        MMcC
    • agata361 Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 18:49
      Witaj.
      Przeczytałam twój list do końca. Wiem, na pewno jest Ci cięzko. Wybacz, ale ja
      uważam , ze rozczulasz sie nad sobą, a juz rozbawil mnie ten wątek , kiedy
      pisałas że zygałas w łazience pól godziny, a on nawet nie drgnął, a co miał Cie
      za głowę trzymać?Owszem, zgadzam się, nie powinien Cię obrazać, upokarzać itd.
      Jedno jest pewne, gdyby przestał cie kochać, nie byłoby go z Tobą.Wiem, ze nie
      liczy sie tylko to, że facet pracuje, zarabia, dba o dom i dzieci, potrzeba tez
      czułości, ciepła i odczucie , ze jest sie pożądaną, jedyną, niezastąpioną. TAKIE
      JEST żYCIE. Z czasem wszystko powszednieje, nie ma tej miłości, namietności,
      jest szara codziennosc.Musisz go zrozumieć, moze tez ma zły dzień, może jest
      zmęczony. Rozmowy nie wiele pomogą. Będzie dobrze jakis czas, potem znowu to
      samo. Możesz albo to zaakceptować i sie do tego przyzwyczaić, albo sie z nim
      rozstać. Jako kobieta rozwiedziona, masz pewnie rozeznanie, ze w kazdym związku
      na początku, jest pieknie, a potem......no juz wiesz.Jedynie co mogę Ci
      doradzić, to po prostu przemilczaj jego wybuchy, nie denerwuj sie, bo to sie
      udziela dzecku, przeczekaj.jesli chcesz z nim porozmawiac to tylko na
      spokojnie, Jeśli mogę Cie pocieszyć , to powiem, ze nie Ty jedna masz takie
      problemy, a daje głowe, ze połowa forumowiczek na pewno. Czas zablixnia rany,
      Życzę Ci tego, zebys w swoim zwiazku odnalazła szczęście.
      • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 18:59
        agata361 napisała:

        Wiem, ze nie
        > liczy sie tylko to, że facet pracuje, zarabia, dba o dom i dzieci, potrzeba tez
        >
        Szkoda ze tak od razu polecialas po stereotypach. U nas niestety jest tak ze to
        ja pracuje, zarabiam na rodzine i splate kredytow, wykonuje wiekszosc obowiazkow
        domowych i od 2 miesiecy nie moge sie doprosic wywiercenia 2 dziur w scianie by
        powiesic karnisz i zaslony w pokoju Buby ktorego on tak strasznie kocha.
        Jak wiec widzisz, facet owszem pracuje, ale zarabie tylko na swoje paliwo i
        alimenty na starsza corke, a o dom raczej nie dba - czy to zmienia obraz sprawy?
        Pisalam wczesniej, ze zdecydowalam sie z nim byc mimo roznych wad, poniewaz
        dawal mi milosc, czulosc i troske. Wiec co dziwnego w tym, ze czuje sie zrobiona
        w konia kiedy zalet zabraklo, a wady sie nie zmienily?
        I jeszcze jedno, przekonanie, ze skoro facet jest z kobieta to znaczy, ze ja
        kocha to niestety bzdura. Mnostwo facetow, i kobiet zreszta tez, tkwi w
        zwiazkach pozbawionych milosci z lenistwa, wygody i ze wzgledu na dzieci.
        Myslisz, ze moi sasiedzi za sciana, ktorzy sie codziennie wyzywaja od
        skurwysynow, tak bardzo sie kochaja? Sa ze soba, boi nie maja sie dokad wyniesc.
        • anula36 Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 19:22
          a nie myslalas o wspolnej wizycie u terapeuty? zeby w koncu mozna bylo pogadac
          na spokojnie, bez wrzaskow?
          Ja zkolei u wazam ze jestem twarda baba i nie rozczulajaca sie nad soba- ja bym
          takiej atmosfery nie zniosla mentalnie, wiecznych wrzaskow i podniesionego
          glosu.
          Tym bardziej ze dzieci tego sluchaja.
          • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 19:38
            Proponowalam. Terapie, mediacje. Nie, bo on nie bedzie jakiemus idiocie placil.
            Zdaje sobie sprawe, ze te 2 opisane przeze mnie na koncu historie nie sa zbyt
            powalajace. Ale w kontekscie tego wszystkiego co sie miedzy nami dzieje staly
            sie po prostu ta ostatnia kropla. Ja juz od dawna mysle, ze On mnie nie kocha,
            przede wszystkim dlatego ze wykorzystuje wszystkie okazje kiedy go o cos prosze
            (drobiazgi, wazniejsze sprawy) by zrobic dokladnie odwrotnie. I sprawia mu to
            frajde proporcjonalna do tego, jak bardzo mi zalezalo. A juz jak uda mu sie
            doprowadzic mnie do placzu, to szczyt szczescia.
            W poniedzialek mielismy zawiesc Bube na szczepienie. On uprzedzony o wizycie u
            lekarza z tygodniowym wyprzedzeniem (moj samochod zepsuty, czeka az on do go
            naprawi - chyba zawioze go jutro do warsztatu:-)) zorganizowal sobie dzien
            (niestety wiem, ze mogl go zorganizowac inaczej)tak ze nie mogl nas zawiezc do
            lekarza, malo tego, nie uprzedzil o tym, na szczescie ja wiedziona jakims
            przeczuciem zadzwonila do niego 20 minut przed godzina o ktorej powinnismy wyjsc
            z domu, gdyby nie to, wizyta by przepadla. I tak co 2 dzien.
            Chyba ja sama potrzebuje terapi, ktora pomoze mi sie uporac z ta sytuacja.
            • anula36 Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 19:49
              Chyba ja sama potrzebuje terapi, ktora pomoze mi sie uporac z ta sytuacja.

