phai14
03.12.14, 13:41
Mam do Was pytanie.
Czy to ok, ze moj mezczyzna widuje sie z dziecmi w swoim dawnym gniezdzie, domu, gdzie zyl przez lata z nimi, z inna kobieta, gdzie tworzyl jakis dom, rodzine?
Czy nie powinno byc tak, ze jest to jakos inaczej rozwiazane, ze dzieci zabiera albo do siebie/nas, albo do miejsc, ktore nie sa dla mnie raniace, np swoich rodzicow, kawiarni, basen itp..?
Czy to ja przesadzam, czy on nie umie ustalic pewnych granic?
Jestesmy razem przeszlo 5 lat. On jest swiadom, ile bolu mi zadal swoja postawa. Kiedy sie poznalismy, ja mieszkalam w innym miescie, pisal mi smsy z tamtego domu. Zdarzalo mu sie tam jadac, zasnac. Jego ex niejednokrotnie mnie wyzywala (nie przeze mnie odszedl, mial jeszcze dwie relacje, zanim sie ze mna zwiazal), a dzieci wciaz nie akceptuja mojej osoby. Przed dlugi czas byly rozne manipulacje i gierki ze strony jego ex, oraz dzieci.
Czuje sie w tym strasznie sama.
On sie tlumaczy, ze teraz jest inaczej, ze tylko wpada do dzieci. Bo jego mieszkanie jest za daleko, bo sa korki.
Ja w tym widze egoizm, malego chlopca, niedojrzalego do budowania relacji ze mna, tak, by mnie nie ranic. Widze w tym wygode jego, niechec, by jakos zadbac o mnie, o to, jak ja sie potwornie w tym czuje, jak cierpie.
Dla mnie to cholernie bolesne, ze po pracy sobie tam jedzie, kiedy mu wygodnie, z tego co mowi, 2 razy w tyg., dodatkowo tez spedza czas z dziecmi poza domem.
Ja nie uczestnicze w zadnych z tych spotkan.
On mi tlumaczy, ze jestem trudna, ze przesadzam, ze kiedys nie tak sie odezwalam do dzieci.
Nie mam jednak szansy budowania relacji z nimi, bo one nie chca mnie widziec. On ustepuje, bo tak prosciej, wykluczajac mnie z waznej czesci swego zycia.
Wychodzi na to, ze ja sie czepiam, a on oczekuje ode mnie postawy totalnej akceptacji, bo nie moze nic byc "kosztem jego relacji z dziecmi".
Wiecie, to boli... Czy nie mozna podjechac po dzieci, i gdzies je zabrac, potem odwiezc pod dom, i tam pozegnac? Ewentualnie wejsc do srodka, by omowic pare spraw z matka dzieci, czy w przypadku, gdy ktores lezaloby obloznie chore, i nie ma innej mozliwosci, by je zabrac do siebie.
Czuje sie w tym sama, odrzucona, wykluczona.
Widze jego, siedzacego w dawnym gniezdzie, domu, i to zwyczajnie boli.
Przez to wali sie nasz zwiazek, acz on nie widzi powiazan.
Co zrobic? Jak sobie poradzic z bolem?
A moze to ja przesadzam, i nie jestem dojrzala do relacji mezczyzny, ktory ma juz jakis bagaz? :(