mary.mccarthy
12.10.06, 18:14
Uprzedzam od razu - będzie długo... Czytałam was od jakiegoś czasu, ale nie
myślałam, ze będzie aż tak źle bym musiała szukać tu pomocy. A jednak.
Jesteśmy razem od ponad 5 lat, na początku rozkraczeni miedzy 2 miastami,
teraz coraz więcej razem, choć mój partner ma taka prace, ze wiele wyjeżdża
tak czy inaczej. Oboje jesteśmy rozwiedzeni, mamy dzieci z pierwszych
związków. Mój starszy synek mieszka a nami, Jego córka z matka, ale bywa u nas
bardzo często. Mamy wspólnego synka, 1.5 roku, wspólna decyzja, wspólne
starania, wspólny poród, wspólna, bardzo wielka miłość do dziecka. Nie
braliśmy ślubu, bo ja mam zbyt silny uraz z czasowe poprzedniego małżeństwa,
ale wielokrotnie obiecywaliśmy sobie, ze do grobowej deski i ze ten ślub
kiedyś w końcu weźmiemy.
Przez pierwsze 3 - 4 lata naszego związku nie pokłocilismy sie ani razu,
byliśmy zakochani jak 2 gołąbki, seks gdy tylko sie dało, 4 razy w ciągu 1
nocy. Nie to, żebym Go idealizowała, ale kiedy myślałam o zaletach, wady nie
miały znaczenia. Z te zalety to przede wszystkim ciepło, miłość, czułość,
życzliwość. Pracowitość, za która bardzo go podziwiałam, bo sama raczej leniwa
jestem. Bezproblemowość i gotowość do kompromisów - to zwłaszcza pomagało nam
funkcjonować bezproblemowo, bo ja jestem z tych, co nie lubią nic na sile -
zrobię prawdopodobnie wszystko o co zostanę poproszona, ale jeśli ktoś mi cos
każe, to nie może liczyć na współpracę.
Potem zaczelismy sie rozglądać za nowym mieszkaniem dla powiększonej rodziny -
On mnie jakoś mało w tym wspierał, ale w końcu wybraliśmy, ja załatwiam kredyt
(on nie ma zdolności) i kupiliśmy. Przyjechał jego ojciec, by wspólnie z nim
robić remont i chyba właśnie wtedy zaczęło sie - pierwszy krzyk, kiedy
zapytałam cos właśnie w temacie remontu: ze co mnie to obchodzi, nie znam sie
na tym, mam sie nie dopytywać. Od tego czasu równia pochyla, ciągle wrzaski z
jego strony. Przy przeprowadzce, podczas której ja, opiekując sie małym
dzieckiem, jednocześnie wszystkie rzeczy, oprócz kilku mebli, przewiozłam na
własnym garbie / swoim maleńkim samochodem. Pewnie nie spotkaliście jeszcze
takiej osoby, co wszystko, absolutnie wszystko robi źle. Zle robie wszystko
domu, źle dziecku zmieniam pieluchę, źle go karmie, wszytko robie nie tak. Na
początku byłam w takim szoku, ze na te wrzaski reagowałam płaczem, ale po
jakiś 2 miesiącach dotarło do mnie, ze ten płacz go tylko jeszcze bardziej
rozjusza, no i zebrałam sie w sobie. Na każdy krzyk odpowiadam teraz również
krzykiem, na obelgo obelgami, chociaż przyznam, ze coraz czesciej mnie sie nie
chce i coraz czesciej mam ochotę po prostu wyjść nie słuchać tego ciągłego
gdakania.
Nie piszcie mi proszę, żebyśmy porozmawiali, rozmawialiśmy juz mnóstwo razy.
On nie ma nic do powiedzenia, jeśli chodzi o zastrzeżenia do naszego związku,
albo wyciąga problemy typu nie dosc szybkie wyjmowanie dziecka z wanny (i żeby
nie było, zmieniłam to, ale wciąż jest źle). Na moje problemy odpowiada, ze
musi sie zastanowić, ale mam go nie popędzać. Tak wiec wciąż zastanawia sie
nad sprawami, które omowilismy w czerwcu. Proponowałam terapie, ale on nie
będzie płacił jakiemuś idiocie.Pat totalny.
Sex oczywiście w takich okolicznościach nie jest zbyt satysfakcjonujący ;-)).
Na ogol wygląda to tak, ze jak raz na 2 - 3 tygodnie przychodzi mu ochota na
sex, to robi sie miły i opowiada jak to powinniśmy dbać o nasz związek, to
trwa 1 dzień, w nocy sex, a następnego dnia od nowa piekło. Zaznaczam, ze ja
nie przytyłam po dziecku, jestem szczupła, zgrabna, i mimo urodzenia Buby
zawsze byłam dla Niego bardzo czuła, ciepła i nie miał podstaw by czuć sie
odepchnięty przez dziecko - wręcz przeciwnie... On jest bardzo kochającym
ojcem, uwielbia Bube , potrafi sie nim zając jak należy, choć często zapomina
o jakiś detalach, typu dania dziecku witaminy, ale ja nie zwracam na to uwagi,
bo nie chce go zniechęcać. Niestety, Buba widzi jak tata sie awanturuje i
coraz czesciej nie chce do niego iść, co oczywiście tez jest moja wina, bo to
ja nastawiam dziecko przeciwko niemu. Wierzcie mi, nie musze tego robić,
wystarczy, ze maluch popatrzy jak tata sie zachowuje.
Rozważałam rożne opcje pacy nad naprawa naszego związku, ale teraz zastanawiam
sie, czy warto. A skłoniły mnie do tego 2 wydarzenia: w sobotę byłam na
służbowej kolacji i kelner namówił nas na zamówienie gąsek. No i jedząc te
grzyby nagle poczułam, ze połykam jakiegoś który na zupełnie inny smak niż
reszta, taki nieprzyjemny, mydlany. Byłam przerażona i po powrocie do domu
natychmiast sie z Nim podzieliłam swoim przerażeniem. Nie oderwał wzroku od
komputera, tylko powiedział: musisz zwymiotować, bo jeszcze zaszkodzisz Bubie
(nadal karmie piersią). I nie drgnął nawet kiedy prze pol godziny rzygałam w
łazience. Kolejny akt dramatu nastąpił wczoraj - usypiałam Bube i maluch
niechcący uderzył mnie glowka w twarz tak strasznie mocno, ze zobaczyłam
wszystkie gwiazdy. Zaczęłam płakać i nie byłam w stanie nawet słowa
wykrztusić, starszy synek przyleciał przerażony z 2 końca mieszkania, a on
wrzeszczał na mnie od komputera, żebym sie zamknęła, bo denerwuje Bube - i
rzeczywiście po tych wrzaskach taty Buba sie rozpłakał.
Może przesadzam, ale dla mnie te 2 sytuacje pokazują, ze ten człowiek juz mnie
kocha, ze mu nie zależy. Co więcej, brak mu jakiś takich ludzkich odruchów
współczucia i troski. I nie wiem w sumie, czy warto walczyć o ten związek.
Szkoda mi bardzo dzieci, zwłaszcza Buby. Ale tak sie zastanawiam, czy chce sie
zestarzeć z facetem, który mi nie poda nawet szklanki wody? To może lepiej być
samemu i przynajmniej nie mieć złudzeń?
To cala historia w skrócie, bede wdzięczna za wasze przemyślenia...
MMcC