              To nie jest zly pomysl - poczujesz sie silniejsza, a jak bedziesz silniejsza
              bedziesz wbudzac wiekszy szacunek - takze u partnera. Moze jeszcze przemysli
              swoje postepowanie.
    • venita Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 19:44
      moze porozmawiaj z nim szczerze i obiecaj,ze jeżeli nie popracuje nad soba,żeby
      pomóc ci w domu,przy dziecku,oraz dalej bedzie takim gburem to po prostu
      odejdziesz od niego i bedzie płacił alimenty na kolejne dziecko....postaw
      sprawe jasno,nie odzywaj sie do niego przez kilka dni,wychodz gdzieś z domu bez
      uprzedzenia,żeby zaczał sie martwić gdzi jesteś i z kim...a jak bedzie
      krzyczeć,nałóż słuchawki na uszy i zacznij słuchać muzyki i jeszcze nucić sobie
      pod nosem....badz tajemnicza,niech przejrzy na te swoje wredne oczka,że może
      cie stracić szybciej niż mu sie wydaje,...wiem że łatwo mi dawać komuś
      rady...mnie samej nie układa sie najlepiej,ale własnie się w ten sposób staram
      uświadomić partnerowi,że nie jest pępkiem świata i nie będe skakać wokól niego
      jak on zagra,ze mam swój honor i nie życze sobie podnoszenia na mnie
      głowy...czasem to dociera,ale tylko czasem,.....a starać sie zawsze
      warto,odejsc można zawsze,wystarczy moment i już nas nie ma,tylko trudniej
      póżniej wrócić,jak nam sie samym nie ułoży....trzymaj sie jakoś....w końcu
      zrozumie,że jesteś jedyna dobra"rzecza"jaka go w życiu spotkała,tego ci życze.pa
      • venita Re: Czy warto walczyc? 12.10.06, 19:48
        cholera,nie wiem,czy takim facetem warto zawracać sobie głowe,skoro sprawia mu
        przyjemność robienie tobie na złość...ale sprobuj zawalczyć jego
        bronia,zachowuj sie wobec niego dokładnie tak jak on wobec ciebie....ciesz sie
        z jego niepowodzen i mów że uczysz sie od mistrza...
        • mja-1 Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 12:03
          Witaj Mary!
          Rozumiem Twoje wątpliwości w 100 %. Pewnie dlatego, że też jestem typem
          wrażliwej czułej kobiety,a meżczyzna któremu obojętne, czy się zatrułam grzybami
          i czy coś mnie boli jest dla mnie typem zimnym i skrajnie nieatrakcyjnym.
          (Forumowicze drodzy, jeśli to dla Was przejaw "pieszczenia się z sobą"- proszę
          przyjmijcie tylko, że ludzie się różnią, jedni są twardzi jak szwedzka stal a
          inni nie.)
          Obawiam się, że Twój patrtner posunął się za daleko. Uświadom go w tym względzie
          i jeśli nie nastąpi poprawa, prawdopodobnie sama stwierdzisz po pewnym czasie,
          że nie masz już dla niego żadnych ciepłych uczuć. No i będzie musiał zarabiać na
          paliwo i alimenty x 2.
          • mreck Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 12:12
            rozwodnik. pogubił sie w życiu. nic z niego nie będzie.
            daj sobie spokój. poco ci to.
            czy nie lepiej byłoby ci samej?
            • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 13:21
              Jeden krotki post, a tyle we mnie wzbudzil emocji ;-))

              1. protestuje przeciwko pogladowi, ze jak ktos jest rozwiedziony, to nic z niego
              nie bedzie. Idac tym tropem powinnam zdecydowac, ze poniewaz ja jestem rowniez
              rozwiedziona, to i ze mnie nic nie bedzie, a nie jestem jeszcze gotowa do takiej
              konkluzji.
              Moze popelnilam blad, ale po serii negatywnych doswiadczen z "kawalerami"
              specjalnie poszukalam sobie rozwodnika z dzieckiem, sadzac, ze ktos taki bedzie
              w stanie zrozumiec ograniczenia samotnego rodzicia, a takze to, ze dziecko
              zawsze bedzie dla mnie wazniejsze od jakiekolwiek, nawet najbardziej kochanego
              mezczyzny. I tu sie nie zawiodla, to akurat on rozumie. Tylko to nie wystarcza :-(
              2. Nad tym, czy lepiej byloby mi samej juz sie zastanawialam nie raz. Sek w tym,
              ze sama to ja moze bede za 20 lat, kiedy moj mlodszy synek sie usamodzielni. Do
              tego czasu bede samotna matka, a to juz przerobilam, i chociaz dalalm sobie
              raczej dobrze rade, to nie ma w tym nic przyjemnego, zwlaszcza dla dziecka
              pozbawionego codziennego kontaktu z ojcem. z jednej strony nie chce, by dzieci
              byly swiadkami zwiazku pozbawionego milosci i pelnego awantur, a z drugiej -
              pomijajac pokrzykiwanie na mnie, to ON jest naprawde wyjatkowym ojcem,
              widzialam wielu mezczyz i wierz mi, zaden nie umie sie zajac dzieckiem tak jak
              on, do tego jeszcze ma dobre podejscie do dzieci, ktore do uwielbiaja.
              Chocby z poczucia odpowiedzialnosci chcilabym jeszcze zawalczyc o ten zwiazek,
              ale tez szczerze mowiac nie chce robic sobie za duzo nadziei. Chyba nie zniose
              wiecej takiej hustawki - 1 dzien dobrze, 5 dni awantur. i tak na okraglo. Wiec
              dlatego pytam czy waszym zdaniem warto - zeby ocenic sznase powodzenia ;-))

