twojabogini
12.06.13, 10:24
Czy jeszcze kiedyś zaufam innemu mężczyźnie? Czy jeszcze kiedyś zaufam swojemu partnerowi po tym jak mnie zawiódł? To pytania, które zadają kobiety zawiedzione, wykorzystane, zranione przez mężczyzn - byłych lub obecnych. Sądzą, że ich utrata do zdolności odczuwania bezwarunkowego zaufania uniemożliwi im nawiązanie bliskiej relacji, zbudowanie lub odbudowanie związku.
Sądzę, że jest dokładnie odwrotnie. Powszechny mit głosi, że warunkiem wstępnym zwiazku i jego funkcjonowania jest "kredyt zaufania" (najlepiej jeśli jest to kredyt samoodnawialny). Bardzo często jest to warunek wstępny - do związku destrukcyjnego. Mało tego nie znam mężczyzny, który wchodząc w związek z góry by zakładał, że ta konkretna kobieta zwiąże się z nim, urodzi mu dzieci i będzie dobrą oddaną żoną. Najpierw chce ją poznać. Kobiety robią to notorycznie - ufając, że tak właśnie będzie, dziś się z nim prześpię, za rok zamieszkam, potem ślub i parka dzieci. Ufają z góry, że mężczyzna chce dla nich dobrze i marzy tylko o tym, żeby realizować ich potrzeby. Kiedy trafią na mężczyznę, który chce tego samego - przypadkiem wygrywają los, kiedy trafiają na takiego, który będzie skłonny ich ufność wykorzystać, tu i tam rzucić słówko o białej sukience, imieniu dla chłopca...
Zdrowy instynkt samozachowawczy, po którymś zawodzie przeważa nad kulturowo wdrukowanym przesądem i czyni kobiety niezdolnymi do zaufania na kredyt. I wtedy dopiero stają się moim zdaniem zdolne do stworzenia związku opartego na realnych podstawach. A sądzą wtedy o sobie, że są okaleczone.
To moja opinia. Jeśli ktoś ma swoje przemyślenia w temacie, uważa inaczej - chętnie spojrzę na problem z innej strony. Pocieszam przyjaciółkę po długim zwiazku. Ona czuje się kaleką "niezdolną zaufać". Sądzi, ze przez to już nigdy nie zbuduje bliskiej relacji z nikim. Chciałabym jej powiedzieć co napisałam powyżej - ale jest to na tyle w kontrze do powszechnych poglądów...Mogę się mylić. Wiem, że ona jest w stanie, kiedy to co mówię uzna bezkrytycznie za kierunek na przyszłość. Nie chciałabym jej skrzywdzić, sącząc jej mój feministyczno-boginiowy jad do głowy. Może jednak powinna się skoncentrować na odbudowywaniu w sobie ufności? Może to jednak kalectwo?