Kochane położne...

30.01.09, 23:26
Dzis byłam z Grzesiem w kliniece w której się urodził, w celu
podania szczepionki synagis. Ciekawa jestem jakie macie wspomnienia
z pobytu waszych pociech w szpitalu. Chodzi mi konkretnie jak
odebrałyście personel, tzn. lekrzy neonatologów i położne. Bo ja
bardzo dobrze. Czy w szpitalach, w których dochodziły do siebie
Wasze maleństwa było tyle samo ciepła i wsparcia co w moim?
Podejście położnych i lekarzy było niesamowite. Przez niespełna 2
miesiące które spędziłam w klinice nigdy, ani jednego dnia nie
poczułam się źle traktowana. Zawsze panie położne wykazywały
zrozumienie, witały ciepłym słowem. Gdy zostawiałm swoje maleństwo
na noc, wiedziałam, że jest w dobrych rękach. Sam sposób , jak
ciepło panie położne zwracały się do tych naszych mikrusów był
wielkim wsparciem.
Jak już pisałam na początku spędziłam dziś kilka godzin w kliniece.
Było nas dziesięć matek z wcześniakami. Wielkim zaskoczeniem było
dla mnie zachowanie pań położnych(Chociaż niekoniecznie
zaskoczeniem). Ile ich było dziś na dyżurze, tyle pszyszło się z
nami przywitać, zapytać się co słychać, zobaczyć jak urosły nasze
pociechy. To było naprawdę miłe. A dodam, że jestem ze Szczecina.
    • jolantusia1 Re: Kochane położne... 31.01.09, 09:16
      tak u nas jest podobnie. Ile razy trafię z małym do szpitala i spotkam tam kogoś
      zawsze nas pamiętają, wypytują, zapraszają na oddział, a mały już niedługo
      skończy 3 lata. Też wspominam bardzo pozytywnie personel z oddziału szczególnie
      z intensywnej. A i do patologii noworodka nie mam zastrzeżeń. Ciepłe, przyjazne
      dziecku i rodzicom. Pozdr
    • mama-cudownego-misia Re: Kochane położne... 31.01.09, 09:33
      Ja generalnie wspominam cały zespół bardzo dobrze - od pielęgniarek, które się
      chciały za mnie modlić, aż do ginekologa, który po cięciu przyszedł mnie
      pocieszać. Wszyscy byli kochani, współczujący, mili...

      Jedyne drobne zastrzeżenie mam do analgezji po cięciu. Mam bardzo niski próg
      bólowy, takie geny, mój ojciec też tak miał. Do tego doszedł stres, wstrząs,
      dziecka nawet nie widziałam, bo je wywieziono do innego szpitala, rokowania były
      średnio optymistyczne raczej. Bolało tak koszmarnie, że wyłam i nie byłam się w
      stanie ruszyć. Tramal nie działał w ogóle, bo często nie działa na bóle trzewne,
      paracetamol działał krótko. Nic innego tam nie podawano, a jakaś pielęgniarka
      stwierdziła chyba w drugiej dobie po cięciu, że nabrałam tyle leków
      przeciwbólowych, ile inne kobiety przez cały pobyt w szpitalu, i że ona mi
      więcej nie da, a lekarza nie ma co wzywać. Kurde, nie karmiłam piersią, nawet
      jeszcze nie miałam mleka, spokojnie można mi było podawać opiaty, środki
      uspokajające, żebym se przysnęła trochę. To nie, jakby nie to, że mama mi
      wynegocjowała z tamtejszym anestezjologiem, nie dostałabym. To było chore po
      prostu - ja wiem, ze zwykle taka odporność na środki przeciwbólowe mają
      narkomani i pijacy, ale ja ani nie pije, ani się nie szprycuję, po prostu takie
      geny i taka reakcja na stres. Niestety nie dało się tego babie wytłumaczyć.

      Jak sobie pomyślę, że się będę musiała zmierzyć z tym bólem przy okazji
      następnego dziecka, to mi się wszystkiego odechciewa...
      • bijou82 NIEKOCHANE....... 31.01.09, 13:10
        hmmm
        ja nie wspominam dobrze
        rodziłam na Klinikach
        od godz 13-24 leżałam na porodówce z kroplówką powstrzymującą
        skurcze które były co 5 minut,potem co 15min i ustały w końcu
        raz na jakiś czas ktoś do mniej zajrzał ale tylko z pytaniem SKURCZE
        SĄ?
        gdyby nie mama - to bym chyba się wykończyła psychicznie
        mogła do mnie zajrzeć parę razy-miałam sięm komu wypłakac i
        dowiedzieć czegokolwiek-bo mi nikt nic nie mówił tylko moim rodzicom
        i mężowi
        ok 24 przenieśli mnie na patologię ciąży mówić że jest zakażenie
        wewnątrzmaciczne i jeśli do rana nie urodzę to o 8 będzie cięcie
        (czemu nie zrobili od razu??????)
        na patologii super pielęgniarka-położna(?) i dziewczyny leżące ze
        mną wa sali-bardzo się przejęły,powiedziały żebym spała-one będą
        czuwały....o 3 zbudziłam się z krzykiem,jedna dziewczyna podeszła do
        mojego łóżka zobaczyła krwotok i pobiegła po pielęgniarkę
        zaraz szybko na porodówkę - gdzie lekarz oznajmnł że ratują mnie a
        nie dziecko sad i że mam przeć.... koszmar (nie chciałam przeć,bo
        wiedziałam że Madzia żyje we mnie,a jak się urodzi miała
        umrzeć)...więc powiedzieli że mam przeć bo na cesarkę za późno sad
        i po 30minutach Madzia już była - usłyszałam tylko jej płacz i
        ciszę...
        pozszywali i położyli mnie na bocznym łóżku na porodówce-zasnęłam
        o 6 przyszła położna spytała czy się dobrze czuję-obejrzała czy po
        porodzie ok,i powiedziała że muszą ochrzcić Madzię-czy chcę?
        Przeżyłam szok-kolejny,chciałam żeby mnie ktoś przytulił,nikt nie
        wiedział że urodziłam (tzn rodzina nie wiedziała)
        pozwolili mi zobaczyć Madzię-poszłam sama na drugie piętro-nie
        czułam bólu.... mogłam ją zabaczyć tylko parę sekund,nie mogłam
        dotknąć-położyli mnie na salę z matkami i dziećmio 7 magda się
        zatrzymała (nikt mnie nie poinformował-dowiedziałam się najpierw od
        jednej z mamsad)
        o 10 powiedziano mi że przeworzą Madzię do Korczaka-ja miałam zostać
        na Klinikach (bo Korczak to szpit dziecięcy) -wypisałam się na
        rządanie (jeden miły lekarz powiedział że nie mogę się wypisac że
        moje zdrowie jest ważne,że muszę żyć dla dziecka..ale kiedy mu
        powiedziałam że przecież dziecko umiera i to gdzieś na drugim końcu
        miasta to powiedział że mnie rozumie-jedyny "człowiek" jakiego tam
        spotkałam)
        z Korczaka wspominam dobrze sanitariusza i lekarza który przyjechał
        po Madzię-zapytałam czy mogę ją pocałować? Lekarz z Klinik
        zabronił,a oni powiedzieli że mogę w stópkę - najpiękniejsza chwila
        w moim życiu..
        w Korczaku kiedy przyjechaliśmy zaraz po przyjeździe Madzi-lekarz
        dyżurny kazał mi pokazać dowód osobisty bo nie wierzył że 10godzin
        po porodzie z zakażeniem wewnatrzmacicznym jestem już wypisana i że
        mam zamiar siedzieć do 21 przy MOIM dziecku!!!!! (szok-że niby obca
        osoba przyszła zobaczyć dziecko?????!!!!!)
        z Korczaka wspominam dobrze wiele pielegniarek-szczególnie 3 (spałam
        spokojnie kiedy one zostawały na nocną zmianę) - lekarze różnie -
        generalnie dobrze wspominam 5 z nich
        teraz z perspektywy czasu wiem że jeśli kiedyś będę w ciąży i będę
        rodziła to napewno w innym szpitalu!!!!!! a najlepiej prywatnie
        PRZEPRASZAM ZA WYWÓD...CHYBA ZBYT OSOBIŚCIE TO POTRAKTOWAŁAM...MAM
        DZIŚ KOLEJNY ZŁY DZIEŃ sad
        • mama_janka007 Re: NIEKOCHANE....... 31.01.09, 13:35
          faktycznie czyta sie jak jakis horror.... przykro mi strasznie...
        • mamaolisia Re: KOCHANE....... 31.01.09, 23:02
          hmmm
          a ja walke o mojego Olisia zaczęłam w 22 t.c. wtedy to na rutynowej
          kontrolnej wizycie u ginekologa okazało się że mam rozwarcie na 3 cm
          przeżyłam horror bo tak naprawde nie wiedziałam co mnie czeka.......
          pilny przyjazd na patologie ciąży
          od razu położono mnie na krążkach żeby pechrzyk nie pchał sie za
          bardzo i uświadomniono mi iż reszte ciązy do rozwiązania spędze w
          łóżku szpitalnym
          pożniej zakładaja szew i pesser dostaje fenoterol ,antybiotyk i leże
          po drodze z różnymi perypetiami
          bo to albo zaparcia albo biegunka i ect. moj lekarz prowadzący jak
          długo tylko można pilnuje tego ze byłam sama na sali troszeczke
          prywatnosci moj maż jest cały czas przy mnie karmi mnie pomaga sie
          mi myć jak teraz sobie o tym przypomne totalna masakra
          ale niestety zadługo takiego stanu nie dało się utrzymać w 26 t.c
          dostaje silnych skurczy porodowych któych fenoterol nie potrafi
          zatrzymac trafiam na sale porodowa tam każa mi rodzić naturalnie
          męczą mnie strasznie dopiero po tel moje mamy i meza do lekarza
          prowadzacego decyduja sie na cesarke i yu zaczyna sie prawdziwy
          horror poniewaz przy akcji porodowe szew ktory wczesniej utrzymywał
          Olisia w brzuszku rozrywa cała szyjke lekarze musz ja cerowac
          wzywaja lekarzy bedacych juz w domku na pomoc
          w tym czsie moj maz słyszy na korytarzy ze dziecko nie ma szans
          mowia to pania salowe.........
          po chwili okazuje sie ze szpital na Brochowie jest nie przygotowany
          moj maz jest wsciekły krzyczy na lekarzy ze przeciez wiedzieli ze ja
          w kazdej chwili moge urodzi i dlaczego nie sa przygotowani( nie maja
          respiratora)
          Oliwierek jest przetransportowany na Dyrekcyjna ja zostaje
          moj stan nie jest najlepszy mam pozakladane redony z który sączy sie
          krew nie wiem co sie dzieje nikt mi nie chce powiedzieć
          rano lekarz prowadzący informuje mnie o wszystkim niestety nie
          kolejna ciaze nie mam szans tak sie boje o moje malenstwo
          przymaja mnie jeszcze 2 tygodnie mam bardzo zle wyniki wysoka
          goraczke maz codziennie przywozi mi zdjecia naszego misia
          pamietam jak codziennie wyłam ze nie moge go jeszcze zobaczyc
          wreszcie wychodze jede na Dyrekcyjna tam kolejny szok wiem ze stan
          mojego dziecka jest krytyczny ale wypowiedziane to z ust lekarza
          dociero do mnie jeszcze bardziej zle boje sie tak naprawde pytac o
          cokolwiek bo zawsze słysze ze jest ciu lepiej ale stan nadal
          krytyczny
          tak naprawde nic nie wiem o wcześniakach jestem bezradna nie wiem
          gdzie szukać pomocy co to wylew jakie rodzi niebezpieczeństwa i tak
          dalej
          panie pielęgniarki tak naprawde z reka za sercu przemiłe kobity
          wszytstko mi zawsze wytłumaczyły pomogły nigdy nie zapomne jak
          pierwszy raz dały mi Olisia na raczki płakałam jak bóbr,fachowe
          zyczliwe poprostu super
          lekarz prowadzący Oliwierka dr Szafrańska super lekarz chociaz
          początkowa miała ciagle zle wiesci bo tak naprwde to jakie miala
          miec w chwili obecnej zna Olisia jak własną kieszeń zawsze moge na
          nia liczyć zadzwonić podjechac nigby mnie jeszcze nie zbyła
          naprawde jestem bardzo wdzięczna lekarzą i pielegniarka z
          Dyrekcyjnej za uratowanie zycia mojemu misiowi mam wedle nich
          ogromny dług wdzięczności którego niestety nigdy nie spłacę
        • gruchotka Re: NIEKOCHANE....... 01.02.09, 14:58
          bijou82 napisała:

          > hmmm
          > ja nie wspominam dobrze.