              MMcC
              • mreck Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 13:26
                ja też jestem rozwodnikiem. i mam tez drugi związek. dzieci jeszcze nie mamy
                ale jak biologia pozwoli bedziemy mieć.
                rozwodnik jest jak powypadkowy samochód. nigdy nie mozna mu ufać.
                zreszta. ja nie pouczam ciebie. dyskutuje z toba, moze pomoze to zrozumieć mi
                siebie?
                • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 13:36
                  Ja bym bardzo chciala zrozumiec mojego partnera, ale to nie jest latwe. On
                  raczej nie przepracowal swojego poprzedniego zwiazku i jedyne co ma o nim do
                  powiedzenia, to ze byla zona byla / jest debilka. I rzeczywiscie, sadzac po tym
                  jak wychowuje dziecko, to nie jes to za ciekawa osoba, ale pytam po pierwsze:
                  kto ja wybral??? Chyba byly po temu jakies powody?
                  Dla mnie jej reakcje na Jego numery sa nie do przyjecia (zdradzala regularnie,
                  dznela noze w ramie) ale rozumiem juz teraz desperacje, ktora doprowadzila do
                  takich reakcji. Ja na brak zainteresowania mna jako kobieta pewnie nie zareaguej
                  zdrada tylko w koncu odejde, ale to nie zmienia faktu, ze cierpie z tego powodu.
                  Podczas awantury do najwyjej mu odwrzasne, chcoiaz w sumie nie wiem, czy nie
                  doprowadzi mnie kiedys do takiego stanu, ze Go trzepne.
                  Wiec pomoz mi zrozumiec rozwiedzionego faceta, o ile w ogole mozna tak uogolniac...
                  • anula36 Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 14:08
                    wobec kawalera po 30-tce ktory sam nie wie czego chce i w zyciu z nikim nie
                    mieszkal rozwiedziony z dzieckiem to sam miod. Serio.
                    Ale twoj partner jest bardzo trudny - wprowadza w wasze zycie chaos i
                    niepewnosc - moze w ogole nie przepracowal jeszcze siebie? A co dopiero mowic o
                    zwiazku.
                    czarno to widze jesli nie zauwazy ze jest problem i nie zapragnie czegos z tym
                    zrobic. Mam nie jasne w razenie ze ma duza niechec do kobiet i wyzywa sie z tym
                    na tobie a upokazanie cie daje mu kopa.

                    ps. jednym z najmadrzejszych rzeczy ktore odkrylam w zyciu jest to ze nie
                    wszystkich da sie zrozumiec nawet przy bardzo dobrej woli - mysli niektorych
                    biegna zbyt pokretnymi sciezkami:)
                    • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 14:22
                      Mam nie jasne w razenie ze ma duza niechec do kobiet i wyzywa sie z tym
                      >
                      > na tobie a upokazanie cie daje mu kopa.

                      Ja tez mam takie wrazenie. bardzo sie staram, by nie urazac w zaden sposob jego
                      meskiej ambicji (chociaz czasami sie zastanawiam, czy on ma jakies meskie
                      ambicje, przyklady na zyczenie), ale pewnie wystarcza moje zarobki (nie
                      gigantyczne, ale spore) i dyrektorskie stanowisko, by facet poczul sie
                      wykastrowany (kiedys gdy zaproponowalam, bysmy siedli i spokojnie wyjasnili
                      problem, wydarl sie na mnie, bym na nim nie wyprobowywala swoich technik
                      zarzadzania personelem ;-(). Ale co mam na to poradzic, rzucic robote, bysmy
                      zdechli z glodu?
                      Przeraza mnie to, ze staje sie coraz bardziej podobny do swojego ojca, ktory
                      tesciowej nie szanuje i potrafi sie do niej kilka dni nie odzywac - tylko czemu
                      cholera tyle lat deklarowal, ze mu sie stosunki u rodzicow w domu nie podobaja i
                      bardzo mu zalezy, by ich nie powielic w swoim zwiazku? A teraz jak cos powiem
                      mimochodem o jego rodzicach - nie negatywnego, tylko opisowego, to jest awantura
                      pod sufit, ze u niego w domu rodzinnym to swietnie jest i super...

                      Przeraza mnie najbardziej, ze ktos mogl sie tak zmienic w tak krotkim czasie,
                      staram sie zrozumiec przyczyny tej zmiany i wlasciwie znalesc ich nie potrafie,
                      wiec uczepilam sie tej mysli, ze przestal kochac, zeby choc troche ocalic jego
                      obraz jako dobrego czlowieka.
                      niech to szlag...
                      • anula36 Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 14:40
                        No tak - ty masz dobre stanowisko a on aukcje samochodow na ktore go nie stac;)
                        Czysta zgroza dla pana i wladcy. No to chociaz w domu ci dokopie.
                        Uklady w jego domu rodznnym moga mu sie nie podobac ale poniewaz nie zna innych
                        mechanizmow reagowania bedzie je powielal - ucieczka od rodzinnego schematu
                        wymaga naprawde gigantycznej pracy nad soba.
                      • jaonmy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 14:46
                        mary, facet ewidentnie przegina i jak juz zostalo slusznie powiedziane, nic z
                        tym nie zrobisz jesli on sam nie dostrzeze problemu i nie bedzie chcial go
                        rozwiazac
                        niekoniecznie musi to oznaczac ze jestes przewrazliwiona, ja rowniez ciezko
                        toleruje podniesiony glos, trzaskanie drzwiami, obrazanie sie... po prostu u
                        mnie w domu tego nie bylo.
                        po przeczytanie watka jacqus'a nasunelo mi sie skojarzenie ze byc moze tak
                        wlasnie wyglada sytacja z punktu widzenia twojego partnera, jesli tak jest
                        faktycznie to byc moze skutecznie by mu otworzyl oczy kubel zimnej wody w
                        postaci twojego oswiadczenia ze ty juz tak dalej nie dasz rady?
                        poki co to chyba twoj partner czuje sie dosc bezkarnie i wydaje mu sie ze twoja
                        cierpliwosc nie ma granic.
                      • notting_hill Re: Czy warto walczyc? 02.11.06, 12:20
                        Przeraza mnie to, ze staje sie coraz bardziej podobny do swojego ojca, ktory
                        tesciowej nie szanuje i potrafi sie do niej kilka dni nie odzywac - tylko czemu
                        cholera tyle lat deklarowal, ze mu sie stosunki u rodzicow w domu nie podobaja i
                        bardzo mu zalezy, by ich nie powielic w swoim zwiazku? A teraz jak cos powiem
                        mimochodem o jego rodzicach - nie negatywnego, tylko opisowego, to jest awantura
                        pod sufit, ze u niego w domu rodzinnym to swietnie jest i super...


