majka264
02.01.07, 20:23
Witam Was Wszystkich! Jestem tu nowa. Sprowadza mnie na forum chęć doradzenia
się. Otóż jestem młodą mężatką z krótkim stażem małżeńskim (niespełna półtora
roku). Z moim obecnym mężem byłam w związku chłopak/dziewczyna 6 lat, układało
się nawet, nawet. Szalałam za nim, był pierwszym facetem, którego pokochałam i
jedynym, któremu się oddałam. Jak byliśmy jeszcze nie małżeństwem to byłam w
nim okropnie zapatrzona, nie widziałam żadnych jego wad, mimo iż siostra
powtarzała mi abym dała sobie z nim spokój bo to nie facet dla mnie ale ja jej
nie słuchałam, byłam zaślepiona miłością. Jeszcze przed ślubem siostra
powiedziała mi, że zastanawia się jak długo te małżeństwo przetrwa i ciekawa
jest po jakim czasie wrócę do rodzinnego domu. Było mi przykro, że tak mówi,
bo ja nie widziałam nic złego w moim narzeczonym. Przyznam, że w okresie jak
byliśmy chłopak/dziewczyna nie zawsze było dobrze ale ja nie zważałam na to,
bo zawsze przepraszał i obiecywał, że zmieni się a ja mu wierzyłam, zaślepiona
miłością brnęłam dalej w tym związku aż do ślubu. Niestety po ślubie sytuacja
się zmieniła, zamieszkaliśmy z jego rodzicami i zaczęło się między nami pomału
psuć, już 2 tygodnie po ślubie mąż mnie oszukał wyszedł z domu pod pretekstem,
że idzie na 15 min. do sklepu a wrócił po prawie 10 godz. wypity jak się
okazało wylądował z kolegami w barze. Oczywiście były przeprosiny i obiecanki
poprawy. Niestety co jakiś czas sytuacje się powtarzały. I znów przeprosiny i
obiecanki itd. Przyznam, że mój mąż żyje w konflikcie z rodzicami i ja również
nie potrafię z nimi znaleźć wspólnego języka. Mojego męża i 2 pozostałego
rodzeństwa wychowywała tylko teściowa, bo teścia interesowali kumple i
alkohol, był alkoholikiem. Mój mąż jako kilkuletni chłopiec często widział
ojca pijanego, awanturującego się. Teściowa sama zajmowała się dziećmi bo
teścia interesowały tylko koledzy z którymi może wypić. Mój mąż najbardziej na
tym ucierpiał bo był najmłodszy z rodzeństwa, gdy ojciec był mu potrzebny jego
nigdy przy nim nie było. Teść uciekał z domu, a mój mąż jako kilkuletni
chłopiec chodził za nim i go szukał, sprowadzał go pijanego do domu i pilnował
aby znów nie poszedł pić, zamykał drzwi na klucz itd. Od kilku lat teść już
nie pije. Ale wspomnienia z dzieciństwa na zawsze pozostały w głowie męża. A
teraz jak tak pomyślę to boję się, że te dzieciństwo odbiło się na psychice
mojego męża, bo też zdarzyło się, że parę razy znikał mi z domu, wracał po
dłuższym czasie pod wpływem alkoholu, albo 2 razy w ogóle na noc nie wrócił.
Też lubi sobie wypić a wtedy nie wolno mu się sprzeciwić bo robi się
agresywny. Tak jak już pisałam nie ma dobrego kontaktu ani z ojcem ani z
matką. W domu są częste kłótnie i wyzwiska od najgorszych, teść wyzywa mojego
męża a mąż teścia. I to mi się najbardziej obrywa, bo mąż po kłótni z
rodzicami wyżywa się na mnie, wyzywa, zachowuje się jakby tylko on się liczył.
A teść ma do mnie pretensje, że nie potrafię zapanować nad zachowaniem męża.