          Może nie w tym wątku powinnyśmy pisać.
          Ja przeżyłam prawdziwy horror. Rodziłam w g...nianym szpitalu, znaczy g...nianym dla mnie, bo nie mój lekarz prowadzący. Zaczęło się od tego, że leżałam na patologi jeszcze 2 dni po odejściu wód, po czym mój poród 26 tydz. trwał 30 min od wjazdu na sale porodową do przecięcia pępowiny. Potem łyżeczkowanie na żywca, zaraz potem przyszła pediatra, która się śpieszyła do domu było po 12-tej poród odbył się godzinę wcześniej i zaczęła wymieniać wszystkie z możliwych problemy wcześniacze. Najpierw mieli mnie położyć na sali z mami i dziećmi, ale głośno stwierdzili, ze tej mamy dziecko chyba nie przeżyje i wylądowałam w sali z mamą, której dziecko zmarło, druga urodziła dziecko z wieloma wadami, więc chyba wolałabym być na innej sali. Naszej sali nikt nie odwiedzał a jednej z mam dopiero podłączyli kroplówki 2 dni po CC.
          Mat i tak nie miał szans, a nie było miejsca na OIOM-ie to położono go w sali-magazynku obok, gdzie stały stare inkubatory i połamane meble, pościel. Ale dzięki temu mogłam być wiele godzin przy inkubatorze, bo na OIOM-ie tylko 1,5 godziny, ale i tak musiałam wysłuchiwać, że dziecko i tak nie wie, że jestem, a ja codziennie przychodzę. Nie było krzesła i stałam 1,5 godziny nad inkubatorem. Mata dotknęłam dopiero 3 tyg. po porodzie, bo pielęgniarka mi powiedziała, że mogę, a o kangurowaniu i co, to jest dowiedziałam się 1,5 roku później.
          Po 2 miesiącach trafiliśmy na "wcześniaki' tam można było spędzać nawet cały dzień, ale i tak wysłuchiwałam, że się chyba na etat zatrudniłam. w sumie tak było, bo pielęgniarki przychodziły co 3 godziny a międzyczasie dzieci płakały i płakały... Opieka pielęgniarska była tak fatalna, że aż mi się nie chce opisywać, bo to nie jest do uwierzenia. W każdym razie zdjęcie wcześniaków w kieszeniach pielęgniarek nie zdziwiło mnie wcale, bo widziałam tyle uchybień, totalnego lenistwa i złośliwości w tym g...nianym szpitalu.

          Drugiego wcześniaka urodziłam w innym szpitalu, jakbym się przeniosła z chińskiej klinki do Beverly Hills, pielęgniarki śpiewały dzieciom, nosiły na rękach, a dzieci czyste i pachnące. Nakarmione i nigdy płaczu dłuższego niż 2-3 minuty nie słyszałam, bo zaraz ktoś przychodził.
          I te same pensje w tym i tym szpitalu. Ale widać było, że to kwestia zarządzania. W pierwszym podstrzelona ordynator, nie wymagająca oddziałowa, a pielęgniarki generalnie wszytko miały. W drugim ordynator na wysokim poziome wymagająca, tak jak i oddziałowa a atmosfera miedzy personelem i w stosunku do rodziców miła i życzliwa.
    • agajedi Re: Kochane położne... 31.01.09, 09:36
      Od dnia, w którym urodziła się Marysia do dnia, kiedy zabieraliśmy ją do domku, a było tych dni 102, nigdy nie odczułam ze strony personelu ani złości ani niechęci. Przeciwnie, zawsze miło, serdecznie, życzliwie. Codziennie patrzyłam jak siostry dbają o maluszki, jak z nimi rozmawiają i jak fantastycznie traktują rodziców. I jak tylko zadźwięczał jakikolwiek alarm to położna była natychmiast (dosłownie). Nie trzeba było jej prosić, czy wzywać kilkakrotnie. Ja byłam zawsze pełna podziwu dla nich i dla ich pracy. Tam żadna nie usiadła na plotki czy kolejną kawkę. Nasza Marysia to była taka malutka terrorystka, ale nawet jak darła się w niebogłosy bo potrzebowała odrobiny przytulenia to siostry przytulały ją wtedy gdy nie było nas, rodziców.
      A cierpliwości do nauki rodziców przewijania, karmienia, pielęgnacji takiej odrobinki to nie wiem skąd brały. I zawsze chętnie podpowiedziały coś na co sama bym nie wpadła.
      Nie było dnia, żeby nasza najukochańsza pani doktor na obchodzie nie wyściskała i wycałowała swoje maluszki. A rodzicom tak skrajnych wcześniaków jak nasz nie zabraniano przyjść do dziecka poza godzinami odwiedzin. I wierzcie mi, pomimo tego, że stan naszej Marysi był krytyczny przez prawie dwa miesiące nikt nie powiedział, że dziecko ma niewielkie szanse czy nie ma ich wcale (chociaż i tak zdawaliśmy sobie z tego sprawę). Owszem mówiono nam, że jest źle, ale zawsze subtelnie, delikatnie.
      A na odchodne dostaliśmy nr telefonu (prywatnego) od naszej pani doktor w razie jakiejś potrzeby no i zadzwonienia czasem co dzieje się z dzieckiem. I korzystamy z tego numeru, głównie po to, żeby podzielić się radościami i smutkami, ale też po poradę jeśli coś nas niepokoi. I nigdy jeszcze nie odprawiła nas z kwitkiem.
      Byliśmy teraz przy okazji jakiejś wizyty w odwiedzinach na oddziale. I pani ordynator, i nasza prowadząca pani doktor i siostra oddziałowa wyszły do nas, porozmawiały, dziękowały za odwiedziny. I było fantastycznie, chociaż od naszego wyjścia minęło już pół roku.
      Wychwaliłam je chyba pod niebiosa, ale nawet takie słowa nie oddadzą mojej wdzięczności za to, co dla nas tam zrobili. Więc jak tylko rodzić wcześniaka to na Jaczewskiego (kryptoreklama ale w pełni sobie na to zasłużyły).
      • agao0972 Re: Kochane położne... 31.01.09, 10:34
        Kurcze, ale fajnie się o tym czyta. Dosłownie ciarki przechodzą i
        łezka się zakręciła w oku. Jak dobrze , że jest taka wspaniała
        opieka nad tymi szkrabami. Ja zawsze i wszystkim wychwalam i będę to
        nadal robiła, szptal na szczecińskich Pomorzanach!!!!!
        A ogrom pracy jaki wkłada cały personel aby ratować i opikować się
        wcześniakami jest niesamowity. Ktoś kto na to sie nie napatrzył nie
        zdaje sobie sprawy. A chciałabym jeszcze dodać, ze ciepłe słowa
        wsparcia i pocieszenia, gdy jechałam na cesarkę usłyszałam od pani
        która rozwoziła posiłki. Zapadły mi one bardzo w sercu i do tej pory
        są żywym wspomnieniem. Dały mi one wtedy wielka nadzieję, ze moje
        maleństwo przeżyje. I tak się stało!!!! smile
    • betita80 Re: Kochane położne... 31.01.09, 10:27
      Ja rodziłam w Olsztynie i ma troszkę inne doświadczenia. O ile lekarze oraz
      siostra oddziałowa (dusza-człowiek)zawsze starali się znaleźć czas dla rodziców,
      sama opieka nad wcześniakami dobra (chociaż zdarzyło się kilka razy, ze
      wołaliśmy siostrę bo w sąsiednim inkubatorze rurka się jakaś odczepiła i włączył
      się alarm, a siostry siedziały w sąsiednim pomieszczeniu), dostęp do maluchów 24
      godziny na dobę (tylko rodzice mogą odwiedzać).O tyle stosunek do rodziców
      pozostawał wiele do życzenia. Po pierwsze przed porodem lekarz dyżurujący
      stwierdził, że jak urodzę wcześniaka, to będę miała wielkie problemy z nim, po
      drugie po porodzie położono mnie na sali z matką z noworodkiem, nie pamiętam,
      żeby ktokolwiek z lekarzy czy położnych do mnie przyszedł i wyjaśnił co dzieje
      się z dzieckiem (oprócz pielęgniarki, która w drugiej dobie po porodzie przyszła
      z pretensjami, bo nie dostarczyliśmy jeszcze pampersów, chociaż nikt nam o tym
      nie powiedział). Na początku gdy chodziliśmy do małego, miałam wrażenie, ze
      jesteśmy bacznie obserwowani i traktowani przez pielęgniarki (oczywiście nie
      przez wszystkie!!!)jak intruzi, którzy na pewno chcą wynieść dziecko. Potem w
      miarę jak się wszyscy ze sobą oswoiliśmy, sytuacja się poprawiła. O ile jestem
      wdzięczna całemu personelowi za opiekę nad Adasiem, wiem, że zrobili wszystko,
      co w ich mocy i teraz moje dziecko ma się całkiem nieźle, to jako matka
      wcześniaka doświadczyłam mało życzliwości i zrozumienia ze strony personelu.
      • ann_a30 Re: Kochane położne... 31.01.09, 11:30
        Bardzo pozytywnie wspominam czas w szpitalu i opiekę personelu. Ogromne
        zaangażowanie, życzliwość, wsparcie emocjonalne, rozmowy, ale też troska o to,
        by mamy zjadły ciepły posiłek, by się wyspały. Tak samo lekarze - pocieszali,
        dawali dużo nadziei i wszystko wielokrotnie tłumaczyli. I nie wiem, czy
        wszystkie pielęgniarki tak mają, ale na sali z maleństwami (tam gdzie cały czas
        przebywały zresztą) miały mnóstwo słodyczy (sporo też mamy dzieci przynosiły) i
        cały czas jadły!!! Nie przeszkadzało im to naprawdę pracować, nie siedziały
        bezczynnie, ale w biegu ciągle łapały za słodyczesmile. Może to takie osłodzenie
        sobie trudów pracysmile

