enough
26.04.02, 12:20
Sytuacja wygląda tak.
Kilka lat małżeństwa i cos umarło.
Przez te kilka lat ileś palących słów, ileś przykrych sytuacji, ileś tam mniej
czy bardziej serio branych rozmów o rozstaniu (raczej nie żartem, ale z drugiej
strony, chyba raczej z obopólną świadomością, że do niczego nie dojdzie), coś
się jednak wypaliło - przynajmniej we mnie.
Codziennie jakieś czule słowa, gesty - ale coraz gorzej się z tym czuję.
Doskonale bowiem zdaje sobie sprawę, że z mojej strony to tylko "pusta
szklanka". Nie dawno, zdarzyło się coś, co powinno mnie bardzo zaboleć -
tymczasem, nawet z przerażeniem, stwierdziłem że właściwie nic nie czuję. Wcale
mnie to nie zabolało
Coraz częściej myślę o wyjściu z tego związku, choć bynajmniej nie mam
kogoś "na boku". Nie wiem czy jestem jednak na tyle silny, aby znieść b.
prawdopodobny płacz, nie chce też zostawić jej na lodzie patrząc z czysto
materialnego punktu widzenia - brak mieszkania, itd., a poza tym, trochę
szczęśliwych chwil razem przeżyliśmy.
Z drugiej strony, jak już wyżej napisałem - coś się we mnie wypaliło, przestało
istnieć - mam coraz większe problemy z powiedzeniem "kocham Cię", a jeżeli
powiem, czuje się okropnie. Podobnie z gestami, czułością itd. Wiem, że to
zwykłe oszustwo...
No i prawdę mówiąc jestem w kropce, tym bardziej, że nie chcę abyśmy się
znienawidzili – póki co nie „rzucamy w siebie nożami”, ale może właśnie dzięki
temu - tym mi trudniej.
Co o tym myślicie ?