Boję się, że mój mąż będzie taki ja mój teść z przed kilku lat bo jak to się
mówi nie daleko spada jabłko od jabłoni. Ja nie jestem przyzwyczajona do
takich kłótni i wyzwisk między rodzicem a dzieckiem, między mężem a żoną,
wychowałam się w szczęśliwej rodzinie, która nawzajem okazuje sobie szacunek,
na której można polegać. W domu rodzinnym był spokój, miłość, wzajemne
zrozumienie i pomoc, a tu tego nie ma, wszystko na odwrót. Uwierzcie mi, że
nie spodziewałam się tego, dopiero jak po ślubie jak z nimi zamieszkałam i mam
ich 24godz./dobę widzę jak jest naprawdę. Owszem mąż mówił, że ma zatargi z
ojcem ale nie sądziłam, że aż takie. Zamieszkaliśmy z nimi bo nie było nas
stać na własne mieszkanie. W głowie się nie mieści, że tyle potrafi być w
człowieku nienawiści. Nie potrafię się do tego przyzwyczaić ani tego
zaakceptować. Mój mąż po ślubie zmienił się, zdarza się, że mówi mi
okropności, wpada w szał, w kłótni roztrzaskał krzesełko i swój telefon
komórkowy, ale nigdy mnie nie uderzył. Raz zdarzyło się, że mnie delikatnie
popchnął i w jednej z szarpanin, bo chciał wybiec w nerwach z domu a ja
próbowałam go zatrzymać zleciałam ze schodów ale nic mi się nie stało bo mąż
zdążył mnie złapać. Przez ten ponad rok małżeństwa zaznałam wielu przykrości z
jego strony i wiele razy mnie okłamał, doszło do tego, że straciłam do niego
zaufanie. Nie jest mężem o jakim marzyłam, bo nie sądziłam, że tak może się
człowiek zmienić. Boję się zajść w ciążę, mimo iż pragnę mieć dzieci i
szczęśliwą rodzinkę. Boję się, bo skoro zawiódł mnie tyle razy jako mąż to
obawiam się, że zawiedzie mnie również w roli ojca. Na dzień dzisiejszy nie
wiem co jest przyczyną jego zmiany, czy to że żyjemy pod jednym dachem z jego
rodzicami a czy coś zupełnie innego. Rozmowy z nim nic nie dają, raczej nie
chce o tym rozmawiać co mu dolega. Od dłuższego czasu zauważyłam, że i ze mną
też coś się zaczyna dziać, często łapę się na tym, że myślę o rozstaniu. Nie
wiem co robić, unikam czułości, w łóżku odpycham męża, nie potrafię się z nim
kochać, a jak już „to” robimy to nie odczuwam takiej przyjemności jak kiedyś.
Nasz sex polega na tym, że on mnie pieści a ja jego bardzo rzadko, praktycznie
wcale. Unikam nawet namiętnych pocałunków. Różne mam myśli, raz go przyciągam
a raz odpycham, ale więcej razy jest tak, że go odpycham ale jest też tak, że
pragnę jego pieszczot ale coś mnie hamuje. Nie potrafię. Boże jakie to
wszystko pogmatwane. Czuję się taka zagubiona. Nie tak sobie to wszystko
wyobrażałam, bo życie jakie wiodę zaczyna mnie przerażać, męczyć, przerasta
mnie to wszystko. Nawet mój mąż stwierdził, że również przerasta go nasze
małżeństwo i że sam sobie nie radzi. Czasem mam ochotę zabrać rzeczy i wrócić
do rodzinnego domu a po jakimś czasie już tego nie chcę. Tak się miotam. Nie
potrafię odnaleźć miejsca dla siebie i zaznać szczęścia. Nie potrafię podjąć
konkretnej decyzji i być konsekwentna w tym co postanowię. Wiele przykrych
chwil przeżyłam przez ten ponad rok małżeństwa. Przekonałam się, że nie jest
tak różowa jak mi się wydawało, przekonałam się, że nie zawsze mogę polegać na
swoim mężu. Teraz już sama nie wiem czy to miłość a czy ona wygasła a
pozostało zwykłe przyzwyczajenie, bo przecież ponad 7 lat jesteśmy z sobą.
Czasem jest tak, że chcę odejść, zacząć życie od nowa z dla od niego i teściów
odzyskać ten dawniejszy wewnętrzny spokój a nie potrafię tak jakby mnie coś
zatrzymywało przy nim. Sama już zaczynam się gubić w tym wszystkim. Dodam, że
już wiele złego w życiu mnie spotkało, śmierć Mamy (miałam wtedy 16 lat),
śmierć innej bardzo mi bliskiej osoby, w której byłam zakochana. Doradźcie mi
PROSZĘ bo sama nie potrafię sobie pomóc. Jak Wy to oceniacie z Waszego punktu
widzenia, czy ze mną jest coś nie tak?? Czy to moja wina, że jest jak jest??
Czy ja już go nie kocham?? A czy po prostu pogubiłam się w tym wszystkim??
Może któraś z Was przechodziła przez to samo lub coś podobnego?
P.S. przepraszam za gramatykę i ewentualne błędy.