        https://suwaczki.maluchy.pl/li-25059.png
    • mama_janka007 Re: Kochane położne... 31.01.09, 12:25
      w Zabrzu to troche inaczej wygladalo... intensywna terapia byla
      zdecydowanie na 5+, pelna fachowosc. mimo, ze nie pozwolona mi
      malego dotykac przez prawie tydzien wdzieczna bylam za sterylnosc i
      czystosc o jaka panie pielegniarki dbaly naprawde sumiennie i bardzo
      przestrzegaly dotrzymania przez rodzicow pojedynczych wizyt u
      okruszkow. cisza, spokoj, i kompetentne rady udzielane nam na
      poczatku.
      na oddziale patologii dziewczyny mialy zdecydowanie trudniej.
      czasami musiala wystarczyc 1 pielegniarka na 18!!! maluchow.
      wiadomo, ze taka pani nie znajdzie czasu na pogadanie sobie jeszcze
      z mamami, bo takich ktore przychodzily zeby siedziec od 12 do 18,
      czyli godzin wizyt(ktorych tez przestrzegano), bylo w ciagu tygodnia
      niewiele. moze 4 na sali? przynajmniej za mo jej kadencji. wiec
      bidula miala do przewiniecia i nakarmienia cala reszte krasnalikow.
      nigdy jednak nie spotkala mnie jakas zbywajaca reakcja z ich strony
      kiedy o cokolwiek pytalam lub prosilam o pomoc. wrecz odwrotnie.
      teraz kiedy lezelismy na oddziale obok, a ja pare razy zagladnelam
      na kpn, to zeby wypozyczyc srodki dezynfekujace, to znowu smoczki,
      informacja o tym ze lezymy obok sie rozniosla i mielismy co chwile
      wizytysmile nawet nocne zmiany wpadaly na chwile sie przywitacsmile pare z
      nich przyznalo, ze widzac teraz janka-niejadka az lzy im sie w oku
      zakrecily. ten brak bezosobowosci byl naprawde wzruszajacy....
    • mamaduo Re: Kochane położne... 31.01.09, 14:24
      Ja tez rodzilam na Klinikach we Wroclawiu i TO BYL KOSZMAR.
      Poczynajac od tego, ze lezaca ze mna dziewczyna na patologii
      stracila bliznieta w 28 tc - pomimo ze jedno dziecie mialo szanse na
      przezycie nie zrobili jej cesarki, a potem ono umarlo! Nie w ogole
      ta historia byla tak straszna, lekarza w ogole nie sie nie zajeli sad
      prawdopodbnie byla to tez przyczyna mojego ptrzedwczesnego porodu
      (stres!), ktory byl JEDNYM WIELKIM KOSZMAREM I BOLEM, gdyby nie moj
      partner to dzieci by umarly i ja pewnie tez. Mam wielki zal do
      ginekologow sad
      Natomiast jesli chodzi o polozne i opeike nad babelkami to jestem im
      wdzieczna bo mysle ze dzieki nim tez moje dzieci zyja i powolo
      wychodza ze wszytskiego. Byly przecudowanymi "ciotkami".Bardzo
      dovbrze tez wspominam pediatrow. W zeszlym tygodniu zawiozlam
      zdejcia i panie paietaly nas (po pol roku! bo jakos wczesniej nie
      mogalm sie wybrac) i bardzo bardzo ucieszyly!
    • misia0000 Re: Kochane położne... 31.01.09, 16:24
      Jak czytam historie bijou i kilku dziewczyn, to mi się pięści same
      zaciskają!!!!! Co za totalna znieczulica, brak elementarncyh
      ludzkich uczuć. Nic tego nie tłumaczy: choćby mowili, że zarobieni
      byli po łokcie i zmęczeni długim dyżurem, że mieli akurat kilka
      takich przypadków, że to "tylko" rutyna.. nic nie tłumaczy takiego
      potraktowania kobiety i jej dziecka!!!!! NIC.
      Ja swój pobyt w szpitalu też wposminam nie najlepiej. Mądą decyzję
      podjęła lekarka w szpitalu, do którego w nocy trafiłam (sączące się
      wody). Zaleciał natychamist jechać do szpitala o III stopniu
      referencyjności. Tam faktycznie moje dziecko miało większe szanse,
      ale kobiety traktowane były zimno, obojętnie, bezdusznie. W ciągu
      dwóch tygodni na patologii ciąży unikano jakichkolwiek odpowiedzi na
      moje pytania, nie zauważano moich łeż, nikogo nie obchodził mój
      strach i obawy. Miałam to szczęście, że mimo tej zniczulicy w
      odpowiednim momencie podjęli jednak decyzję o cc. Dali Kubusiowi
      szansę, ktorą on wykorzystał. Przez pięć dni, w czasie których nie
      mogłam pokonać dzielących mnie od dziecka pięter (silna anemia po
      cc, nie mogłam nawet zgiąć ręki czy kolana, taka byłam słaba). Z
      OIOMu zaro wiadomości, nikt nie zszedł do mnie by poinformować mnie
      o stanie dziecka (litościwie raz zajrzał do mnie anestezjolog z
      operacji, pocieszał - fajny facet). Tatusiowi kubusia lekarz na
      OIOMie powiedział, żeby nie przychodzić, bo czymś dziecko zarazimy,
      żeby NIE DOTYKAĆ DZIECKA!!! Mój mąż tak się przestraszył, że jeszcze
      długo bał się choćby stanć przy inkubatorzesad
      Udało nam się przenieść kubusia do innego szpitala. Tam po raz
      pierwszy miałam dziecko na rękach (cudowne uczucie....). Tam mówiono
      nam o wszystkim i bardzo się nami opiekowano. ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO
      nauczyłam się własnie tam. Jak kangurować, jak pielęgnowac, jak
      masowac, jak zmieniać w inkubatorze pieluszkę. Wreszcie po ponad
      dóch miesiącach - pielegniarki nauczyły nas kąpać dziecko...
      Po samej operacji pamiętam jeszcze oprocz gburowatych lekarzy
      gburowatą położna, która nie wierzyła, że nie mama siły utrzymać się
      na nogach, więc przez kolejen dwa dni dwa razy dzienne usiłowała
      mnie pionizować. Ja mówiła, że słabo się czuję, ona na mne
      pokrzykiwała że "robię cyrki i symuluję". Koniec był zawsze taki
      sam - wielkie łup i mdlałam na szpitalnej podłodze. A ona mimo to
      nie wierzyła, że nie mam siły wstać z łóżka.. Szorstka, niemiła
      kobieta dal której moje łzy i strach o dziecko
      były "histeryzowaniem'. "Niech pani nie histeryzuje", "koniec tego
      popiskiwania (tak mówiła, gdy płakałam pod kołdrą), "nie rób panna
      cyrków". Z drugiej strony cudowne pielęgniarki na patologii
      noworodka...
    • ania.silenter Re: Kochane położne... 31.01.09, 18:07
      Rodziłam w Warszawie. 2 razy.
      Ola - Orłowskiego - patologia ciąży: cały personel od pielęgniarek po lekarzy
      super, super, super. Położnictwo: położne - koszmarnie chamskie i nieempatyczne,
      jeden lekarz o znanym nazwisku podobnie,ale reszta lekarzy ok. KPN w IMiDz -
      fantastyczny zespół od salowych, przez pielęgniarki po lekarzy i samą szefową -
      prof. Helwichsmile.
      Do dziś mam przed oczami taką scenkę: przychodzimy z mężem do Oleńki,która
      wychodziła z sepsy a w sali pusto. Czując, że uginając się pode mną nogi i robi
      się nagle ciemno przed oczami słyszę głos jednej z pielęgniarek, która
      przybiegła do nas "proszę pani, Ola jest w innej sali, lepiej się poczuła to
      przenieśliśmy ją z separatki do sali ogólnej"smile. Do dziś jestem jej wdzięczna za
      to, że pomyślała o mnie i moich uczuciach.

      Ada - Bielański - patologia ciąży: super, położnictwo - tragiczne położne,
      wstrętne babskasad.
      • verka77 Re: Kochane położne... 31.01.09, 21:03
        u mnie tez fatalnie ...przed porodem i w trakcie wymowne spojrzenia i dialogi
        szeptem miedzy sobą, jakby mnie tam nie było i o mnie nie chodziło, a treśc
        dialgow..żenująca ("uuu fatalanie, ojejeje, brzuszka prawie nie widac - ona
        rodzic ma ? , po urodzeniu : ojej jaki maly i ciszaaaaaaaaaaaaa, na moje pytania
        czy dziecko da rade/przezyje - CISZA! ) , w sali pooperacyjne przez dni mijano
        mnie łukiem na obchodzach, lezałam z paniami karmiącymi swoje tusciutkie bobasy,
        a sama moglam tylko zagladac przez inkubtor na koncu korytarza do maluszka -
        żaden lekarz/polozna/pielegniarka do mnie nie przysly ani raz cokolwiek
        powiedziec/zaptyac itd ( nie licząc podawania lekow...paralizowal mnie strach o
        dziecko wiec zostawiłam to tak, choc troche żąłuje bo dzis pewnie cierpią tam
        inne mamy wczesniaczkowsad
    • agao0972 Re: Kochane położne... 31.01.09, 21:44
      Chciałbym jeszcze dodac, że równie miło było nna pataologii ciąży.
      Wprawdzie byłam tam niestety tylko tydzień, (11 lat temu spędziłm
      tam 3 tyg.) Położne, podobnie jak na noworodkach równie miłe i
      troskliwe. Całe szczęście, bo huśtawka nastrojów jaką przeżywałam
      wówczas była straszna. Jedynie raz usłyszałam kilka niezbyt fajnych
      słów i to od samego profesora, który był na obchodzie. Pytałam go
      wówczas jakie szanse przeżycia ma moje dziecko i usłyszałam , ze
      bardzo, bardzo małe. Poczułam się kabym dostała obuchem. Naszczęście
      moja lek.ginekolog, która mnie prowadziła pracuje w tym szpitalu i
      baaaardzo mnie wspierała i dawała nadzieję. Poya tym w dzień
      cesarki wielką nadzieją natchnęła mnie pani która rozwoziła posiłki.
      Wiadomo, ze byłam wówczas w totalnej rozsypce, pełna czarnych myśli.
      A ona powiedział mi coś takiego co pozwoliło mi na odrobinkę wiary w
      powodzenie. Zawsze i każdemu będę chwalić szpital, personel
      ginekologii na szczecińskich Pomorzanach.
      • kasia284 Re: Kochane położne... 31.01.09, 22:07
        Nigdy tego nie zapomnę, patologii nie pamiętam za bardzo raczej
        wszyscy obojętni. Natomiast opieka neonatologiczna - podobno bardzo
        dobra, szkoda tylko,że nie dla rodziców. Pamiętam wiadomości
        podawane z wielką łaską, wyczekiwanie pod pokojem ordynator
        godzinami, traktowanie mojej osoby ech szkoda pisać np. co pani wie
        moze wiedzieć o wylewach, co pani da ,ze ja powiem którego stopnia
        jak nie ma pani pojęcia o tym itd...., oj nigdy nie zapomnę jak
        mówiła do mnie, ze mam się liczyć ze wszystkim, a moje łzy zalewały
        policzki i zero pocieszenia, mina lekarza wyjdź bo nie mam czasu
        patrzeć jak ryczysz. Byłam grzeczna tylko ze względu na Kubusia,
        pielęgniarki na 20 chyba ze 3 miłe. Reszta, chyba z 4 razy zdarzyło
        mi się wybiec z sali z rykiem. Ciągle poganiały, zwracały uwagę, oj
        nie zapomnę tego. Najchętniej teraz poszłabym tam i wygarnęła co
        myślę o nich. No i to, że lekarz widząc mamusie na korytarzu
        najchętniej zapadłby się pod ziemię. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć
        tego, przeciez też są rodzicami. Wyczytałam oczywiście, żę mogę
        Kubusia kangurować, bo przecież nikt nie raczył mi tego
        zaproponować. To siostry patrzyły na mnie jak na tą, co to przyjdzie
        i będą miały dużo roboty( wyjęcie z inkubatora z kabelkami to
        straszna praca), oczywiście zdarzały się wyjątkii, tym siostrom
        bardzo dziękuję. Pamiętam jak z innymi mamusiami liczyłyśmy
        zmiany,żęby przychodzić, kiedy będą te dobre. Smutne to.
        • agao0972 Re: Kochane położne... 01.02.09, 13:01
          Niedowiary, Boże , ale Ci współczuję. Ja piersze informacje o stanie
          mojego maleństwa miałam już 15 minut po cięciu. lekarka zeszła do
          mnie i wszystko wyjaśniła. Spokojnie i rzeczowo. I zawsze ilekroć
          miałam jakieś zapytania zostałam wysłuchana z cierpliwością
        • agajedi Re: Kasiu, gdzie leżał maluszek 01.02.09, 13:27
          tzn. w którym szpitalu?
          • kasia284 Re: Kasiu, gdzie leżał maluszek 01.02.09, 14:06
            W Lublinie, ale nie chę pisać dokładnie gdzie, bo i po co. Opieka
            neonatologiczna tam jest podobno bardzo dobra, więc to
            najważniejsze, ja się nie liczę. Mam tylko o to jak mnie traktowano
            wielki żal!!! A zdjęć też nie wolno było robić, po kryjomu zrobiłam
            Kubulkowi! Pozdrawiam gorąco! Dlaczego pytasz o to?
            • agajedi Re: Kasiu, gdzie leżał maluszek 01.02.09, 15:09
              Bo ja też z Lublina i poza naprawdę nieistotnymi drobiazgami nasze opinie bardzo
              się różnią. Dlatego pytam.
              • kasia284 Re: Kasiu, gdzie leżał maluszek 01.02.09, 16:03
                Agnieszko czytałam, jestem pewna,że nie rodziłyśmy w tym samym
                szpitalu, choć Panie neonatolog były miłe dla dzieciaczków. Ja mam
                żal do lekarzy i pielęgniarek o to jak traktowano rodziców, wielki
                żal. Zresztą na zdjęciu z inkubatorka chyba widać skrót nazwy
                szpitala na rogaliku)))Pozdrawiam i mam nadzieję,że na wiosnę
                pójdziemy wszystkie na spacer)))
    • ebacki Re: Kochane położne... 31.01.09, 22:33
      Rzadko sie tutaj udzielam, ale to jest temat, ktory pomimo uplywu czasu ciagle
      bardzo boli...

