mac_drosz
06.11.12, 11:40
Po wczorajszej wymianie zdań z moją małżonką dotarła do mnie przykra prawda. Moja żona wyszła za mnie dla pieniędzy. Nie żebym był jakiś bogaty, ale parę gorszy się uzbierało. Wczoraj małżonka stwierdziła, że powinienem przepisać na wspólnotę małżeńską mieszkania, które kupiłem jeszcze przed ślubem (pierwsze na wiele lat zanim ją poznałem, a drugie już jak się spotykaliśmy). Oba zakupy zostały sfinansowane tylko z mojej pracy, ona nie dołożyła się do tego ani złotówki. W ogóle do niczego się nie dokłada ponieważ nie pracuje, a jak pracowała (jeszcze przed ślubem) to też nie bardzo była skłonna się tym podzielić (zarobione pieniądze wydawała głównie na torebki czy buty). Ponadto, że nie pracuje zawodowo, to w domu też niewiele robi. Czasem zetrze jakieś kurze czy uprasuje, ale większe sprzątanie to i tak na mojej głowie (bo jej ciężko). Z gotowaniem też nie bardzo. Przed ślubem jej się chciało, a teraz to tylko jakieś pierogi z Lidla czy inne danie do podgrzania. Do związku moja żona wnosi jedynie ciągłe narzekania na wszystko, a wszelkie konstruktywne pomysły na rozwiązanie jej "problemów" odrzuca.
Tak więc nie widzę powodów, dla których miałbym dalej tkwić w tym związku.
Ponieważ żona ciągle prowokuje kłótnie, to jej "prośbę" o przepisanie majątku traktuję jako próbę zagrabienia majątku. Widzę to tak, że najpierw przepiszemy te mieszkania na wspólnotę majątkową, potem rozwód i podział majątku. Ona zyska, a ja stracę. Tym bardziej, że już wcześniej kilka razy chciała się rozwieść (w sumie bez powodu).