izia_kwiatkowska
07.10.04, 10:45
Poszłam wczoraj w odwiedziny do koleżanki i zaproponowała mi herbate, na co z
radoscią przystałam, bo zmarznięta byłam. Siedziałyśmy sobie w kuchni i
plotkowałyśmy, wiec siłą rzeczy byłam niemym (oniemiałym?) świadkiem
przygotowania tej herbatki dla mnie. Najpierw koleżanka zagotowała wodę w
czajniku. Następnie wzięła do reki leżące wprost na blacie kuchennym sitko,
na którym były jakieś stare rozmoczone fusy i przelała wodę przez te fusy.
Chyba były już bardzo stare, bo trzymała to sitko oprte na kubku zamoczone we
wrzątku dłuzsza chwilę i w końcu zdecydowała sie dosypać troche świeżych
fusów do sitka, widząc najwyrażniej, że kolor nie łapie jak należy. Tak
uzupełniona porcia fusów poleżała jeszcze chwile w goracej wodzie w kubku i
koleżanka stwierdziła chyba, że już jest odpowiednia moc naparu. Wyjeła sitko
i odłożyła z powrotem na blat, mniej więcej na tą samą plamę, którą to sitko
pozostawiło tam już wcześniej. Ale to nie koniec historii, Nastąpiło otwarcie
lodówki i z tego miejsca, gdzie są jajka, wzieła na wpół już wygniecioną
połówkę cytryny i wycisneła trochę soku od mojej herbaty. Później posłodziła
i zamieszała, nie pytając w ogóle, czy słodzę, ani ile, no i mi podała. Jak
ja miałam sie zachować? Co ja miałam zrobić w tej sytuacji? Nie powiedziałam
nic, ale nie mogłam przełknąć ani łyka bez obrzydzenia. Co byście zrobili w
mojej sytuacji? Były to przesłodzone siki Św. Weroniki, ale najgorsze było,
że ja widziałam to sitko i tą cytrynę i to dosypywanie fusów, ble!