      Mnie rowniez, jak wiele mam wczesniakow, polozyli na sali z innymi matkami i ich
      dziecmi - to byl taki bol, ktorego nie potrafie opisac slowami. Ja mojego
      dziecka nie widzialam przez 12 dni, zostalo przewiezione do innego szpitala, za
      to musialam patrzec na szczesliwe rodziny wokol. Nie wiem czy ktokolwiek z
      personelu choc przez chwile pomyslal o tym, co ja czuje...


      Lekarzy, ktorzy opiekowali sie moim dzieckiem nie wspominam milo, bo nie
      potrafie milo wspominac tamtych miesiecy, ale uwazam ich za fachowcow i jestem
      im wdzieczna. Natomiast pielegniarki...hmmm....wykonywaly swoja prace, jedne
      lepiej drugie gorzej, ale nie widzialam tam zadnej czulosci, wielkiego
      poswiecenia, a slow jednej z nich nie zapomne nigdy. Kiedy ktoregos dnia moje
      dziecko bylo bardzo niespokojne, placzliwe, a ja probowalam je jakos wyciszyc
      mowiac do niego i bardzo delikatnie przykladajac reke podeszla poirytowana i
      powiedziala: "moze dalaby pani temu dziecko wreszcie swiety spokoj!". W tamtym
      momencie wydawalo mi sie, ze zaraz peknie mi sercesadsadsadsad. Dodam tylko, ze nikt
      nie mogl nam zarzucic, ze zbyt duzo bodzcow wysylamy do naszego dziecka, bo
      wiedzielismy dokladnie, ze nadmierne pobudzanie glaskaniem itp nie musi byc dla
      wczesniaka przyjemne.

      To juz ponad 2 lata, aja nie potrafie sie z tym wszystkim uporac...
    • ag0000 Re: Kochane położne... 31.01.09, 23:35
      heja jestem z olsztyna mimo tak okropnych chwil związanych z porodem mam miłe
      wspomnienia urodziłam córkę w jednym ze szpitali lekarze położne naprawdę nie
      mam nic do zarzucenia i miałam to szczęście że nie było na sali matek z dziećmi
      tylko dziewczyna której dziecko też było na oiomie tak przez kilka dni a na sam
      koniec pobytu zapytali się czy mogą dać do mnie mamę z dzieckiem bo nie ma
      miejsc, zgodziłam się trzeba być człowiekiem. Maleństwo po kilku godzinach
      zabrali do szpitala dziecięcego bo tam miał lepszą opiekę. I w tym szpitalu nie
      spotkałam się ze złym traktowaniem wręcz odwrotnie wszyscy byli mili odpowiadali
      na nasze pytania doradzali itd.Pamiętam jeden z wątków jak jedna z sióstr po
      "oporządzeniu" naszej kruszynki powiedziała nam < a teraz proszę pytać postaram
      się odpowiedzieć na wszystkie pytania > to było miłe i tak samo było z lekarzami
      zawsze cierpliwie odpowiadali.Nigdy nam nie powiedziano że jesteśmy tam za
      często że przeszkadzamy.Teraz chodzimy odwiedzać "ciotki" bo tak się nazywały
      pielęgniarki jest sympatycznie,miło nas witają zwłaszcza naszą córcię to wielka
      radość widzieć jak się cieszą ze swoich"podopiecznych".jestem im bardzo
      wdzięczna za ich pomoc i wyprowadzenie córci na prostą, a przecież nie tylko
      moja mała tam była i nie same wcześniaki.Nie które z nas mają lepsze
      doświadczenia inne nie ja chyba miałam szczęście.
    • mama_janka007 Re: Kochane położne... 31.01.09, 23:46
      noz w kieszeni sie otwiera czytajac opwiesci o waszych
      doswiadczeniach...
      myslalam, ze polozenie matki po cc z wczesniakiem w inkubatorze albo
      takim ktory zostal przewieziny do innego szpitala to sporadyczny
      czeski blad organizacyjny. wierzyc az sie nie chce sluchajac o tej
      ignorancji... jak mozna?????????
      mnie wpakowano zaraz na ginekologie i z polozniczym nie mialam nic
      wspolnego. i DZIEKI BOGU... nie wyobrazam sobie tego co musialyscie
      czuc kiedy inne matki tulily swoje malenstwa... boze jakie to jest
      nieludzkie!!!!!! mi juz pomiedzy przypadkami czyszczenia macicy a
      wycieciem krwiakow itp trudno bylo sie pozbierac po cc czekajac
      dokladnie 2 doby na wyjscie do mojego krasnala ktory walczyl o zycie
      bez mojego wsparcia w innym miescie. faszerowano mnie przy tym tak
      skutecznie morfina, ze nie czulam nie tylko bolu ale i calego ciala
      a w nocy wydawalo mi sie, ze umieram- takie skutki uboczne bycia na
      haju, jednak reagowano na kazde moje pojekiwanie i NATYCHMIAST
      przybiegala siostra z zastrzykiem pelnym cudownosci- w odroznieniu
      do personelu mamy cudownego misia. jedyny raz kiedy poczulam wtedy
      bol, to przy wyciaganiu drenazu, kazano mi krzyczec bo bedzie
      latwiej. ale bylo to w sumie na moja prosbe wiec to inny temat.
      uslyszalam nawet jak zastanawiano sie nad polozeniem mnie dokladnie
      naprzeciw dyzurki pielegniarek bo stan byl nieciekawy po utracie
      krwi- 2 litry byly krwotokiem w samej macicy, ale pielegniarki
      poszeptaly z anestezjologiem, ze byloby to blizej drzwi na korytarz
      na ktorym moglabym uslyszec placze maluchow z poloznictwa pietro
      nizej... wyladowalam wiec nieco dalej ale co 30 minut mialam obok
      pielegniarke ktora inne pacjentki na sali uwrazliwiala na to zeby
      wolac pomoc jezeli bede zbyt niespokojna. dbano o mnie w gliwickim
      szpitalu naprawde na 5+, mimo ze tak naprawde nie zdawalam sobie z
      tego wtedy sprawy...
      dziewczyny, pelen podziw i szacunek dla was za to, ze potrafilyscie
      udzwignac to w co wpakowali was jacys bezmozgowi, nieludzcy
      ignoranci... jak mozna.... ????? po prostu brak mi slow ....


      target="_blank">fotoforum.gazeta.pl/photo/1/ki/ed/2xaf/d4Xri1b7JMohPi
      fskX.jpg"</a> alt="mezczyzna moejgo zycia....." title="mezczyzna
      moejgo zycia....." /></a>
      • mama-cudownego-misia Re: Kochane położne... 01.02.09, 09:39
        A wiesz co, mi chyba nawet tak bardzo nie przeszkadzało leżenie na wspólnej
        sali. Strasznie byłam samotna, a na sali się od razu zakumplowałam z dziewczyną
        z łóżka obok, która wprawdzie urodziła zdrowe śliczne bobo, ale była bardzo
        nieszczęśliwa, bo ją mąż wkurzył. Jej nie wolno było spać, bo sie z niej krew
        lała, ja nie mogłam spać z bólu, więc przegadałyśmy całą noc. Jakoś raźniej było.

        Za to tekst babci innej dziewczyny leżącej na sali zasługuje na wyróżnienie w
        kategorii "kretynka roku". Podeszła do mnie taka rozanielona i zaczęła
        trajkotać, że pewnie bardzo się cieszę, że tak szybko się "uwinęłam" z ciążą i
        że nie będę mieć rozstępów. I jeszcze się obruszyła, że "hormony grają" i
        "młodzież niewychowana", jak na nią nawarczałam, że się "strasznie, k... ,
        cieszę". Jakby nie to, że się nie mogłam ruszać, to chyba bym ją sprała basenem
        po tym utapirowanym łbie... uncertain