                        Że jest to możliwe, wiem z własnego doświadczenia. Mój m. też kiedyś wyśmiewał
                        stosunki panujące u niego w domu (a jakże, to samo- brak zwykłego szacunku w
                        stosunku do kobiety dzięki której cały dom jakoś funkcjonuje, czyli teściowej,
                        za to wieczne wymagania co do bycia obsługiwanym- to teść, chamskie odzywki na
                        porządku dziennym, etc.), ale po latach okazało się że taki model bardzo
                        chciałby powielić w swoim związku, bo tylko taki zna. W związku z tym właśnie
                        się rozwodzimy, bo ja nie potrafiłam się z tym pogodzić.

                        Anula ma jak zwykle rację- człowiek powiela to co jest mu najbliższe i znane, a
                        ponadto daje poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli obiektywnie nie do końca się
                        z tym utożsamia tak po wierzchu.
                        Kiedyś mi to się wydawało co najmniej dziwne kiedy ludzie mówili, że trzeba
                        bacznie patrzeć na stosunki panujące między rodzicami kandydata na męża, bo
                        jest niemal pewne że po latach będzie zachowywał sie podobnie. No i co? I
                        jajco! W moim przypadku strzał w dziesiątke.

                  • prof_dr_hab Droga Mary 13.10.06, 18:10
                    Jakby tu Ci pomoc, zeby nie bolalo za bardzo mysle i mysle. I tak wymyslilem,
                    ze masz faceta, ktory sie nie zmieni, bo jest na to zbyt prymitywny i pewnie
                    wiele innych (wychowanie z domu np.). Delikatnie nie wspominasz, ale po tym, co
                    napisalas (pasja samochodowa) wylania sie obraz goscia, z ktorym nie bedzie
                    lekko. Nie piszesz o wyksztalceniu, ale daje 99% ze srednie lub zasadnicze
                    (choc to niby zaden wyroznik, ale jednak zdolnosc pojmowania otaczajacej
                    rzeczywistosci troche od tego zalezy). Co ciekawe, bywalo, ze tez niekiedy
                    niezbyt ladnie sie zachowywalem wobez zony, ale dosc szybko zdawalem sobie z
                    tego sprawe i przepraszalem i zmienialem co zle. Tu tego nie widze nic a nic.
                    Po prostu tepy trep (wybacz okreslenie). No co Ty mozesz zrobic? Nic. Przeciez
                    z tlumoka nie zrobisz geniusza. Nie wiem jaki wstrzas zyciowy, by musial
                    zaistniec, zeby cos do niego dotarlo ale przeciez tego bron Boze Ci/Wam nie
                    zycze). Doprawdy sytuacja trudna jest - opisalas go tak, ze nic optymistycznego
                    sie nie nasuwa. Rozwod to nic, tu mamy chyba do czynienia z innymi problemami,
                    by nie rzec patologiami. Mysle, ze czeka Cie wizyta u jakiegos specjalisty
                    (moze psychiatry), gdzie o mezu opowiesz. To tyle. Drugi raz chyba nie
                    znajdziesz sily, by odejsc, wiec nie wiem - moze byc ciezko. Ale moze
                    Opatrznosc go natchnie i cos sie zmieni tylko, ze z piachu trudno bicz
                    ukrecic:)
                    • mary.mccarthy Re: Droga Mary 13.10.06, 18:29
                      Oboje mamy takie samo wykształcenie, z tym ze on Politechnika, a ja Uniwerek -
                      taki intelektualny kierunek.
                      Mysle, ze to, ze ktos ma techniczne zainteresowania, to jeszcze nie dowod
                      prymitywizmu. Jego rodzicie, choc prosci ludzie, sa duzo lepiej wychowani niz
                      moi - mieszkancy miasta po wyzszych studiach.
                      Chcialabym, zeby to bylo takie proste. Na Opatrznosc nie licze, zawsze bralam
                      sie za bary z problemami i teraz chce tez jakos zadzialac, tylko nie mam
                      pomyslu, jak:-(
                      • prof_dr_hab A, jak tak, to nie jest tak źle, hehe:) 13.10.06, 18:37
                        Troche to gorzej sie przedstawialo na poczatku. Skoro jego rodzice sa na
                        poziomie i poczciwi ludzie, on po Politechnice, Ty po Uniwerku, to ja nie widze
                        mozliwosci zeby w koncu nie dotarlo, co ma dotrzec. Co wy nie wiecie, ze zycie
                        sie kiedys konczy i jak sie bedzie umierac to sie robi rachunek sumienia i
                        wtedy to wszystko co wyprawia on (wyprawiacie?) bedzie nie do odwrocenia?
                        Bezwzglednie wizyta u psychiatry oboje, ale takiego zyczliwego, nie jakiegos
                        szrlatana. So tez katolickie poradnie psychologiczne dla malzenstw, ale to
                        pewnie dla Was nie calkiem Wasza bajka, choc warto by sprobowac. Ale mimo
                        wszystko - facet, ktory siedzi z nosem w komputerze nad samochodami i źle
                        traktuje zone, a jednoczesnie nie moze na ten samochod zarobic, wyzywa swoich
                        podwladnych oraz byla zone (od debilek) to trep i tyle.

                        • mary.mccarthy Re: A, jak tak, to nie jest tak źle, hehe:) 13.10.06, 18:57
                          Wyczuwam pewna ironie ;-))
                          Mamy samochody 3, mojego forda, VW ktorym jezdza jego robotnicy i mercedesa,
                          ktorym jezdzi on. Ja sie nie godze na zamiane mercedesa na wymarzonego Subaru
                          Impreze, bo uwazam, ze najpierw trzeba splacic kredyt, a nie inwestowac w
                          paliwo. Zapowiedzialam, ze sie na subaraka nie godze, bo koszty paliwa nas
                          zezra, i On mi przyznal racje, ale z sentymentu wciaz lubi sobie pogladac
                          aukcje. Ja nie ma nic przeciwko temu, w koncu jemu tez sie moze nie podobac, ze
                          siedze na Forum, tylko nie moge zrozumiec, jak mozna wolec sie gapic w ekran
                          kiedy bliska osoba nas potrzebuje.
                          Co do katolickich poradni, to rzeczywiscie nam nie po drodze, ale jak znasz
                          jakas dobra i neutralna swiatopgladowo z wawy, to daj znac.
                          • prof_dr_hab Aha! 13.10.06, 19:07
                            To ja sie moze pozegnam, bo im dluzej czytam tym mi sie bardziej obraz zmienia
                            i juz coraz mniej jestem po Twojej stronie. I sam nie wiem dlaczego... Cos mi
                            mowi, ze to, co piszesz to tak sobie przystaje do rzeczywistosci. A tak swoją
                            droga - moze przeczytaj sobie koncowy monolog Kasi z "Poskromienia zlosnicy"
                            (Szekspir) - tam pare trafnych rad znajdziesz..... :)
                            • mary.mccarthy Re: Aha! 13.10.06, 19:14
                              Po prostu nie chce stwarzac falszywego wrazenia, ze On jest jakims potworem.
                              Gdyby byl, to nie pisalabym, tylko dala noge. Kiedys bylo dobrze, cos sie
                              pogubilo, nie wiem,jak to naprawic. Chce wiedziec, co poszlo nie tak. z obu stron.
                              Widze, ze nie przystajemy do twoich teori, wiec tracisz zainteresowanie tematem.
                              I ok.

