nocnepisanie
10.02.04, 01:06
Wiem, że może zabrzmieć to wręcz nieprawdopodobnie, ale mój partner chyba
mnie dzisiaj zgwałcił. Chyba - bo sama nie wiem, czy mogę to tak nazwać.
Czuję się teraz strasznie dziwnie, boli mnie brzuch i ogólnie jestem
roztrzęsiona. Ostatnio sporo się kłóciliśmy, a właściwie to on miał do mnie
pretensje. Nic mu nie pasowało. No, ok, nie byłam idealna, nie pozałatwiałam
spraw, które miałam załatwić i jakoś tak się trochę rozleniwiłam. Ale
naprawdę jestem zmęczona, nie mogę spać i chyba zimowa apatia mnie dopadła.
Z tego wszystkiego od kilku tygodni praktycznie się z nim nie kocham, a
jeśli już to szybko, byle się nie czepiał.
Dziś wieczorem leżałam sobie na łózku i oglądałam "M jak miłość". On
przyszedł i zaczął się do mnie dobierać, odepchnęłam jego rękę raz, drugi,
powiedziałam że mi przeszkadza i że teraz mi się nie chce bo się "odmóżdżam"
serialem.
On: "Sam sobie wezmę w takim razie."
Ja (ze zniecierpliwieniem): "dobra, dobra."
Wtedy on szarpnął mnie za spodnie i mi je zsunął z tyłka. Myslałam, ze się
droczy ze mną, przywaliłam mu poduszka w głowę - zrobiłam to trochę ze
zirytowania, trochę by się podroczyć, trochę ze złosci. Wtedy on przyłozył
mi tę poduszkę do twarzy, zdjął sobie spodnie i wszedł we mnie. Odstawił
poduszkę od mojej twarzy. Wycedziłam przez zęby by mnie zostawił - byłam tak
wściekła, że ciężko mi było mówić. A on skwitował krótkim "zaraz". I
fakycznie zaraz zostawił, jak już, za przeproszeniem się spuścił. Nie
przyszło mi do głowy, żeby krzyczeć, drapać, bić itd. Przecież jestem we
własnym domu, we własnym łóżku, z własnym mężczyzną! Nie zmienia to jednak
faktu, że poczułam się strasznie. Po wszystkim poszłam pod prysznic i
ryczałam chyba z pół godziny. A on? On, jakby nigdy nic, zaczął gotować
obiad na jutro, a kiedy mu powiedziałam, że zrobił mi świństwo, popatrzył
jak osłupały i powiedział: "no przecież sama się zgodziałaś". Jasne! On
to "dobra, dobra" pełne irytacji, niedowierzania, które miało znaczyć
dokładnie to samo co "spadaj", wziął poważnie!
Nie wiem, jak mam nazwać to, co się stało. Gwałt zawsze wyobrażałam sobie
inaczej, ale jak nazwać to cosię stało? Przecież nie był to seks pełen
miłości! Qwa! Nigdy nie czułam się przy nim tak paskudnie! A najgorsze jest
to, że jego zdaniem nic się nie stało, że wyolbrzymiam. A to wszystko jak
twierdzi, przez to, że tyle czasu nie chciałam się z nim kochać. Zapytał
nawet jak mi było - bezczelny! Co prawda - to ja go przyzwyczaiłam do
szybkich numerków bez gry wstępnej i większych czułości, bo nie miałam
ostatnio na to ochoty i cierpliwości. Ale to przecież nie znaczy wcale, że
może sobie zawsze kiedy mu się zachce podejść, sciagnąć mi spodnie i wsadzić
interes!
Uff. Musiałam się komuś wyżalić.