        Ale te Gliwice to naprawdę sensownie zorganizowane... Może się tam z drugą ciążą
        przeniosę.
        • ann_a30 Re: Kochane położne... 01.02.09, 10:06
          Ja pisałam b. pozytywnie o porodzie Achilka, o wsparciu, itp. Ale słów mi brak,
          by ująć, jak mnie potraktowano przy narodzinach pierwszego dziecka... Ale wtedy
          właściwie poród w terminie, dziecko zdrowe, to i człowiek tak się nie przejmuje
          tym, co widzi, bo zaraz wychodzi do domu... Ale takie osoby to pewnie nie mają
          względu na nic, nawet dla matki dziecka z problemami by nie miały litości. A w
          ogóle dlaczego ja nie zgłosiłam pewnej sprawy wyżej, skoro to było nielegalne?
          Ale kto myśli racjonalnie przy porodzie..?
    • blaszka0662 Re: Kochane położne... 01.02.09, 00:17
      Ja rodziłam w Kielcach na Kościuszki. Mój pobyt miesięczny oceniam dobrze. Do
      szpitala trafiłam 5 dni przed porodem, bo przestałam czuć ruchy dziecka. Z izby
      przyjęć pielęgniarka po zbadaniu tętna dziecka prawie odesłała do domu ale na
      szczęście po chwili zawróciła mnie z korytarza, mówiąc, że może jednak będzie
      lepiej jak mnie jeszcze zobaczy lekarz. A ten dzięki Bogu, bez badania od razu
      położył mnie na obserwację. Pomimo, że to była niedziela, to zadzwoniłam do
      mojego lekarza i powiedziałam o wszystkim. On zadzwonił do dyżurującego i po
      chwili oddzwonił i powiedział czego się dowiedział i że na drugi dzień
      przyjedzie i mnie zbada. W piątek było już bardzo źle i mój lekarz powiedział,
      że trzeba będzie mnie rozwiązać i że lepiej to zrobić dziś, bo ma dyżur lekarka,
      która ma bardzo duże doświadczenie na oddziale intensywnej terapii noworodków.
      Zrobił to bardzo delikatnie, mówiąc że to dla dobra dziecka. Nie powiedział mi
      wtedy jak naprawdę źle ze mną było i jak duże zagrożenie dla dziecka, ale to
      dobrze, bo ciśnienie by mi chyba jeszcze bardziej skoczyło. Mój lekarz pomimo
      tego, że nikt go o to nie prosił, przyjechał zrobić cięcie w piątek o 21:00. Na
      drugi dzień też się pojawił u mnie, porozmawiał i powiedział, że mały sobie
      radzi i że będzie dobrze. Za całą opiekę jestem mu bardzo wdzięczna i polecam go
      innym dziewczynom (dr. Kowalski). Mocno za to zdenerwowała mnie pielęgniarka,
      która odprowadzała mnie na salę operacyjną, pytając "to chłopczyk czy
      dziewczynka". Jak jej powiedziałam, że chłopak to ona na to że dziewczynki są
      silniejsze sad Jak urodziłam, usłyszałam płacz dziecka, a po zbadaniu lekarka
      położyła mi go na piersi na krótką chwilę, ale mogłam go zobaczyć i dotknąć smile
      a następnie poinformowała mnie krótko o stanie dziecka smile i że będę na bieżąco
      informowana co się z nim dzieje. Jak tylko mogłam wstać to nie musiałam się
      przypominać tylko pielęgniarka przyjechała po mnie wózkiem i zabrała do dziecka.
      Lekarka dyżurująca powiedziała mi, że mogę zostać w szpitalu tak długo jak
      dziecko i żebym jak najwięcej czasu u niego spędzała, mówiła, dotykała. Dwa razy
      dziennie po obchodzie i wszystkich badaniach byłam informowana o stanie dziecka.
      Tatuś dziecka też był proszony o jak najczęstsze odwiedzanie małegosmile Po kilku
      dniach sama już zajmowałam się małym, pomimo tego że był w inkubatorze,
      podłączony do kroplówek i maszyn. Lekarka przydzieliła mi jedną siostrę, która
      miała mnie nauczyć opieki nad dzieckiem. Jak mały mógł opuścić intensywną
      terapię, był przy mnie w inkubatorze i wtedy to już można powiedzieć niewiele
      się nami zajmowali, ale to dlatego żebym nabierała wprawy. Siostry, zawsze gdy
      poprosiłam o pomoc, czy miałam pytanie zawsze znalazły dla mnie czas. Tylko raz
      zdarzyło się, że opuściły jedno karmienie, przez co mały tak się darł, że
      włączył alarm i mnie obudził, a spałam dwa pokoje dalej, a siostrzyczki sobie
      wtedy w najlepsze spały. Ale się wściekłam! Na szczęście więcej wpadek nie było.
    • mamaroksanki84 Re: Kochane położne... 01.02.09, 14:26
      Dziewczyny czytam wasze historie i rycze jak bóbr... Przezylam podobna historie
      i nadal mnie ponosi jak wogole o tym opowiadam. Prawie rok temu trafilam do
      szpitala na patologie z powodu okropnego bolu plecow. Bez zadnej konsultacji
      urologicznej przez caly pobyt ( ok 3 tygodni) lekarze twierdzili ze to kolka
      nerkowa i codziennie dostawalam dwie kroplowki. Kiedy pytalam czy nie zaszkodzi
      to dziecku i co to jest mowili spokojnie wiemy co robimy. Polozne niektore byly
      ok ale wiekszosc beznadziejna. Kiedy wlasnie po 3 tygodniach bol nie
      przechodzil na badaniu wyszlo ze skraca sie szyjka macicy ja jeszcze nie
      zdawalam sobie sprawy co sie dzieje. Dostalam feonoterol i lezalam z nogami w
      gorze. Pod lozko podlozyli jakies drewniane klody. Myslalam ze sie udusze .
      Brzuch podejrzanie szybko mi rosl ale nikt nie zwracali na to uwagi. Po 7 dniach
      w nocy nie moglam spac jakos dziwnie mnie wszytsko bolalo jak przy miesiacznie.
      Jeszcze nie wiedzialam ze mimo fenoterlu dostalam skurczy rano o 5 pekl mi
      pecherz. Kiedy kolezanka z pokoju poszla po polozna ta zaspana wyszla z pokoju i
      z nerwami stwierdzila ze histeryzuje i ze pewnie sie posikalam!!! O malo zawalu
      nie dostalam zaczelam plakac i prosic ja aby wezwala lekarza a ta na to ze i tak
      nie przyjdzie. Po wielu prosbach w koncu udalo mi sie ja przekonac. Pojechalam
      na badanie mialam juz rozwarcie na 2 centymetry pekniety pecherz coraz
      silniejesze skurcze. Druga polozna byla bardzo mila zaczela mnie pocieszac ale
      ja juz wpadlam w czarna rozpacz. To byl dopiero 23 tydzien. Kiedy lekarze
      przyszli na obchod dopiero sie mna zajeli czyli ok 9 rano wzieli mnie na badanie
      i stwierdzili na usg ze to niemozliwe ze mi pekl pecherz bo mam za duzo wod
      plodowych wrecz nasmiewali sie ze mnie ze paniki narobilam ale jak mnie zbadali
      ginekologicznie to do smiechu im nie bylo. Dziewczyny jak oni mnie upokorzyli.
      Ciagle mi wmawiali ze ja sie psikalam w majtki!!!! Ordynatoer caly spanikowany
      szybko latwil karetke bo rozwarcie bylo juz na 3 cm. Mialam 4 razy wiecej wod
      plodowych niz powinnam miec a oprocz tego o malo mi krazenie nie wysiadlo!!!!
      Trafilam na polna i nie narzekam na pobyt tam. Wytrzymalam tylko tydzien. Do tej
      pory nie moge sobie wybaczyc, Czesto mysle o tym wszytskim i obwiniam siebie ale
      juz nic ani nikt tego nie zmieni. Na Polnej dowiedzialam sie ze moja kochana
      corunia prawdopodobnie ma zrosniety przelyk i ma jakiekolwiek szanse jesli
      wytrzymam prznajmniej do 32 tygodnia. W poniedzialek 18 lutego rano dostalam
      silnych skurczy mimo lekow podawanych na powstrzymanie o 13 jechalam na
      porodowke z 8 cm rozwarciem. Caly szpital slyszal jak glosno wylam ale nie z
      bolu tylko z rozpaczy. Blagalam Boga zeby mi jej nie zabieral... Kiedy urodzilam
      nie slyszalam nic tylko glucha cisza i niezbyt pocieszajace miny lekarzy i
      pielegniarek. Ale malutka poradzila sobie. Na intensywnej terapi spedzilysmy
      ponad 2 miesiace. Raz bylo lepiej jesli chodzi o opieke raz gorzej. Ale
      generalnie nie narzekam. Poznalam mnostwo wspanialych mam ktore nie raz mi
      pomogly pozbierac sie, ogarnac to wszytsko. W sumie to wlasnie mamy najbardziej
      podtzrymywaly sie na duchu. Kazda przezywala tragedie ale potrafila pwiedziec
      mile slowo drugiej. Duzo bym zmienila w zachowaniu personelu ale wiem ze
      niektore pielegniarki zasluguja na wielki szacunek. Jesli chodzi o opieke ciągla
      gdzie trafilysmy pozniej to porazka. Zero zrozumienia ciagle skargi na polozne
      ale to dlugoby pisac. Jak zwykle zdarzaly sie wyjatki lae generalnie wiekszasc
      kobiet powinna pomyslec o zmianie zawodu jesli przeszkadza im np placz dziecka.
      Kiedy zapytalam czy moge wziasc Roksane na rece ta odburknela ze przeciec jest
      cicho to niech lezy. Zero zrozumienia. Tyle czasu czekam zeby wziasc mojego
      aniolka na rece poprzytulac. Na intensywnej mimo wielu urzadzen podlaczonych do
      dziecka nie bylo z tym problemow. Ach szkoda slow. Mam nadzieje ze juz niedlugo
      to sie zmieni. Niedawno bylysmy na polnej z mala i nikt nawet nie wyszedl zeby
      zobaczyc mala tylko pani ktora na recepcji siedzi tzn wpuszcza i wypuszcza
      rodzicow podeszla oraz pani z kuchni mlecznej. Bardzo milo nas przywitaly.
      Pielegniarki pewnie zajete bylysad( Na szczescie w tym ciezkim dla nas okreesie
      znalazly sie przyjazne duszyczki i za to i dziekuje
    • asiamuc Re: Kochane położne... 01.02.09, 16:39
      Ja mam zdecydowanie dobre zdanie o Paniach położnych.Za równo na
      ginekologii jak i na położnictwie.
      Zuzak tak naprawdę, kiedy udało mi się już spokojnie to wszystko
      przeanalizować, urodziła się wcześniej, w związku z niekompetencją
      mojego lekarza prowadącego.Przyjechałam do niej na kolejną wiztę, z
      bólmi,ale ona stwierdziła ,że to są bóle przepowiadające(w 35
      tygodniu)i mimo tego ,że jej mówiłam,że one stają się regularne, to
      mnie uspakajała i jeszcze przy tzw okazji zrbiła mi pęndzlowanie
      nadżeki(tak się wyraziła).Wieczorem jechaliśmy z mężem do szpitala
      bo już wiedziałam, że coś się dzieje i miałam rozwarcie...Dali mi na
