Gość: Belle
IP: *.ds16.agh.edu.pl / 192.168.16.*
25.06.02, 22:52
Widziałam Go dzisiaj po drugiej stronie ulicy. I wszystko odżyło. Tydzien temu
pożegnaliśmy się przed wakacjami, rozstaliśmy się "pokojowo", poprawnie,
po "dorosłemu", tekstem pt. "do zobaczenia KIEDYŚ". A wiecie co? Mi chciało się
1. ryczeć, 2. rzucić Mu na szyję i powiedzieć "Bądź ze mną". Beznadziejne, no
nie? Historia wygląda mniej wiecej tak: poznaliśmy się przypadkiem, zaczęliśmy
się spotykać, ja się zakochałam, wiedziałam, że to TEN po jakiś trzech
spotkaniach, On trzymal dystans, ale też prowokował kontakt. Ale coś mi nie
pasowało........Zaczęłam się miotać, trwało to 3 miesiące i w końcu zadałam Mu
mało romantyczne pytanie: jak z nami jest i czy w ogole mogę mówić "my".
On.......cóż, był "zszokowany" i w końcu wyciągnęłam z Niego, że traktuje mnie
jak przyjaciółkę. Strasznie zabolało. Poprosiłam o to, żeby kontakt ograniczyć
do niezbędnego i koniecznego minimum (było coś takiego). On stwierdził, że
uszanuje moją decyzję, ale....znów zaczął przychodzić jako "przyjaciel", bo
mnie "lubi". A ja......Po każdym spotkaniu ryczałam jak bóbr, a jednocześnie
chciałam Go widzieć. Neuroza totalna. Teraz jestem psychcznym wrakiem
(dosłownie!), a gdy dzisiaj Go zobaczyłam chciałam do Niego podbiec i
powiedzieć:KOCHAM CIĘ. Bezsens. Chyba nie ma dla mnie ratunku. Dlaczego???????
--------------------------------------------------------------------------------