                              MMcC
    • remicius Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 15:34
      To ja mam pytanie. A jak on odnosi sie do innych ludzi? Bo to jakos tak
      najczesciej jest, ze to jak ktos odnosi sie do innych ludzi to i tak z czasem
      zacznie odnosic sie do Ciebie.
      Zarabiasz wiecej od niego to najczesciej jest problemem dla facetow. Moze sam
      po prostu nie zdawal sobie sprawy, ze dla niego to jest problem i dopiero teraz
      wychodzi. Probowal byc bardziej szlachetny niz jest w rzeczywistosci - nikt z
      nas nie jest idealny. Teraz probuje obnizyc Twoja wartosc w swoich oczach. Jego
      ojciec traktuje swoja zone podobnie jak on teraz Ciebi. Jego postępowania
      zaczelo sie od momentu, gdy Twoj chlopak i jego ojciec razem remontowali
      mieszkanie.
      • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:55
        remicius napisał:

        > A jak on odnosi sie do innych ludzi? Bo to jakos tak
        > najczesciej jest, ze to jak ktos odnosi sie do innych ludzi to i tak z czasem
        > zacznie odnosic sie do Ciebie.

        No i tutaj mam okazje, by pochwalic sie swoja piramidalna glupota. On pracuje w
        tzw "meskim" zawodzie i czesto ma doczynienia z prostynmi robotnikami, ktorych,
        jego zdaniem, nie da sie inaczej zmotywowac jak tylko rzucaniem "qrwami". To
        widzialam od poczatku, i nawet sie zachwycalam (hle hle) jak on potrafi
        oddzielic zycie zawodowe, w ktorym jest twardzielem, od zycia rodzinnego, w
        ktorym jest miekki, czuly i kochajacy. Ale przeciez widzialam jak warczal na
        swoja matke kilka razy, i jak w przyplywie zlych humorow wyzwierzal sie na
        swojej corce, bo np 11-latka pomalowala sobie paznokcie w wakacje.
        Ale wydawalo mi sie, ze na mnie nie bedzie sie wydzieral - naiwniaczka.



        >Jego
        >
        > ojciec traktuje swoja zone podobnie jak on teraz Ciebi. Jego postępowania
        > zaczelo sie od momentu, gdy Twoj chlopak i jego ojciec razem remontowali
        > mieszkanie.

        No wlasnie specjalnie o tym napisalam, bo wydaje mi sie to dziwnym zbiegiem
        okolicznosci. Nie sadze, by jego ojciec go aktywnie buntowal, moze byla to
        raczej chec pokazania sie przed ojcem, ze on sobie nie da babie... Bo w sumie to
        byla pierwsza taka sytuacja, ze byl z nami tylko jego ojciec, a nie bylo matki,
        moze dlatego puscily hamulce? Nie wiem, nie wiem...

        MMcC
        • remicius Re: Czy warto walczyc? 20.10.06, 09:28
          Tak przy okazji. Podchodź ostrożnie do rad dawanych Ci przez ludzi na forum. To
          jest Twoje zycie i Ty poniesiesz konsekwencje swoich decyzji. Każdy z nas
          czytając Twoja opowieść patrzy na nia przez pryzmat swoich doswiadczen. Po za
          tym nie da się w tej opowiesci pozbawic subiektywizmu. Zestawiasz fakty w
          sposób w jaki one dla Ciebie się łączą.
          To calkiem normalne, ze kobieta poszukuje bezpieczenstwa. Dlatego tez jego
          zachowanie wobec innych moglo Ci sie wydac oznaka sily. Najczesciej poczucie
          bezpieczenstwa kosztuje. Tym kosztem moze byc wolnosc, moze byc tez co innego.
          Niestety tak to juz jakos jest.
    • renebenay Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 15:52
      Ja na Twoim miejscu bym facetowi wystawil walizki przed drzwi i po klopocie,wg.
      francuskiego przyslowia "lepiej byc samemu anizeli w niedobrym
      tawarzystwie".Moze jak mu kupisz auto jego snow to na chwile byc moze to
      podreperoje sytuacje bo z kolei prawdopodobnie, majac super auto bedzie
      potrzebowal inna mlodsza spodnice do towarzystwa.Nie macie slubu,wiaze was syn i
      nic wiecej,chcesz dac mu szanse to mu daj ale miej na uwadze ze,przy takich
      awanturach i krzykach wasz syn szybko zlapie nerwice.Poprostu przestan na faceta
      zwracac uwage,jak krzyczy to nie odpowiadaj albo wyjdz,mozesz nagrac jego
      wypowiedzi i kiedys mu na spokojnie odtworzyc.Daj mu znac ze,na niego nie
      liczysz a pozatem wasz zwiazek widze zle,mowiac:z tej maki chleba nie bedzie.
      • jaonmy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:21
        niezly pomysl z tym nagraniem :)
        byleby nie uciekl ze strachu jak sam sie uslyszy... ale taki zimny kubel tez
        moze cos mu uswiadomic..
        • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:31
          Tez uwazam ze to swietny pomysl. On gdzies ma dyktafon, ale przeciez nie bede go
          prosic - moze pozycze w pracy...
          zeby go tylko wlaczyc w odpowienim momencie - no bo przeciez nie bede go
          specjalnie prowokowac, zeby uzyskac dobre nagranie ;-))
    • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:40
      Kilka osob pronuje rozstanie, a przynajmniej postraszenie rozstaniem. Jak na
      razie uswiadamialam Go, ze moje milosc do niego umiera w akompaniamencie jego
      wrzaskow, ale jakos sie tym nie przejal - tzn jak czasami wlane cos mocnego, a
      On czuje ze przegial, to na chwiel sie opamietuje. na dzien, dwa. Potem apiat ta
      sama historia.
      Chcialabym sobie powiedziec, ze on nie potrafi inaczej, ale wiem ze tak, bo
      przeciez przez kilka lat wcale sie tak nie zachowywal. Pare dni temu powiedzial,
      ze ma juz dosc udawania kogos, kim nie jest - zastanawiam sie, czy mam to
      rozumiec, ze przez te lata do ej pory udawal sympatycznego faceta?
      Nie czuje sie jeszcze gotowa, by odejsc, i ze wzgledow emocjonalnych, i ze
      wzgledu na dzieci, no i cale uwarunkowania rodzinno - finasowe - kupilismy
      mieszkanie, mamy kredyt. Wiec nie chcialabym rzucac grozb, ktorych nie bede w
      stanie zrealizowac, ktorych nie chcialabym zrealizowac. Choc powoli zaczynam do
      tego dojrzewac. Poki co jednak chcialabym uzywac srodkow pozytywnych, zeby go
      zachecic, a nie przestraszyc. Chcociaz moze na mezczyzn to nie dziala?
      • matylda_n Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:51
        mary.mccarthy napisała:
        Pare dni temu powiedzial,ze ma juz dosc udawania kogos, kim nie jest - zastanawiam sie, czy mam to rozumiec, ze przez te lata do tej pory udawal sympatycznego faceta?