      wyciszenie i skurcze się uspokoiły, a rano zabrali mnie na trakt
      porodowy bez badania.Na szczęscie nadeszła zmiana lekarzy i tutaj
      pojawiają się moje Aniały- Położne, które poprosiła nowego lekarza
      żeby mnie cofnoł z traktu bo sukurcze są żadsze, że może warto
      poczekać(wiecie jak strasznie lekarz lekarzowi nie lubi podważać
      decyzji, na szcześćie ten był ok).I dzięki nim wróciłam na patologie
      dostałam zastrzyk na rozwój płuc dziecka. Nawet przeniosły mnie na
      inną sale (we wcześniejszej jak mnie wywozili jedna z dziewczyn
      pożegnała mnie słowami ''leżysz na pechowym łózku na pewno stanie
      się ci coś złego" i trafiłam na salę w której dziewczyny strasznie
      mnie wspierały.Wytrzymałam tylko trzy dni, ale Zuzik urodziła się w
      całkiem niezłym stanie.Ulokowano mnie w sali tylko z jedna mamą(w
      szpitalu nie ma innej możliwości)ale mnie to nie przeszkadzało bo i
      tak cały czas spedzałam na oddziale nowrodków, gdzie siostry uczyły
      mnie jak opiekować się i karmić mojego malucha, bez
      nerwów,spokojnie,fachowo.Pozwoliły mi nawet obserwować kąpiel
      maluchów(dzięki temu przestałam się bać, że mogę zrobić krzywdę
      ZuikowismilePani doktor fantastyczna osoba, spkojnie tłumaczyła, jakie
      badania, co z nich wynika- opieka neonatologiczna super.
      Dzięki temu że Panie położne były takie wspaniałe nie wyobrażałam
      sobie żeby moje drugie dziecko urodziło się gdzieś indziej.
      25 grudnia urodziłam drugą córeczkę, donoszona (40 tydzień) 62
      cm ,4000g wagismileNiestety podczas porodu doznałam rozejścia spojenia
      łonoweo i przez dwa tygodnie leżałm w szpitalu,plackiem ,nawet nie
      potrafiłam usiąśćsadPonownie, panie położne stanęły na wysokości
      zadania,jak nie było przy mnie rodziny podawały mi mała z wózka do
      karmienia o każdej porze, nie było z tym zadnego problemu.Jak
      malutka dostała kataru załatwiły dla mnie izolatkę(żebym nie wpadała
      w doła patrząc jak kolejna mama wychodzi o własnych siłach).W
      sylwestra pani doktor zaproponowała mi żeby mój mąż spędził go ze
      mnąsmile.Panie położne były pełne pośiwcęnia, spokojne, rzeczowe i
      kochane .Jestem im dozgonnie wdzięczna za opieka na moimi dziećmi i
      mnąsmile
      • an_7 Chyba miałam szczęście... 01.02.09, 21:12
        Leżałam drugi tydzień na patologii ciąży w jednym z podwarszawskich szpitali,
        kiedy stwierdzili, że bezpieczniej dla mnie i dla dziecka będzie przewieźć nas
        do szpitala z oddziałem dla wcześniaków. Byłam pewna, że trafię do którejś z
        warszawskich klinik. W końcu to tylko 20km. A tu niespodzianka: nie ma miejsc.
        Przestraszyłam się, że wywiozą mnie gdzieś w nieznane, do malutkiego miasta,
        gdzie nie będzie sprzętu dla wcześniaków.
        W ten sposób pierwszy raz odwiedziłam Sokołów. A tam - szok. Dostałam pojedynczą
        salę, żeby korzystanie z basenu nie było krępujące. Piętro wyżej sala dla
        wcześniaków z nowoczesnym wyposażeniem. Pielęgniarki i lekarze bardzo mili,
        odpowiadali na moje pytania, opieka też w porządku.
        Po CC leżałam najpierw na sali pooperacyjnej, a później w pojedynczym pokoju. Na
        szczęście, nie położyli mnie razem ze szczęśliwymi mamami.
        A najbardziej podobało mi się to, że ok. 10 dni przed wypisaniem mojego synka do
        domu pozwolili mi "położyć się" z nim na oddziale dla wcześniaków. Mieliśmy
        osobny pokój, a położne uczyły mnie, jak opiekować się maluszkiem. Nawet budziły
        mnie na karmienia. Aż trudno uwierzyć, że to państwowy szpital.
        Chyba miałam szczęście...
    • niuniadr Re: Kochane położne... 01.02.09, 20:56
      Zbierałam się cały dzień, ale jednak i ja postanowiłam napisać
      Na patologii ciąży spędziłam zaledwie 4 dni, bo tylko tyle udało się
      odwlec poródsad Jesli chodzi o położne, to były bardzo miłe (z małymi
      wyjatkami), lekarze obojętni. Najgorsza była noc przed porodem, 3
      razy szykowano mnie na cesarkę, ale po telefonie do mojego lekarza,
      zaniechano dalszych czynności, bo chcial za wszelką cenę
      przetrzymać do 40 tc, pomimo słabnacego tętna u dzidzi i moich
      duszności oraz silnego bólu brzucha.Zrobiono mi badania, zakarzenie -
      leukocyty 36 tys, ale nikt nie zwrócił na to uwagi, dopiero
      kardiolog poproszony o konsultację. Cesarka na drugi dzień, szybka
      decyzja ordynatorki i chirurga, urodził się Hubcio.Nie widziałam go,
      nie wiedziałam co się z nim dzieje, w jakim jest stanie...byłam
      przerażona.Zostałam umieszczona na sali razem z 5 mamami, które
      tuliły swoje rózowiutkie bobaski, a ja wyłam z bólu, przerażenia i
      rozpaczy.Hubcia urodziłam o 11:50 a po moich nieustannych
      błaganiach, neonatolog przyszła do mnie dopiero po 21 i oznajmiła,
      ze urodziłam wczesniaka(co było oczywiste) i stan jest bardzo
      ciężki. Męża nie mogłam też zobaczyc, bo musiałam leżeć po
      klasycznym cc, a odwiedziny tylko w pokoju odwiedzin a nie w salach.
      W 2 dobie o 00:30 przyszła do mnie lekarka i zapytała, czy chcę się
      pozegnać z synem, bo on przecież umiera, powiedziała to tak jakby
      było to dla mnie oczywiste...ach nigdy nie zapomnę jej słów.Podjęto
      decyzje o transporcie do innego, tylko dziecięcego szpitala
      klinicznego.W 4 dobie po cc wyszłam na własne żądanie, pomimo
      antybiotyku, zakazenia, wysokiej anemii, lekzrze byli bardzo mili i
      wyrozumiali, jednak nie chcieli się zgodzić na moje wyjście, ale
      kochane położne się za mna wstawiły i poparły moje działanie.W
      dziecięcym szpitalu na OITN opieka była na 5+ a nawet na 6. Pełne
      zaangażowanie i poświęcenie kochanych cioć, lekarze oddani swojej
      pracy a Pan ordynator, to wspaniały człowiek, to on uratował mojego
      Hubcia, bo miał wtedy dyżur jak go przywieźli w krytycznym
      stanie.Informacje o stanie dziecka przekazywał w sposób ludzki,ale
      nie dawał nadziei, jednak od niego bije takie ciepło, ze sama
      rozmowa juz napawa optymizmem.Jesteśmy bardzo wdzięczni lekarzom i
      pielęgniarkom, którzy uratowali naszego szkraba.Za to patologia
      noworodka...ach...porażka i tyle.Wszystkiego trzeba było pilnować,
      pompy, która wyła przez pół godziny, pulsoksymetru, który był
      wadliwy a do tego stale zsuwał sie z raczki czy nóżki...,
      pielęgniarki opryskliwe i niesympatyczne...owszem były wyjątki, ale
      tych niestety było mało.A co do naszej lekarki prowadzącej, to wolę
      sie nie wypowiadać, pomyliła nazwiska przy wypisywaniu worków
      żywieniowych, wpisała datę urodzenia nie zgodną ze stanem
      faktycznym, a co do informacji o stanie dziecka, badaniach, to
      trzeba było wprost o nie żebrać. Ach, brak słów…nie wspominam tego
      dobrze.
      Ale sie rozpisałąmwink
      • 11anetta Re: Kochane położne... 01.02.09, 21:31
        U mnie bylo wszystko pogmatwane.Synek urodzil sie w dniu,w ktorym powinnam
        wracac do |Irlandii,w ktorej przebywalam.Kiedy dostalam krwotoku wezwalam
        karetke gdzie zawiezli mnie na Ligote w katowicach.Tak sobie pomyslalam,ze dadza
        mi cos na podtrzymanie wsiade w samolot i zaraz z lotniska do szpitala w
        irl.jakie bylo moje zdzieiwenie gdy powiedziano,ze ratuja mnie potem
        dziecko,szybka cesarka.Pobyt byl nijaki pielegniarki lataly jak w ukropie tyle
        mialy roboty,a lekarze totalny luzik.nastepny szok to to,ze wyworza mi dziecko
        do Bielska Bialej z powodu braku miejsc.Bylam zla jak diabli codziennie
        dzwonilam i pytalam ze lzami w oczach.Po 5dniach wypisali mnie wsiadlam w auto i
        widzialam synka pierwszy raz -potok lez.Potem codzienne dojazdy po 70km (cale
        becikowe poszlo na paliwo).Po 7dniach musialam wsiasc w samolot i leciec do
        irlandii zaltwiac macierzynski.Codziennie dzwonilam a bylam tam tydzien i
        umieralam z tesknoty.Wszyscy moji irlandzcy przyjaciele do dzisiaj pytaja o
        malego.Po przylocie w ten sam dzien a w auto u juz bylam u maluszka.Dodam,ze
        byly upaly a mi rana po cc sie klej ila strasznie i nie chciala gojic,A oddzial
        przecudowny jak tylko wchodzilam rano lekarka juz u mnie byla i informowala o
        wszystkim co sie dzialo,pielegniarki traktowaly dzieciaczki jak wlasne glaskaly
        itp.Siedzialam tam cale dnie dopiero tydzien przed wyjsciem moglam zamieszkac w
        hotelu w szpitalnym.Pielegniarki dbaly abym sie wysypiala,bo wiedzialy co mnie
        bedzie czekac po wyjsciu.Z calego serca dziekuje za opieke i zycie mojego
        dziecka.pozdr.
        • mama_janka007 Re: Kochane położne... 01.02.09, 22:05
          u mnie dokladnie to samo z tym powrotemsmile dokladnie dzien przed
          wyjazdem do niemiec ja dostalam krwotoku. i bogu mozemy dziekowac,
          ze spotkalo nas to dzien wczesniej, a nie np. na srodku autostrady/w
          samolocie... tak bylo nam pisane, bo w przypadki nie wierze....
        • achna72 Re: Kochane położne... 01.02.09, 23:58
          dlugo zastanawialam sie nad tym postem, no i ja dodam cos od siebie.
          rodzilam w DE trzy razy w tej samej klinice.
          2004r
          w 22tc odeszly mi wody. polozono mnie na odzial ginekologiczny.
          lekarze nalegaja na jak najszybsze rozwiazanie ciazy. nie daja malej
