maja5952
25.10.06, 08:25
Witajcie.
Ten post nie będzie zbyt dramatyczny ale mam ochotę o tym napisać. Powód jest
taki, że jestem (a może raczej byłam :-)) jedną z nielicznych obecnych tu osób
bez własnych problemów. W moim małżeństwie wszystko grało (przynajmniej tak
myślałam, mało tego - byłam w 100% pewna). A jednak się pomyliłam...
Przyznaję tutaj od razu rację tym forumowiczom, którzy "ostrzegali" mnie, że
nigdy nie mogę wiedzieć na pewno co robi mój mąż. Chociaż ja upierałam się, że
wiem.
Moje małżeństwo to była sielanka (tak mi się zdawało) bo przecież problemy są
wszędzie. Szkopuł w tym, aby umieć sobie z nimi radzić. Ale w tym jednym,
trwającym ok. roku okresie (wcale nie od razu po urodzeniu dziecka, wręcz
przeciwnie, córeczka miała już chyba dwa latka) faktycznie było u nas troszkę
"zimniej" niż zwykle. Czułam się samotna ale dałam sobie z tym radę. Mój mąż
niestety nie... I chociaż nie zdradził mnie fizycznie (mam podstawy aby w to
wierzyć ale czy do końca wierzę...) to te kilka spotkań z grupą znajomych o
której nie miałam pojęcia cholernie boli :-( Kilka spotkań z jedną z dziewczyn
z tej grupy boli jeszcze bardziej...
Nauczyłam sie kilku rzeczy. Po pierwsze, że nigdy nie można być pewnym drugiej
osoby w 100%. Po drugie, że zdrada boli tak samo niezależnie od tego kiedy się
o niej dowiemy. Wiem też, że nawet niewinne kłamstwo boli cholernie kiedy
wyjdzie na jaw. Nie wiem tylko jak poradziłabym sobie dowiedziawszy się o
zdradzie fizycznej...
Pozdrawiam i życzę wszystkim... Nie wiem czego... Szczęścia?