jaslon
26.06.05, 12:05
Styk matur i przyjęć na studia wypada tak fatalnie, że trzeba to po prostu
nazwać katastrofą. Katastrofą zarówno dla wielu pojedynczych osób jak i
odpowiedzialności instytucji biorących w tym udział. Uczniowie będą
rozgoryczeni niesprawiedliwościami, a oświata i uczelnie tracą resztki
autorytetu. Za ostro? No to wyliczmy:
Nauczyciele pozwalali sobie na podpowiadanie, rozwiązywanie zadań na
arkuszach za ucznia!, a dyrektorzy na wygłaszanie głośnych komentarzy podczas
trwającego egzaminu, żądanie dostarczania arkuszy w nie zapieczętowanych
teczkach, lub rozpowszechnienie wśród uczniów kserokopii zestawów pytań na
ustny egzamin z języka. Jak na razie nie zakończyło się to wyciągnięciem
restrykcji.
Uczelnie przyjęły różnorodne strategie przyjmowania na studia. Inaczej
oceniają matury uczniów z klas dwujęzycznych, inaczej oceniają zadjących
starą maturę, nie dają szansy maturzystom z ubiegłych lat jeżeli nie zdawali
na maturze wymaganego przedmiotu, a równocześnie urządzają np. egzamin z
fizyki na uczelni i honorują zamiast fizyki na maturze rozszerzonej. I wiele
innych.
Jeszcze o tym ostatnim przypadku. Jak można porównać wynik zdającego egzamin
z fizyki na egzaminie uczelnianym z wynikiem ucznia zdającego maturę
rozszerzoną? Przy drastycznej zmianie poziomu zadań w porównaniu z maturą
próbną, uczniowie, którzy postawili na rozszerzoną maturę, mogą sobie
powiedzieć: nie dostałem się na studia, bo jestem marnym hazardzistą, źle
obstawiłem, szczęście mi nie dopisało, choć fizykę umiem lepiej niż koledzy,
już studenci.
I kto za to odpowiada? Mój syn jest uczestnikiem tego kuriozalnego
eksperymentu. A zaczęło się to po szóstej klasie szkoły podstawowej. Tyle lat
nie wystarczyło ministerstwu na przygotowanie spójnego systemu zdawania na
studia (6 lat!!!!).
Ja Slon