        Pociągnij temat i dowiedz sie kogo nie chce udawać. Nie opieraj sie na własnych domysłach... Przyduś do, skoro tak głośnow woła o pomoc to niech wydusi z siebie o co mu chodzi...
    • matylda_n Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 16:46
      mary.mccarthy napisała:
      Ja tez mam takie wrazenie. bardzo sie staram, by nie urazac w zaden sposob jego
      meskiej ambicji (chociaz czasami sie zastanawiam, czy on ma jakies meskie
      ambicje, przyklady na zyczenie), ale pewnie wystarcza moje zarobki (nie
      gigantyczne, ale spore) i dyrektorskie stanowisko, by facet poczul sie
      wykastrowany (kiedys gdy zaproponowalam, bysmy siedli i spokojnie wyjasnili
      problem, wydarl sie na mnie, bym na nim nie wyprobowywala swoich technik
      zarzadzania personelem ;-(). Ale co mam na to poradzic, rzucic robote, bysmy
      zdechli z glodu?
      Przeraza mnie to, ze staje sie coraz bardziej podobny do swojego ojca, ktory
      tesciowej nie szanuje i potrafi sie do niej kilka dni nie odzywac - tylko czemu
      cholera tyle lat deklarowal, ze mu sie stosunki u rodzicow w domu nie podobaja i
      bardzo mu zalezy, by ich nie powielic w swoim zwiazku? A teraz jak cos powiem
      mimochodem o jego rodzicach - nie negatywnego, tylko opisowego, to jest awantura
      pod sufit, ze u niego w domu rodzinnym to swietnie jest i super...

      Przeraza mnie najbardziej, ze ktos mogl sie tak zmienic w tak krotkim czasie,
      staram sie zrozumiec przyczyny tej zmiany i wlasciwie znalesc ich nie potrafie(...)

      Przeciez sama tu piszesz o prawdopodobnych przyczynach waszego, kryzysu
      1. złe schematy relacji w rodzinie wyniesione z domu
      2. niska samoocena partnera
      Jestes kobietą samodzielną, zaradną, zdecydowaną, właściwie nie ma dla ciebie rzeczy nie do załatwienia. To są wszystko bardzo cenne walory w życiu ale najwyraźniej przytłoczyły twojego partnera mocno niedowartościowanego. Każdy chce czuć się potrzebny, a ty jesteś samowystarczalna...


      • jaonmy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 17:15
        Zdecydowanie warto przydusic i niech sie chlopina wypowie kogo tak meczaco i
        wyczerpujaco musi udawac, nie zgadzam sie natomiast z teoria ze mary zaradnosc
        mary to powod jego niskiej samooceny. Moim zdaniem nalezy odwrocic kolejnosc,
        on jest zakompleksiony i ma problem z tym ze ona sobie swietnie radzi.. silny
        facet jakos z reguly nie czuje sie zagrozony przez madra i zaradna partnerke, a
        wrecz wymaga by taka byla.
        Co do teorii czy lepiej go dobrocia czy szanatazem, mary sama przyznaje ze jej
        partner reflektuje sie na chwile dopiero po jej ostrzejszej reakcji, kiedy
        wyraznie da mu do zrozumienia ze przegial. Dlatego pogrozenie mu rozstaniem
        wcale nie jest glupim wyjsciem, skoro jednak nie czuje sie na takowe gotowa i
        nie chce ryzykowac to moze mu jasno oswiadczyc ze ona nie moze tak dluzej zyc,
        ze ma DOSC i wlasnie sie ZASTANAWIA co dalej...
        Na jacqus’a troche podzialalo, a tez choleryk, bo sam przyznal ze zona w koncu
        nie wytrzymala.. nie trzeba od razu stawiac sprawy na ostrzu noza, zreszta nikt
        tego nie lubi ale widocznie delikatne argumenty do niego nie przemawiaja a
        dobroc odbiera jako slabosc i okazje do pastwienia sie bo w koncu ma przewage.
        • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 17:56
          Moje pierwsze malzenstwo rozpadlo sie mniej wiecej dlatego, ze moj pierwszy maz
          byl jak tygrys, ktoryrespekt czul tylko przed poganiaczem z pejczem w dloni...
          Ja potrafie byc taka, ale nie lubie i nie chcialam.
          Czyzbym powielila ten sam schemat? A wydawalo mi sie, ze wybralam sobie dokladne
          przeciwienstwo bylego meza...
      • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 17:25
        matylda_n napisała:

