Chciałabym się podzielić moimi odczuciami. Nie mam nikogo z kim mogę porozmawiać, wyrzucić swój żal (ten bezkresny kur... czy co? jak długo jeszcze będzie mnie przygniatać w dół?).
Niby ostatnio pisałam, że jest OK.
No bo fakt fatem jest, że inaczej zaczełam myśleć, zmienia się moja wizja poznawcza świata wewnętrzego jak i zewnętrznego. Coś puszcza.
Wydaje mi się że od dziecka przesiąknięta byłam paraliżującym lękiem, świat wydawał mi się stale zagrażający. Ludzie, zdarzenia, wszystko wokół musiałam trzymać na bezpieczną odległość, aby nie zbliżyło się to coś zanadto do mnie, bałam się. Trzymałam na dystans. Bałam w stałym pogotowiu, gotowa by uchuchamiać alarm kiedy tylko zaszła taka potrzeba. A taka była co krok. Bardzo wymęczające. Nie potrafię zaznać spokoju, nie potrafię się nie bać, czuje stałe zagrożenie. To tak męczy, że aby temu podołać nie potrafię, jak to się powszechnie łądnie mówi "być sobą". Ciągle muszę na coś uważać, obserwować, nasłuchiwać, być gotową do ucieczki. Poprawka ciągle uciekam.
Jako dziecko miewałam dziwne sny. Dziwne bo trwały parę lat, co noc. Noc w noc śniło mi się to samo. Że uciekam przed czymś, przed czymś ciężkim. W końcu czułam ten ciężar na swoim ciele, stapiał się we mnie powoli, ogarniał mnie. Stawałam się tym ciężarem. Stawałam się kamieniem. Miałam parę lat, ale pamiętam doskonale te noce. W miarę dorastania podobne "stany" miewałam na jawie. Zaczęłam się trochę w to zagłebiać, potrafiłam wprowadzać się w autohipnozę.
Obecnie czuję, że życie przeleciało obok mnie, gdyż ja kurczowo trzymałam się w sobie. Byłam spięta. Nawet na zewnątrz. Stałe szczękościski, przyjaciółka mówi, że byłam jakaś dziwna, taka wyobcowana, dziwnie się patrzyłam. Co więcej ja to wszystko odczuwałam, że jestem po prostu inna. Jakby zakmnięta w skorupie swojego umysłu nieodganionego. Niepoznanego.
Odczuwam te straty. Nie chodzi mi o to że czuję się bezwatrościowa. Przeciwnie - mam świadomość swojej wielkiej wartości, ale jest ona ukryta. Czuję ją wewnątrz siebie, ale coś nie pozwala mi się nią dzielić. Aby poczuć się w pełni Człowiekiem. Do tej pory czułam się cieniem siebie. To tak jakby nie móc stale powiedzieć czegoś, gdy masz to na końcu języka; to tak jakby nie móc zrobić czegoś a czujesz że posiadasz predyspozycje i zdolnośći - ale coś cię ciągle blokuje, dławi, dusi, paraliżuje strachem.
Obecnie - z czego się bardzo cieszę - zaczełam zdawać sobie sprawę, że tak a nie inaczej to wszystko wyglądało, mam wgląd w sposób swojego funkcjonowania, odbierania rzeczywistości. Ale..
ale jednak wiele lat przegapiłam, przegrałam, mam lat prawie 30 ( no 26

) i nic poza tym,
albo inaczej co mam czego nie
- mam ChAD (oraz jak sama sądzę zespół lęku uogólnionego, który trwa całe moje życie)
pozatym ogólnie zdrowie OK - to na plus
- nie mam męża, baa nawet faceta nie mam, a miłości brakuje mi najbardziej na świecie ( miłości w postaci ukochanego męźczyzny, który był ale się zbył..

- mam przyjaciółkę, a nawet dwie , ale są daleko, więc suma sumarum czuję się osamotniona
- nie mam za wiele znajomych, ( jak powyżej + wydaje mi się żem nudna dla nich) więc znowu wychodzi na to że jestem samotna
- rodzina daleko = samotność
- ni dziecka ( i zapowiada się że kiepsko to będzie skoro łykam garściami tabsy) - choć wiem rozwiązanie się znajdzie - najbardziej brakuje mi ukochanego, z którym ponad dwa miesiące temu zaprzestaliśmy kontaktów
- nie mam pracy, choć obecnie nie czuję się jeszcze na siłach
- studiuję - nadal - choć powinnam już skończyć, ale lepiej późno niż poźniej ( tu się akurat pocieszam i wiem że nie jest tak źle) ALE
brakuje mi wiedzy, bo nie potrafię się skupiać na nauce - to mnie bardziej demotywuje do dalszego działania bo wszystko wtedy wydaje się bleee, koncentracja leży, pamięć jeszcze bardziej, uwaga daleko w lesie, myślenie jak po grudzie, itd, itp.
- brak sukcesów, a przyznam że dawniej byłam bardzo ambitna, i teraz też w głębi to odczuwam, tyle że ChAD zasłania większość mojej obecnej jedynie "egzystencji"
- przytyłam - to akurat najmniejszy problem, ale zrzucić kilogramy same się nie chcą

- brak zainteresowań, nie podejmuję się żadnych przedsięwzięć
- jedym słowem ogólnie kicha - deprecha jak nic - tyle że potrafię utrzymywać stale nadzieję przy sobie
- tylko czasem myśli samobójcze
Może tyle narazie moich wywodów.