bo_we_mnie_jest_seks
16.02.04, 00:29
On jest taki inny niż wszyscy, kochany, troskliwy, cierpliwy, ale... artysta.
I ma prawie wszystkie te wady, które tylko artysta może posiadać. Bałagan to
jego przyjaciel, wśród ciuchów na podłodze i każdym możliwym meblu w jego
pokoju, wśród kilku gitar, wzmacniaczy, kabli, rupieci bardziej i mniej
potrzebnych, kilkunastu kubków po herbatach, talerzykach z okruszkami, i
wielu innych różnych różności, czuje się jak ryba w wodzie.
Zarabia raz bardzo dużo, raz mało, albo wcale. Ale nie ważne ile zarobi,
nigdy nie ma pieniędzy. Jeśli ma 100 zł, wyda zaraz 100 - na nic, jeśli ma
10000, też wyda i "nic" nie kupi. Tzn. kupi - albo „błyskotkę” dla mnie, albo
jakąś nową zabawkę (przepraszam - urządzenie pozwalające rozwijać jego
zdolności i możliwości), albo zafunduje szaleńczy wyjazd gdzieś daleko!
Oczywiście, na miejscu wyda wszystko i wracamy do domu stopem. Śpimy w zbożu,
albo na schodach zamkniętej stacji benzynowej.
Moda? Ciuchy? - to nie są rzeczy ważne. Jedna ukochana bluza, jeden sweter,
kilka koszulek, dwie pary spodni, po co więcej? - On musi się przyzwyczaić do
ubrań i je pokochać jak wiernych przyjaciół - tylko takie może nosić. Nigdy
nie nosi rękawiczek. Wszystkie rękawy w swetrach, bluzach, kurtkach się
prują. Ale nie wolno tych ciuchów wyrzucić. Jedyne, co mogę zrobić, to je
pozaszywać, pocerować. No i zaszywam każdej wiosny, jesieni i zimy te
nieszczęsne rękawy.
Ja? Ja jestem jego ostoją - kiedy brakuje mu na chleb, zawsze wie, że może
się do mnie zgłosić. Kocha mnie, wiem to. Za każdym razem stara się mi
wynagrodzić "naciąganie" mnie. Głupio mu, że znowu musi polegać na mnie. A ja
coraz bardziej pragnę stabilizacji.
W ciągu dwóch lat zmienia się - nie pociąga go już tak nocne życie, trawka i
wieczna zabawo-praca. Przestaje grać za free, przestaje pożyczać pieniądze
wspaniałym przyjaciołom, którzy nigdy ich nie oddają. Zaczyna myśleć
poważnie - rodzina, dom, dzieci. Ciężko mu utrzymać przy sobie dalej gotówkę,
więc wpłaca na konto, do którego tylko ja mam dostęp. Wie, że sama nie ruszę
z niego ani złotówki. Zaczynam się cieszyć - wreszcie mądrzeje, wyzbywa
się "lekkiego ducha" i... schodzi ze sceny... dla mnie. Nie proszę go o to.
Proszę go tylko o odrobinę pewności jutra. Nie gra już. Albo gra mało.
Szuka "normalnej" pracy. Jest! Płacą mało, ale co miesiąc stałą kwotę +
ubezpieczenie itd. Wreszcie coś stałego, wreszcie na umowę! Razem dajemy
radę. Zaczyna wyglądać jak człowiek. Kupuje sobie czarny płaszcz, dobre
kosmetyki, garnitur, generalnie lepsze ciuchy i buty. Zabiera mnie do teatru
i galerii - mówi, że czas się "odchamiać", kończy studia. Cieszy się, a ja
razem z nim.
Choruję, tygodniami leżę w szpitalu. On każdą wolną chwilę spędza ze
mną. "Daje w łapę" komu się da, bym miała lepszą opiekę. Przekupuje lekarzy,
pielęgniarki, staje na głowie by być przy mnie w nocy. Śpi na szpitalnym
taborecie, na parapecie, albo podłodze na karimacie, nie daje się wygonić ze
szpitala. Personel szpitala nazywa mnie księżniczką.
Zdrowieję, nasze życie wraca do normalności. Żyjemy jak każda inna para.
Pracujemy, wracamy do domu, gotujemy obiady, robimy zakupy, sprzątamy,
kochamy się. Mija miesiąc, drugi, trzeci, w połowie czwartego mówi mi, że się
dusi. Wieczorami spotyka się z innymi gitarzystami i gra. Wiem, że znów
chciałby choć trochę powrócić do dawnego życia. Widzę, że tęskni do dawnych
czasów. Miota się pomiędzy mną, a nimi. Im bardziej się miota, tym częściej
mówi o małżeństwie i dzieciach.
Nie daje się, widzę jak każdego dnia walczy sam ze sobą, ze swoja pasją, ze
swoimi marzeniami. Robi to dla mnie. Dla mnie i dla naszej przyszłej rodziny.
Chce bym była szczęśliwa, chce mi dać gwiazdkę z nieba. Codziennie całuje,
przytula, chce być blisko jak najbliżej, zawsze mnie mieć w zasięgu wzroku,
trzyma za rękę jakbym mu gdzieś miała uciec. Czuje się przy nim jakbym była
jedyna kobieta na ziemi. Sprawia, że chcę być doskonała, piękna, kobieca i
wyjątkowa. To przy nim potrafię stać się demonem seksu. Czuję się kochana i
szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.
Im bardziej się do mnie zbliża, im mocniej przytula, im wiecej uwagi
poświęca, im częściej zapewnia o swej miłosci do mnie, tym bardziej blednie
ten blask jego oczu, który mnie tak kiedyś urzekł. Widzę, że się męczy. Dziś,
14 lutego, wyciągam jego stare swetry z szafy.
Wracam do cerowania podartych rękawów.