        Każdy chce czu
        > ć się potrzebny, a ty jesteś samowystarczalna...
        >
        Wiesz co, to bardzo ciekawy trop... Wlasnie tak mysle, ajke to bylo - kiedy go
        poznalam, bylam z koniecznosci samodzielna, sama wychowywalam synka i ze
        wszystkiem sobie radzilam, nawet zastanawialam sie, czy nie kupic wiertaki, by
        uzyskac pelna samowystarczalnosc ;-))
        Potem nastal on i zaczal naprawiac moj samoched, jezdzic ze mna na zmiane opon
        zimowo / letnia itp. Powiedil polki na scianie i zmontowal regal - wczesniej
        kupione w Ikei meble montowalam sama.
        Ale jednoczesnie np dzwiczek na wodomierz nie byl w stanie zrobic przez 2 lata,
        choc ciagle sie odgrazal, ze je zrobi. Ale ja to kladlam na karb sytuacji, ze to
        jest nie "nasze" mieszkanie, tylko moje i ze on sie tam w pelni nie czuje panem
        domu.
        Potem mielismy kupowac nowe mieszkanie, on mial sie zajac wyborem, ale przez rok
        wlasciwie nie zrobil nic. Po roku ja przystapilam do akcji i w ciagu miesiaca
        pod[pisalismy umowe przedwstepna - moze to go ubodlo? Choc wybieralismy
        mieszkanie wspolnie, to jednak potem ja zalatwialam kredyt i mieszkanie jest na
        mnie - to byla wspolna decyzja, zwiazana z prowadzeniem przez niego firmy i
        mozliwoscia ronych "powiklan". No i chyba fair, bo ja mialam spore oszczednosci,
        ktore zainwestowalam w to mieszkania, a on dolozyl do tego moze 15%. Kredyt tez
        ja splacam, z moich oszczednosci i premii kupilismy wiekszosc mebli...
        Ale przyznaje, ze mozna sie z tym czuc nieswojo, choc ja bardzo sie staralam, by
        on czul sie wspolwlascicielem, wszystkie decyzje staralam sie podejmowac
        wspolnie, choc On nie chcial w nich uczestniczyc, bo czym mial pretensje, ze
        podjelam je sama. W sprawach w ktorych zechcial zabrac glos ja kazdorazowo
        ustepowalam, by czul, ze na wplyw na sprawy... ale wciaz jest zle...
        Teraz czekam az naprawi moj samochod - wlasnie by czul, ze go potrzebuje - ale
        moze lepiej by mu zrobilo, gdybym go zawiozla do warsztatu i by poczul moja
        samowystarczalnosc?
        Gdzies tu dzwoni, ale nie nie wiem jeszcze w ktorym kosciele ;-))

        MMcC
        • maja5952 Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 17:50
          Witaj.
          Moim zdaniem nie jesteś w stanie niczego zmienić w waszym związku z tej oto
          prostej przyczyny, że twój partner wcale się nie zminił - on zawsze taki był.
          Sama pisałaś, że potrafił bezpodstawnie unieść się na matkę czy swoją córkę,
          sama widziałaś jak odnosił sie do swoich pracowników. Wcześniej był dla ciebie
          czuły, a ty nie zauważałaś tego jaki jest naprawdę. Ma taki charakter i jedyna
          szansa, że uda się go jakoś utęperować. Tylko, że on musiałby zrozumieć, że
          krzywdzi ciebie i dzieci, ale czy będzie chciał? Skoro rozmowy nie przynoszą
          skutku, a na terapię też nie ma szansy.. Nie wiem jaki był jego związek z
          pierwszą żoną: czy od początku było tak fatalnie? A może początki też były
          cudowne dopuki nie wyszło na jaw jego drugie ja?
          Przykro mi, że tak piszę ale takie są moje odczucia. Życzę ci jak najlepiej ale
          naprawdę szczerze wątpię czy uda się go zmienić. Możesz nauczyć się żyć w tym
          związku ale nie uczynisz z niego spokojnej przystani. Tylko czy warto tak się
          poświęcać? Siebie i dzieci. Jasnym jest, że dzieci potrzebują ojca, ale czy
          muszą być świadkami ciągłych awantur? Ja przechodziłam małe piekiełko z
          rodzicami kiedy byłam dzieckiem. I chociaż było małe w porównaniu z tym co ty
          opisujesz, to nie zapomnę tego do końca życia :-(
          Pozdrawiam
          • mary.mccarthy Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 18:04
            Caly czas mam nadzieje, ze uda mi sie go namowic na terapie. Nie mam jeszcze
            pomyslu jak, ale probuje. Mi tez daleko do idealu, nie przecze, i terapia mi tez
            moglaby pomoc lepiej funkcjonowac w zwiazku, dawac z siebie - moze nie wiecej,
            ale rozsadniej...
            tez wychowalam sie w domu pelnym awantur i nie chce tego za skarby swiata dla
            moich dzieci. U mnie matka byla strone inicjujaca awantury, ojciec na ogol nie
            reagowal. Nie chcialam byc taka jak moja matka i moze na zbyt wiele pozwalalam?
            Nie wiem.
            Ale chyba juz lepszy jest model moich rodzicow, ktorzy sie ohydnie klocili, ale
            sa malzenstwem od prawie 40 lat i wciaz uprawiaja seks, mimo, ze ojcu stuknela
            siedemdziesiatka, niz moi tesciowie, ktorzy sa jeszcze relatywnie mlodymi
            ludzmi, ale za nic w swiecie nie poloza sie w jednym lozku, wola by jedno z nich
            spalo na podlodze...
            • dismutase_and_catalase Re: Czy warto walczyc? 13.10.06, 19:58
              Witaj
              Ciężko oczywiście wypowiedzieć się jednoznacznie i autorytatywnie, ale mam
              wrażenie, że Twój obecny partner powiela wzorce zaczerpnięte z dzieciństwa (vide
              ojciec). Psychologia dość dobrze zgłębiła już ten problem. W okresie dzieciństwa
              dominują dwie rzeczy: budowanie mechanizmów obronnych oraz wzorowanie się na
              rodzicach i innych członkach rodzinnych - starsze rodzeństwo. To tak jak młoda
              antylopa, która zastyga w bezruchu, gdy jej matka poczuje drapieżnika. W sposób
              dla większości nieświadomy powraca się do tych wyuczonych mechanizmów w wieku
              dorosłym. Żeby to w sobie zwalczyć trzeba naprawdę dużej wiedzy i zrozumienia
              swojej przeszłości (dzieciństwo, relacje z rodzicami, związki). Zauważ, że przez
              pewien czas było dobrze, on był świadomy pewnych złych wzorców, ale po pewnym
              czasie zaczął powracać do swoich mechanizmów obronnych, czuje się być może
              gorszy więc odtwarza takie zachowania jakie zna, takie, które wg niego chronią
              go przed jakimś wewnętrznym bólem.
              Potraktuj moją wypowiedź z odpowiednim dystansem - po prostu nie znam całej
              sytuacji, ani Ciebie, ani Jego.
              To on musi zrozumieć, że krzywdzi Ciebie i siebie tym zachowaniem. Możesz
              oczywiście pójść sama na jakąś terapię, być może wspominającym mu o niej od
              czasu do czasu sam się zaciekawi i nabierze ochoty? Nie wyobrażam sobie naprawy
              sytuacji bez udziału obu stron.
              Pozdrawiam
    • jagandra Re: Czy warto walczyc? 21.10.06, 10:10
      Zastanowił mnie ten fragment Twojego pierwszego posta, bo nie pasuje do reszty:

