buziaaa
15.07.06, 18:16
Ehhh tak własciwie to nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że on potrafił
stać pod moim oknem o 23:30 mowiąc, że się o mnie martwil bo nie pojawiłam
się w miejscu gdzie myslał, ze mnie spotka ? Czy od tego, ze z grupowego
wyjazdu do Torunia nagle zmienił plany na naszą prywatną wycieczkę do której
(chyba na szczęście) nie doszło. A może najpierw powinnam napisać o tym, że o
2 nad ranem potrafił spiewac (nie pytajcie co i jak) romantyczne piosenki -
ja słuchałam - tylko nie wiem dla kogo śpiewał on. Czy może wreszcie od tego,
że obiecał mi poważna rozmowe o osobie bardzo dla niego waznej z
zastrzezeniem "jesli tylko Ty bedziesz tego chciała". Nie - ja chyba powinnam
zacząć od tego, że on jest 29-letnim księdzem. Po obietnicy tej rozmowy
zamilknął i nie odzywa sie do mnie od ponad roku - nie ukrywam to dla mnie
dosc wygodne. Ale w tym czasie wydarzyło się cos jeszcze. Jego kolezanka
(siostra jego kolegi jeszcze z czasów szkolnych) - wyraznie nim
zainteresowana naopowiadała mu o mnie jakis bredni. W tym roku zebrałam sie w
sobie i postanowiłam przeprosic go, jesli zrobiłam cos nie tak ze z jakiegos
powodu sie na mnie obraził - nie lubie niejasnych sytuacji, w ogole nie
lubie jak ktos sie obraza nie wiem za co. Mowie: "przepraszam", on -
nieszkodzi, ja:Czy mozemy porozmawiac ?, on: Może nie dzisiaj, dobrze ?
Odpadłam. Dodam tylko ze ja do niego - nic - zero. Traktowałam to wszystko
jak przyjaźń, kumpelstwo - dla mnie to nie było nic niezwykłego, mam kiku
kolegów księży i jakos mnie to nie ruszalo. Co wy o tym wszystkim myslicie ?