          ulamku szansy. traktuja mnie przedmiotowo, kolejny przypadek
          kliniczny.moje dziecko nazywaja ropniem, wrzodem, dziwia sie ,ze
          puszczaja mi nerwy i krzycze, placze. nikt nie zaproponowal wsparcia
          psychologa. w koncu im uleglam. Mala wazyla 350gr. za malo, aby
          starac sie o pochowek.choc minely cztery lata, to nadal bardzo
          boli.........
          2005 Jas
          ciaza podwyzszonego ryzyka. w 17tc zalozono mi szew, mam duzo
          polegiwac i nadzieja, ze dotrwam do 36tc. w pierwszym dniu 33tc
          nagle odchodza mi wody. wzywamy karetke. lekarz, ktory ze mna jedzie
          stara sie mnie uspokoic- " to juz skonczony 32tc, nie zmeczy sie
          pani wczasie porodusmile, wiem cos o tym, bo jestem ojcem wczesniaka z
          30tc"- jak mu bylam wdzieczna za te slowa! trafilam na polozniczy,
          dostalam sterydy i tokolityki i trzy dni pozniej mialam cc( przez
          ulozenie posladkowe). Jasiek urodzil sie zdrowy, po 3,5 tyg bylismy
          juz w trojke w domu. opieka nad nami tym razem byla genialna. caly
          personel byl pelen zrozumienia i choc marzylam o innym zakonczeniu-
          mam na mysli ciaze- to i tak ten okres wspominam jak najlepiej.
          2007 Maja
          nastepna ciaza, ponownie szew(18tc)i ponownie cel 36tc.
          ostatni dzin 27tc odchodza wody. wzywamy karetke, ten sam lekerz, co
          dwa lata temu, ale tym razem nic nie mowi, trzyma mnie za reke.
          trafiam na porodowke (nie mam skorczy),polozna kaze mi wstac z noszy
          i przejsc do lozka, ja kategorycznie odmawiam,a ona na to , ze
          pewnie jeszcze dzis urodze.bada mnie lekarka, stwierdza ze szew
          trzyma, dostaje sterydy, tokolityka, ampiciline i cc zaplanowane dwa
          dni pozniej.trafiam na oddzial polozniczy, czuje sie coraz gorzej,
          mam zapalenie oskrzeli, silne ataki kaszlu, crp gwaltownie rosnie.
          pielegniarki calkowicie obojetne. wyrecza je moj kochany maz.
          kilkanascie godz. przed planowana cesarka odchodza mi zielone wody.
          natychmiast trafiam na porodowke. szybka decyzja o cc. ja w totalnej
          rozsypce, boje sie o Maje. polozna przygotowujaca mnie do cc pyta,
          czy ma juz dziecko, ja na to,ze owszem syna, a ona na to, ze mam sie
          uspokoic, bo przeciez juz jedno dziecko mam(sic!).Maja dostaje 4pkt.
          jest natychmiast intubowana, stan krytyczny. trafia natychmiast na
          neonatologie,ja uspokajam sie nico, bo wiem, ze jest w dobrych
          rekach. ja wracam na oddzial i zaczyna sie dla mnie koszmar. musilam
          blagac o srodki przeciwbolowe- rana po cc i silne ataki kaszlu
          polaczone z dusznoscia- totalny brak zrozumienia i empatii.wszystkie
          piguly wiedzialy lepiej jak sie czuje-"niech pani nie przesadza"
          przy kolejnym ataku kaszlu dostalam syrop wykrztusny i
          paracetamol.po 48godz. wypisalam sie na zadanie.musze dodac,ze
          Maja, jak i Jasiek dwa lata wczesniej,mieli super opieke na
          neonatologii.na tym oddziale pracuja ludzie z powolaniem,pelni
          empati i zaangazowania.i nie pozostawiaja wczesniakowych rodzicow
          samych sobie, otaczaja ich niemal taka sama opieka jak Maluszki.
          zawsze mieli czas na udzielanie informacji, od pierwszych chwil
          zachecali do kontaktu z Maluchem, dodawali sil i wiary, motywowali
          jestam im bardzo wdzieczna.
    • jola23061978 Re: Kochane położne... 01.02.09, 22:54
      Mam i lepsze i gorsze wspomnienia co do ludzi z branży ale więcej
      niestety tych na nie.
      Ciąża zdrowa, wzorowa, książkowa, od 26 tyg zaczynają sie plamienia -
      czytam w necie że to infekcja, wypada galaretka - czytam o czopie i
      zbliżającym sie porodzie, dzwonie, panikuje, jade do lekarza - bada
      mnie, uspokaja, szyjka długa mocna, dzieci zdrowe wszystko Ok,
      wzsystko to norma w ciąży i na drugi dzień po wizycie podczas
      popołudniowej drzemki chlust....dzwonie do ginekologa a pani z
      rejestracji nie chce mnie z nim połączyć, wzywam karetkę.
      Schodze sama po schodach, siedze w karetce i podskakuje na wertepach
      w drodze, zawożą mnie na Dyrekcyjną. Dyrekcyjna chce nas odesłąc bo
      brak miejsc ale pan z karetki sie uparł że nie zgłosili wiec muszą
      znaleźć. Znalazło sie miejsce. Zaczyna sie pisanie formularzy, dupa
      mi moknie od wód choć sie przebrałam a pani pyta o pierwsza
      miesiączke, zawód - mam pustke w głowie.
      JAk zakończyliśmy formularze - czekam kupe czasu na zbadanie. Jakiś
      PAn zaczął badanie i sobie poszedł chyba zawołąc kolegę zostawiając
      mnie na fotelu z nogami szeroko. Ja czuje , że coś telepie mi sie
      k/nogi - myslę że to dzieci wyłaża - ale to tylko instrument do
      badania - przeciez PAn zaraz wróci.
      Jak mnie kładą na łózko - jedna wredna baba drze sie żebym sie nie
      ruszała bo dzieci pogubie. Inna miła mówi do tamtej daj spokój, skąd
      ma wiedzieć i głąszcze mnie po głowie. Skurcze mam co chyba 5 min.
      jakieś studentki mi mierzą zagadują a mi sie nie chce gadać, w nocy
      nie śpie , boli, mierze sama skurcze, mam wielkie wystraszone oczy,
      ta miła PAni mówi, żebym spróbowała zasnąc. Kroplówka z fenoterolu
      nie zatrzymuje skurczy, doktor każe podać inną na co pani jakaś tam
      mówi, że nie ma bo trzeba wypisac druki i zamówić, pytam czy może
      trzeba samemu kupić to nie ma problemu ale mówią , że nie trzeba.
      Po 3 kroplówkach i moich wymiotach stwierdzają , ze nie ma co czekać
      mam CRP 23 - cesarka. Atmosfera panje tam luzacka, opowiadają sobie
      kawały, robią swoje, instrumentariuszcze coś sie rozsypuje , czegoś
      nie może znaleźć, mówi, że dość ma tej partyzantki.
      Słysze płacz najpierw Kasi, potem wyszarpują OLiwię (zapierała się
      chyba wink i tez słysze jej płącz
      Mąż widzi jak wychodzą najpierw z jednym a potem z drugim
      zawiniątkiem i zapieprzają po schodach pietro wyżej a schodów jest
      tam troche.
      SAla wybudzeń przyjemna , PAni miła, zasypiam.
      Budzi mnie posągowa postać pani neonatolog - Prosze podac imiona,
      dzieci w stanie krytycznym,trzeba ochrzcić, podaje jakies nawet
      niewybrane wczesniej imiona :KAsia i Oliwia.
      PAni odchodzi zostawiając mnie w wielkim szoku, dziewczyny obok
      patrza na mnie, już nie moge zasnąc. Po paru godzinach jeszcze nie
      bardzo wolno ale pozwalają mi pojechać pietro wyżej na OIOM.
      MOje maleńkie córeczki śpią razem w otwartm inkubatorku:KAsia
      wieksza śniada spokojna łagodna pełne rysy w białym kapelusiku z
      falbanką , Oliwia w żółtym kapelusiku mniejsza bardziej różowa jakby
      ostrzejsze rysy twarzy, jakaś taka zadziorna i pewna siebie (nie
      bałam sie o nią bo czułam że sobie poradzi).
      Potem przenoszą mnie na sale do innych 3 mam ze zdrowymi dziećmi -
      ciężko ale nawiązuje z nimi kontakt, jedna jest bardzo kochana - ale
      boje sie każdego wejścia lekarza, peilegniarki, tak jak wtedy kiedy
      mówią, że ich możliwości sie wyczerpały (to o Kasi). Nie wiem o co
      im chodzi, przeciez Kasia sie rusza ale mówią że to maszyna tłoczy w
      nią tlen, że respirator na najwyższych obrotach,że mogę ją dotknąc,
      że miała wylewy. Nikt nie zaproponował mi że moge ją wziąc na rece,
      czego brakuje mi do tej pory, ja nie do końca rozumiałam, ze im
      chodzi o to, że ona umiera a może już umarła.
      Chce stamtąd uciec, dzwonie po męża, lekarze namawiają mnie żebym
      została i wybrała do końca augmentin.
      Potem wychodze, dziś wiem że to może był błąd, nie wiedziałam że
      można zostać w szpitalu, żeby być bliżej dziecka ale tez o to nie
      pytałam. Dla mnie w domu z mężem było łatwiej to przejść, teraz
      wiem, że dla OLiwii nie.
      Wiele pielegniarek było naprawde kochanych np. czarna Edytka, taka
      PAni blondynka co pierwszy raz po 2 m-cach dala mi Oliwie na rece i
      zawsze jak miała dyżur dawal bo chciałojej sie. W sumie może 1-2
      pleegniarki były takie chłodne i wrednawe dla dzieci, traktowały je
      jak kukiełki a tak towiekszośc kadry naprawde godna polecenia.
      Bardziej niż lekarze przychodzący raz na jakiś czas. Toraczej
      lekarzy obwiniam o niedopatrzenia, niechronienie oczu, zaniedbania,
      procedury które mogły wpłynąc na uszkodzenie oczu i mózgu Oliwii.
      Jak słyszałam teksty (lekarki prowadzacej na OIOM wykład ze
      studentami) "zawołajcie kogoś z dyżurki bo nie bede reanimowac
      dziecka bo mam wykład" to mi serce ściska. Dla takich ludzi to nie
      były cenne delikatne dzieciaczki tylko kolejne przypadki.
      A reszta rzeczy typu braki sprzetu, zaniedbania to pewnie trzeba
      zwalić na karb organizacji, za niskich płąc lub i ch braku , za
      naszej kadencji komornik siedział na dyrekcyjnej, płace były
      zamrożone, potem sanepid zamknał szpital ze względu na bakterie.
      MOże miałyśmy pecha.
      Wiem tylko, że nie dołożono nalezytej staranności żeby Oliwia była w
      miare możliwości jak najzdrowsza.
      Temat szpitala na Traugutta i KOrczaka to osobny rozdział ale w tym
      gąszczu ludzi trafiały sie takie perełki - lekarze, pielegniarki z
      powołania a przede wszystkim cięzko pracujący dobrzy ludzie i za to
      im dziekuje.