      Pracowitość, za która bardzo go podziwiałam, bo sama raczej leniwa
      > jestem.

      A teraz Ty więcej pracujesz i zarabiasz.

      Być może oboje się pomyliliście.
      On.
      Być może szukał kobiety, która jest "leniwa" czyli niezaradna, takiej, która zajmie się domem i dziećmi, a on przy niej mógłby się czuć silnym macho, tym lepszym (a tak naprawdę silny się nigdy nie czuł). Być może liczył też na to, że skoro masz już za sobą rozwód, no i jesteś niezaradna, to nie będziesz zbyt wiele oczekiwać i zaakceptujesz go z jego wadami (tu wychodzi niska samoocena faceta), tylko dlatego, że np. nie pije i przynosi trochę pienędzy do domu. Że będziesz od niego zależna finansowo i emocjonalnie.
      Ty.
      Szukałaś faceta "pracowitego", silnego, takiego, który potrafi wykonać wszystkie prace przypisywane stereotypowo mężczyźnie (wiertarka! powiem Ci, że mnie lata kosztowało przełamanie się i wywiercenie paru dziur, a potem okazało się to całkiem proste - mimo to nadal odczuwam przed tym ustrojstwem nabożny lęk, tak silne są skutki wychowania w stereotypach), który byłby jak dobry ojciec - czuły, wrażliwy, a jednocześnie silny i zaradny.

      Jeszcze napiszę kilka hipotez o wzorcach. On ma destrukcyjne wzorce rodzinne, które powiela. Prawdopodobnie próbował się od nich odciąć, ale to nie jest na dłuższą metę możliwe bez głębokiej pracy nad sobą. Uważa terapeutów za idiotów, a to tak naprawdę oznacza, że nie chce pracować nad sobą. Fakt, że uznaje swoją byłą żoną za debilkę też o tym świadczy. Wydaje mi się, że rozwodnicy są w stanie stworzyć nowy, satysfakcjonujący związek tylko, jeśli przepracowali stary i wiedzą, jak sami go zniszczyli (bo związek jednak niszczą dwie osoby).
      Zaczęło się dziać źle po wizycie jego ojca. I tu mi przychodzi do głowy jego relacja z synkiem, która też może być powieleniem relacji jego ojca z nim. Jest dobrym ojcem dla synka, a jednocześnie złym mężem dla jego matki. W ten sposób uczy go, jak należy traktować kobiety (że facet jest kimś tylko, jeśli jest lepszy od kobiety), a jednocześnie przekazuje destrukcyjne mechanizmuy działania i odczuwania, które nie przynoszą szczęścia w życiu.
      A Twoje wzorce? Napisałaś, że rodzice dużo się kłócili. Być może miałaś mało wsparcia w ojcu, skoro szukasz silnego, ojcowskiego mężczyzny. Jeśli Twój ojciec nie był czuły i wrażliwy wobec Ciebie, trudno Ci znaleźć takiego mężczyznę, bo takich cech nie rozpoznajesz intuicyjnie. Może terapia pomogłaby Tobie lepiej zrozumieć i uporządkować te sprawy?

      To wszystko są hipotezy, nie wiem, na ile prawdziwe.
      Pozdrawiam i życzę powodzenia.
    • kobietka25 Re: Czy warto walczyc? 30.10.06, 13:13
      Przeczytałam cały wątek i nasuneła mi się taka myśl. Może facet po kupnie
      mieszkania (notebene na ciebie) zrobił rachunek sumienia i wyszło mu że nie
      wiele ma w życiu. No bo własnego mieszkania nie ma , wymazonego samochodu nie
      ma i pewnie jeszcze kilku rzeczy. Nie jest fajnie w pewnym momencie zorientowac
      sie ze sie nic w życiu nie posiada majac juz x lat. Co najwyżej ma byłą żonę,
      alimenty i 2 dzieci. Może tu jest problem. Ty masz mieszkanie i meble, co jest
      postrzegane przez facetów jko ucielesnienie marzeń kobiety, a on nie ma zbyt
      wiele. To może faceta zdołować i spowodować takie zachowanie. A może wizyta
      tatusia, który mu to może uświadomił albo co gorsza wytknął też nie jest tu bez
      znaczenia. No bo w sumie tatuś robił nie dla synka, ale dla ciebie (patrz: w
      twoim a nie jego mieszkaniu).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka