aguszak
27.06.03, 15:22
Kontunując wątek Olinki...
"Ludzie często pytają mnie, jak to jest być idealnym małżeństwem. Długo się
wówczas zastanawiam, po czym z mądrą miną wygłaszam jakąś złotą
myśl: "Małżeństwo to jak spacer po różanym polu - piękne, ale czasem kłuje",
albo "Małżeństwo jest jak pociąg Intercity - najważniejsza jest dobra
miejscówka koło wagonu restauracyjnego".
Prawda leży jednak gdzie indziej.
Rano dzwoni budzik i najlepsza z żon mówi sennym głosem: - Wstanę i nakarmię
Juniora.
Mógłbym obrócić się na drugi bok i zasnąć, ale przecież wiem, że gdybym to
zrobił, najlepsza z żon miałaby pretensje, że ja śpię, a ona karmi Juniora,
mimo że przecież sama to zaproponowała. A więc, o co chodzi?
- Zostań w łóżku, ja wstanę - mówię. Karmię Juniora, a najlepsza z żon z
zasępioną miną wpatruje się w szafę.
- Nie mam się w co ubrać - mówi najlepsza z żon i zastyga z wyczekującą miną.
Mógłbym oczywiście nic nie mówić, ale przecież wiem, czego się ode mnie
oczekuje.
- A ta mała czarna... - zaczynam.
- No wiesz, przecież się w nią już nie mieszczę. Strasznie utyłam - obrusza
się najlepsza z żon.
Ponownie mógłbym nic nie mówić, bo przecież widzę, że nic takiego nie miało
miejsca, ale znam moje mężowskie zadania, więc bohatersko brnę dalej.
- Ależ skąd! Kochanie, wcale nie utyłaś!
- Wciąż mi powtarzasz, że schudłam - najlepsza z żon oskarżycielsko wyciąga
palec.
No tak, zawsze do tego dochodzi i - co najgorsze - ona ma rację. Przecież dla
mężczyzny to oczywiste, że nie można codziennie chudnąć, ale i nie można
codziennie tyć. Co robić? Jak wybrnąć? Przecież nie mogę powiedzieć, że wciąż
jest równie szczupła, chociaż tak właśnie jest. Mówię więc:
- Wydaje mi się, że wyglądasz znacznie szczuplej.
- Naprawdę tak myślisz? - zastanawia się najlepsza z żon.
Przecież gdyby codziennie była szczuplejsza, nawet tylko o 10 gramów, to do
dziś w ogóle by znikła - mój analityczny umysł pracuje na najwyższych
obrotach. 3,65 kg rocznie - to przez siedem lat daje ponad 25 kg, czyli
utratę ponad połowy masy ciała. Nie ma mowy, żeby ktokolwiek to przeżył. Nikt
przy zdrowych zmysłach nie oczekuje chyba, żebym mógł potwierdzić takie
rzeczy.
- Jestem stuprocentowo pewny - zaklinam się.
- A gdzie najbardziej schudłam? - pyta najlepsza z żon.
Rany Boskie! Co teraz? Czysty totolotek. Wczoraj powiedziałem, że na brzuchu
i było pudło. Okazało się, że według najlepszej z żon na brzuchu wcale nie
schudła. Wydaje mi się, że jest bardzo szczupła i nigdzie nie jest gruba, ale
jak to powiem, to będzie afera, że się nią nie interesuję. Muszę więc
strzelać.
- Wydaje mi się, że znacznie schudły ci nogi.
- Serio?! A gdzie najbardziej?
Trafiłem, trafiłem! Udało się! Teraz tylko nie wolno popsuć efektu.
- Zdecydowanie tam na górze, tak, na górze.
Przecież nie powiem, że w kolanach. Mam 50 proc. szans, że trafię. Zobaczymy.
- Wiesz, też mi się tak wydaje - mówi najlepsza z żon.
Oddycham z ulgą, ale to dopiero pierwsza wygrana bitwa. Potem najlepsza z żon
rozmawia przez telefon z przyjaciółką i relacjonuje mi z wypiekami na twarzy
niesamowitą historię, z której wynika, że jakaś Baśka, która zdaje się
wcześniej chodziła z jakimś Jankiem teraz ma nowego faceta i została
wegetarianką, i co ja na to. Dla mnie Baśka może chodzić z obydwoma naraz
albo nawet w ogóle przestać jeść, ale przecież tego nie powiem.
- Wiesz, to straszne z tym Jankiem - mówię współczująco. - Szkoda faceta.
- A nie sądzisz, że też powinniśmy zostać wegetarianami? - pyta najlepsza z
żon.
Dobre sobie. A kotleciki indyjskie? A zrazy z grzybami, nie wspominając o
szynce parmeńskiej? Nigdy w życiu, po moim trupie!
- To wspaniały pomysł. Czytałem, że człowiek robi się zdrowszy, no a poza tym
chudnie - mówię.
- Zaczynamy od dzisiaj - zapala się najlepsza z żon. - Na kolację zjemy
marcheweczkę, a jutro na śniadanie jogurcik i pomidora.
Kiwam głową. Zjemy tę marcheweczkę, a jutro i tak zrobię zrazy. Powiem, że
szkoda, żeby się zmarnowały i zaczniemy być wegetarianami w przyszłym
tygodniu. Zawsze tak robię.
Kiedy idziemy już spać, najlepsza z żon szarpie mnie nagle za ramię i pyta:
- Jak myślisz, czy ja się w ogóle nadaję do pisania?
Jest już po północy i bardzo chce mi się spać. Oboje pracujemy w tym zawodzie
już kilkanaście lat i nawet by mi nie przyszło do głowy pytać o takie rzeczy,
zwłaszcza o tej porze.
- Wiesz, to bardzo ciekawa kwestia - zapalam światło. - Porozmawiajmy o tym.
Sądzę że się świetnie nadajesz. Piszesz wspaniałe reportaże. Twoje felietony
są o wiele dowcipniejsze niż moje.
- Naprawdę tak myślisz? - pyta najlepsza z żon.
- Tak - zapewniam.
Najlepsza z żon zasypia. I wtedy nagle mi się coś przypomina. Coś, co nie
może czekać do rana: - Kochanie, wygramy ze Szwecją? Bo Olisadebe zachorował
i nie będzie grał - szarpię ją za ramię. Najlepsza z żon zapala światło: - To
straszne - mówi. - Ale wiesz, wierzę, że wygramy. A kto zagra w ataku? Może
Kosowski? Co o tym sądzisz?
Monika Piątkowska i Leszek K. Talko"
To chyba kwintesencja małżeństwa... :))))))))))