      Jola
      • traganek Re: Kochane położne... 02.02.09, 08:29
        Ja mam różne wspomnienia. Najpierw szok kiedy za 5 minut ma być
        robione cięcie cesarskie a położne dyskutują koło mnie "Nic z tego
        nie będzie, bo dzieci są za małe". Wg usg miały ważyć 500 g (ważyły
        prawie dwa razy więcej).
        Potem na OIOMie w większości super dziewczyny. Chociaż były i takie,
        którym nie chciało się podchodzić do wyjących monitorów. I takie,
        które się chwaliły jak to potrafiły nakarmić Zosię bez tlenu przy
        saturacji 30%. Albo takie, które przez 2 godziny nosiły Zosię po
        oddziale w momencie gdy miała zapalenie płuc i była mocno
        tlenozależna.
        Od 4 mca byliśmy z Zosią 24 h na dobę i wówczas było bardzo wiele
        ciężkich sytuacji.
        Pamiętam jak Zosia została przewieziona do innego szpitala. Leżała z
        tysiącem wkłuć, rurek, wyglądała jak kosmita. Płakała a ja chciałam
        ją przytulić. Przyleciała oddziałowa z wrzaskiem" Niech pani jej nie
        dotyka, czy nie widzi pani, że to dziecko pani nie lubi". Nie wiem
        jak mogła powiedzieć coś takiegosad
        Albo kolejna doba zapalenia płuc, Zosia lezy spokojnie i się do mnie
        uśmiecha a tu nagle decydują się przenieść ją na OIOM. Idę koło jej
        łóżeczka ale nie pozwalają mi być przy podłączaniu do respiratora.
        Wchodzę po 15 minutach a moje dziecko, które jeszcze przed chwilą
        cudownie się do mnie uśmiechało, lezy nieprzytomne pod respiratorem.
        Uspana tak, że mogłam kłuć ją paznokciem w stopę a ona wogóle się
        nie ruszałasad
        I jeszcze wciąż złośliwe komentarze pielęgniarek bo nie potrafiłam
        wykąpać Zosi z założonym centralnym wkłuciem, podłączoną do
        respiratora. Pielęgniarki wciąż mi mówiły "co z pani za matka, skoro
        nie umie pani wykąpać dziecka". Aż żal wspominaćsad
        • 11anetta Re: to jest horror.. 02.02.09, 11:06
          dziewczyny wspolczuje Wam ,ze musialyscie przez takie incydenty przechodzic.W
          takich przypadkach to jest dramat czlowieczenstwa inaczej nie umie tego
          okreslic.Jak rutyna moze spodlic czlowieka i jak dlugo nie mozna bedzie z tym
          nic zrobic?
    • tumigutek5 Re: Kochane położne... 02.02.09, 13:11
      Jak czytam posty niektórych z Was to bardzo, bardzo wam współczuję,
      nie wiem jak ja bym przeżyła taka znieczulicę.... Ja rodziłam trzy
      razy.Dwóch pierwszych synów w szpitalu miejskim, który zdobył nawet
      I czy II miejsce w plebiscycie "rodzic po ludzku",ale to było 14-13
      lat temu, dzieci donoszone ,więc nawet jak przy pierwszym porodzie
      gdy po dwóch godzinach od podania kroplówki, zaczęłam sie drzec ,że
      rodzę a pani położna ze stoickim spokojem stwierdziła, że to
      niemożliwe, bo pierworódki tak szybko nie rodzą - ja do niej " a
      jednak " - po 15 min było po wszystkim, to nie mam wrażenia że
      przeżyłam jakąś traumę. Drugi poród jeszcze łatwiejszy.
      Jednak teraz gdy ciśnienie skakało i w 16tyg trafiłam na
      patologię na obserwację, to jakoś podejscie lekarzy przestało mi się
      podobac, pielęgniarki też jakieś takie. Zasięgnęłam porady wśród
      znajomych rodzących niedawno i każdy polecał inny szpital. Jak
      zaczęły się problemy w 34tyd. (od jakiś czterech ciśnienie ciągle
      wysokie), plamienie i skurcze pojechałam do tego innego. I tu XXI
      wiek - oddział po kapitalnym remoncie, porodówka jak z
      marzeń.Przyjęła mnie pani ordynator, położyła mnie na porodówkę,
      ponieważ na patologii nie było miejsc. Zrobili wszystkie badania i
      po czterech godzinach przyszła ta sama pani dr. i powiedziała ,ze
      nie podobają jej się ani wyniki, ani ktg i woli aby maluchem zajęli
      sie pediatrzy niż miało by się coś stac w moim brzuchu.Ja byłam jak
      w transie, szybkie golenie i takie tam. Na sali operacyjnej
      anestezjolog bardzo miły , cały czas do mnie mówił, pocieszał, także
      pani dr, która wykonywała cesarkę. Gdy wyjęli Małego i w pierwszej
      minucie dostał tylko 3 punkty , w drugiej już 7 pani dr. powiedziała
      że jest super, bo punkty rosną , a to bardzo dobry znak i żeby się
      nie martwic.Położyli mnie na salę pooperacyjną z mamami, które miały
      swoje maluszki, ale gdzie indziej nie mogły, bo i miejsc nie było, i
      poza tym sala pooperacyjna jest tylko jedna, a pielęgniarki muszą
      miec dostęp.Problemem moim też był jak u mamy misia niski próg bólu.
      Jak zeszło znieczulenie to poprostu wyłam i jak sobie pomyślałam ,
      że są mamunie, które chcą miec taką atrakcję na życzenie (boją się
      bólu w porodzie naturalnym) to jak boga kocham mam ochotę trzasnąc w
      łeb....Jednak gdy prosiłam o lek to go dostawalam, co innego że na
      mnie nie działał. Wstałam po 20 godz. leżenia plackiem. W między
      czasie przyszła pani neonatolog z informacją o synku. Nie dużo
      zrozumialam, tyle tylko ,że stan średnio ciężki i że będzie
      potrzebana rehabilitacja.Mąż i moja mama byli u małego (nikt
      problemów nie robił) i go widzieli, rozmawiali też z lekarzem.Ja
      poszłąm do niego na drugi dzień. Właściwie mogłam poprosic o wózek,
      jednak wtedy mi to do głowy nie przyszło. Polazłam na własnych
      nogach.Gdy stałam przy inkubatorze sama pani pielęgnairka podała mi
      krzesło i powiedziala ,że mogę siedziec ile chcę.Zawsze odpowiadali
      na moje, nawet najgłupsze pytania. Pocieszały gdy ryczałam jak bóbr
      i nie mogłam się opanowac (te łzy są czasami takie durnowate że lecą
      i nic nie można zrobic). Gdy mały już się wykaraskał i przeszedł na
      inną salę to miał swoją ukochaną pielęgniarkę, która rozmawiała z
      nami o wszystkim. Jedyny jaki mogę miec żal, to gdy jego lekarka
      prowadząca poszła na urlop, to przez tydzień nie było nikogo który
      by się zajął małym tak jak tamta . Dopiero po tygodniu zajęła się
      nim dr.Kazimierczak i ona doprowadziła, że mały ani nie pojechał do
      innego szpitala, ani nie trafił do Wa-wy do CZD (były takie
      plany).Sama zadzwoniła do CZD i konsultowała leczenie z tamtejszym
      lekarzem i wyprowadziła z hipoglikemi małego, za co jestem jej
      bardzo wdzięczna.Także ktokolwiek z Bydgoszczy lub okolic polecam
      szpital Biziela (teraz jakoś inaczej, chyba wojewódzki, nie jestem
      pewna)
    • mumio75 Re: Kochane położne... 02.02.09, 16:54
      Mój pierwszy poród wspominam super, ale myślę, że złożyło się na to wiele czynników: prywatna położna i osobna sala, ciągła obecność męża, który wszystkiego pilnował i tłumaczył mi bo byłam jednak w szoku i bolało też nieźle ale przede wszystkim fakt, iż ciąża była donoszona, zdrowa a poród w miarę szybki i bez komplikacji. To jest takie doświadczenie, które daje siłę, wzmacnia, nawet po kilku latach cudownie to wspominam. Dodam jeszcze, ze poród w renomowanej państwowej warszawskiej klinice, i kosztowny jak diabli- ok 1800 zł,bo za wszystko musieliśmy płacić. Ale warto było. Milutki pan doktór, przy szyciu po porodzie kilka razy upewniał się czy nie boli itd., gratulacje od zespołu po urodzeniu dziecka, no po prostu bajka.I po dwóch dniach z dzidziusiem w domu.
      Drugi poród nagły, przez c.c., w jednym z najlepszych dla wcześniaczków szpitali również w W-wie. Raczej obojętność, taśmociąg, czyli jedna cesarka po drugiej. Jeszcze przed cięciem panie położne informują męża, że po cc oferują swoją płatną pomoc, podobnie jak i pani pielegniarka anestezjologiczna. Lekarze raczej obojętni, rutyniarze, w trakcie cięcia rozmawiają, co który sobie ostatnio kupił, bardzo ludzki anestezjolog. Mąż chce być przy cc, nie pozwalają, ale zaraz po wpuszczają go i robi małemu zdjęcia(niedawno przyznał się,że bał się wtedy, że to będzie to co nasm zostanie). Prosimy o osobną salę po porodzie( nie byłabym w stanie być z matkami z dziećmi, sala owszem jest,ale tylko płatna 250 zł doba, decydujemy się. Znowu kasa, kasa, kasa. Póżniej możliwość bycia przy dziecku prawie nieograniczona, ale pielęgniarki różne, człowiek w szoku, teraz to bym niektóre tak pogoniła, że hej. Wspaniała lekarka prowadząca małego, cierpliwa, wszystko tłumaczyła, cudowny człowiek- jestem Pani wdzięczna do śmierci Pani Doktór za to jak Pani nas wtedy traktowała i ile dała nam nadziei.To jest jak jakiś jasny punkt w całej tej sytuacji. Generalnie dw
      • mumio75 Re: Kochane położne... 02.02.09, 16:59
        Za wcześnie wysłałam. Generalnie narodziny moich dzieci to dwa tak różne, całkowicie odmienne doświadczenia życiowe.
    • evimama Re: Kochane położne... 04.02.09, 12:05
      Ja też mam różne wspomnienia...
      Ciąża druga, z pierwszą nie było problemów, cieszymy się bardzo. Na którejś
      wizycie u lekarza (uznanego w mieście wojewódzkim) dowiaduję się, że mam łożysko
      przodujące i pewnie będzie cesarka. Stresuję się, ale po ochłonięciu myślę, że
      trudno. To przecież nic takiego. Ważne, że dziecko zdrowe. Potem, po kolejnym
      USG słyszę, że to łożysko jest jakieś dziwne, jakby w kilku częściach; zaczyna
      się, potem znika, potem znowu się pojawia, ale wszystko OK (!!!Boże, czemu nie
      dałeś mi kopa, żeby iść jeszcze do innego lekarza!) Trochę się przejmuję, ale
      potem zapominam, pracuję, dość często boli mnie brzuch. W końcu idę na
      zwolnienie (z mojej inicjatywy). Na każdej wizycie USG i podobne opowieści. W 26
      tyg. czuję się dziwnie, jakoś mi ciągle mokro, nie było tak w pierwszej ciąży...
      Biegnę do lekarza, że to chyba sączą mi się wody, lekarz mnie bada i mówi, że to
      tylko taki śluz. Ja mu durna wierzę (zna się przecież) ale na drugi dzień jest
      tak samo, znów biegnę do lekarza, a ten wtedy wyciąga papierek lakmusowy,
      sprawdza i mówi, że to jednak wody (!!!) i że mam iść w tej chwili do szpitala.
      Pytam, czy mogę iść piechotą (jakieś 5 min, drogi), on, że nie bo to duże ryzyko
      ale nie pyta czy mam czym jechać, czy zamówić mi taxi. Schodzę rycząc z IV
      piętra, dzwonię do męża, wzywam taksówkę, jadę do szpitala... Tam, dalej rycząc
      odprawiam wszystkie formalności, POŁOŻNE na oddziale mnie uspokajają, mówią, że
      muszę się starać dla dziecka, dbają o mnie. Lekarze badają; raz mówią, że to
      wody, raz, że nie, a ze mnie przy każdym ruchu leci woda, zakładam pieluchy,
      podpaski nie starczają. Do badania, jak wszystkie inne pacjentki stoję w kolejce
      na korytarzu choć teoretycznie mogę chodzić tylko do WC (teraz bym się nie dała,
      leżałabym z nogami do góry i czekała w łóżku na lekarza). Wyleżałam 10 dni,
      potem krwotok. Łożysko się odkleja, szybka decyzja o cesarce. Jest niedziela, 28
      tydzień ciąży...Ryczę, dzwonię do męża. POŁOŻNE szybko zdejmują mi obrączkę,
      kolczyki, miły anestezjolog tłumaczy co będzie robił, płaczę. Jedna POŁOŻNA
      mówi, że cesarka to nic strasznego. Mówię, że nie boję się cesarki tylko tego co
      będzie potem. Ona nic nie mówi tylko mocno ściska mi rękę. Wyciągają szybko moją
      córeńkę, od razu wkładają ją do inkubatora, POŁOŻNA pyta czy ją widzę. Widzę
      maleńki czarny łebek. Odpływam, tracę dużo krwi, nie potrafią zahamować
      krwotoku, podpisuję zgodę na usunięcie macicy. Wysyłają karetkę po krew i osocze
      dla mnie. Bardzo serdeczne i pomocne pani z oddziału anestezjologii, gdzie leżę.
      Ja na zmianę jestem przytomna i nie. Jeszcze jeden lek i na szczęście krwotok
      ustaje. Macica ocalona. Ale dziecko...Okazuje się, że musi jechać na OIOM do
      innego szpitala, bo sprzęt jaki jest na tutejszej patologii nie wystarcza. daję
      znać mężowi. Zanim specjalna karetka tam dojedzie On już tam jest - czeka na
      naszą kruszynkę. Przychodzi lekarka, pyta czy zgadzam się na chrzest i jakie
      imię wybrałam. Nie wiem, nie zdążyłam. Ale przypominam sobie, że starsza chciała
      Michalinkę, więc mówię, że Michalinka. Boję się, że nie zdążę Jej zobaczyć. Mąż
      przysyła SMS-a: "Jest prześliczna". Potem pomalutku wracamy do rzeczywistości,
      siedzimy na OIOM-ie, czekamy na każde nowe wieści od lekarzy. Kolejne decyzje,
      diagnozy, zamykanie przewodu, wylewy, wodogłowie, ogromne trudności z
      oddychaniem. Lekarze tam sensowni; konkretni, mówiący trudną prawdę ale nie
      odbierający nadziei, pielęgniarki miłe. Można być z dzieckiem kiedy się chce i
      ile się che, można dzwonić w środku nocy i pytać czy nic złego się nie dzieje.
      Najgorzej wspominam moją pierwszą wizytę tam, gdy pierwsze słowa jakie
      usłyszałam na temat mojego dziecka brzmiały "Rokowania dla życia są złe".
      Musiałam wyjść, płakałam, było bardzo, bardzo trudno. Potem Misię przewieziono
      do Katowic. tam już nie było tak miło, ustalona godziny odwiedzin, daleko od
      domu, ból serce przy każdym wyjściu ze szpitala i lęk czy jak jutro przyjadę to
      moje dziecko jeszcze tam będzie. Pielęgniarki mniej miłe, bardziej służbistki,
      na szczęście łapiemy dobry kontakt z lekarką. Rozmawia z nami (po jakimś czasie)
      w miarę po partnersku. Cieszy się z nami, gdy jest lepiej, martwi, jak coś złego
      się dzieje. W zasadzie większość lekarzy opiekujących się Michalką wspominam
      dobrze, pielęgniarki różnie. Bardziej dopiekli mi lekarze zajmujący się mną w
      czasie ciąży i podczas pobytu na patologii, tam z kolei położne były z reguły
      ciepłe i pomocne, pomagały mi wracać do sił. Jedna mówiła mi, żebym nie płakała
      bo moje dziecko musi czuć, że jestem silna, mam nadzieję, że tę siłę muszę mu
      dać, żeby walczyło. Może to takie sobie gadanie ale wtedy, gdy ja jeszcze byłam
      w jednym szpitalu, a Misia w drugim, na mnie działało. Przynajmniej ktoś
      rozmawiał o moim dziecku. Bo lekarze na obchodzie nie pytali, chyba bali się,
      że może nie żyje... Zresztą nawet nie zapisali nic w książeczce dziecka, nie mam
      tam żadnych danych - w jakim stanie, waga, wzrost, Apgar. Chyba nie wierzyli, że
      przetrwa. Dziś Miś ma 4 latka i niestety nie rozwija się dobrze. Ruchowo jest
      tak sobie, intelektualnie bardzo kiepsko. Nie zamieniłabym jej jednak na żadne
      inne dziecko. Kochamy ją ogromnie i myślę, że ona nas też.
Pełna wersja