akkknes
27.10.07, 22:20
musze zaczac nowy watek, przepraszam.
moze ktos 'nowy' pojedzie mi tak ostro, ze w koncu sie ogarne...
po burzliwym rozstaniu z eksem w styczniu i przechodzeniem przez
pieklo az do maja ogarnelam sie - praca, szkola - same sukcesy,
kariera... w wiekszosci dzieki przyjaciolom i rodzinie.
wakacje milion spraw codzienne zycie - powoli stawalam na nogi - raz
na miesiac sms od eksa, jakas beznadziejna rozmowa na gg. wydawalo
mi sie, ze sie ogarnelam. gdzies tam czasami, wyobrazalam sobie
jakby to bylo gdyby znowu wrocil. czekalam na to gdzies w srodku
samej siebie.
nagle - pod koniec wrzesnia on mnie zaprasza do knajpy. rozmowa o
zupie slupie, ze sie odbil, zarobil kupe kasy, ze rozstal sie z
dziewczyna dla ktorej mnie zostawil, ze od dwoch miesiecy ma wyrzuty
sumienia i zaluje tego co bylo, ze ciagle o mnie mysli.
probowalam byc twarda i nawet na spotkaniu bylam.
po dwoch dniach zadzwonilam do niego, ze nie, zmieniam zdanie, ze
chce zeby wrocil, ze jestem w stanie nie wracac do tego co bylo, ze
tak, chce i w ogole.
nagle sie okazuje, ze z tamta to nie do konca koniec (te wnioski to
efekt 5cio godzinnej rozmowy przez telefon)... dalam mu tydzien na
wyprostowanie spraw. w tym czasie codziennie rozmawialismy,
gadlismy, bla bla bla, jak o tym powiedziec rodzicom, raz jeszcze
sie spotkalismy... on probowal cos poprostowac, tylko raz mowil tak,
raz tak. zerwal z nia, zablokowala go na gg... tak naprawde wcale
sie nie cieszylam, bo jeszcze nie mialam z czego, poza tym po tym
wszystkim co bylo w ciagu ostatniego roku - mialam sama przed soba
opory.
no i zbliza sie ten dzien w ktorym ma nastapic ostateczne starcie...
cos nie chce gadac, cos odpowiada, czegos niedopowiada...
prawie w nocy dzwoni do mnie ta dziewczyna.
pieprzy mi przez dwie godziny (ze ja sie nie rozlaczylam, glupia ja)
ze ona juz go nie chce, ze ona mu powie zeby on do mnie wrocil, ze
ja to jestem madra, fajna i w ogole... dzwonie do niego - bo
chcialam byc z nim szczera (!) - ze ona do mnie zadzwonila i chce
sie spotkac, zaprzyjaznic, w ogole w miedzyczasie mowi mi, ze on jej
przedstawil troche inna wersje zdarzen...
totalna awantura, krzyczy na mnie ze w takim razie to on nie bedzie
juz nigdy ani ze mna ani z nia.
w srodku nocy milion telefonow, slysze w sluchawce, ze tamta drze
sie, krzyczy, wyje i histeryzuje... on sie mnie o cos pyta, ona
temu zaprzecza...
nastepnego dnia on mnie za to wszystko przeprasza, mowi ze to co ona
zrobila (popila prochy wodka) i co powiedziala daje mu obraz tego co
jest. dodaje, ze sie rozstali.
poprzedniego dnia wspomnial mi tylko, ze maja tydzien na decyzje czy
chca byc ze soba. no ale ta awantura, te telefony... wiec naiwnie
myslalam ze to nieaktualne. oczywiscie wierzac w to, co mowi,
powiedzialam mu, jak za nim tesknilam, jak swirowalam, ze przez ten
czas spotkalam sie z tym i tym i ze skonczylo sie tak i tak.
wiec on znal wydarzenia.
w polowie tygodnia gadamy i on powiedzial cos w stylu, ze ona
jeszcze nie prosila zeby on do niej wrocil... najpierw sie zdzwilam,
potem poryczalam, potem wkurzylam i powiedzialam zeby sie odezwal
jak sie zastanowi z ktim on tak naprawde chce byc. i nie odzywalam
sie az do dzis - zblizal sie dzien konca tego 'tygodnia'...
i k...a!! myslalam o tym, o nim, o tym wszystkim... czy dzwonic dzis
czy jutro, czy w ogole dzwonic, czy pytac, czy czekac...
wchodze teraz na gg i widze jego opis: ze ja kocha i prosi zeby
wrocila, ze naprawi wszystko co bylo zle...
jakby mnie piorun trafil...
przeczekalam godzine, dwie... dzwonie, ale on nie ma czasu. za
sekunde odzwania, mowie mu (calkiem spokojnie, co zreszta przez ten
caly czas od tego spotkania bylo dziwne - ani nie wylam, ani nie
blagalam, po prostu mowilam) bo juz nawet nie pytalam, tylko
stwierdzialam, ze ok, wybral.
a on mowi ze tak, ze jest wlasnie u niej, ze zdecydowal.
powiedzialam zeby juz nie dzwonil za pol roku o kolacje, ze skoro
woli ta wariatke (sorry, ale ona lyka psychotropy, poza tym bylo
kilka akcji) to ok, zapale mu symblicznego znicza w czwartek.
i tak wam powiem, ze walcze juz z pol godziny sama ze soba, zeby sie
nie poryczec, nie poryczec tak, jak wylam pol roku temu.
znowu mnie oszukal, bylam zabawka, ktora mozna rzucic w kat...
a ja chcialam byc bohaterka, pierwsza, ktorej sie udalo cos w co
nikt nie wierzyl...!!
a teraz siedze sama i skreca mnie bo wstydze, najnormalniej w
swiecie wstdze sie komukolwiek - nawet przyjaciolce powiedziec jaka
jestem glupia.
jesli ktos mnie 'przeczytal' do konca i ma chwile zeby mi powiedziec
ze jestem glupia to zapraszam...
ps tak naprawde to sie boje ze po prostu juz do konca zycia bede
sama... w pracy nie ma takiej opcji, w szkole tez nie widze
perspektyw... a ja mam juz 22lata, wpadlam w tybik praca-szkola-dom,
co z tego ze robie kariere, znajomi mi zazdroszcza, jak w srodku
jestem sama i udaje sama przed soba ze jestem szczesliwa??
ja bylam gotowa miec z nim dziecko, rzucic w cholere szkole i prace,
sprzeciwic sie rodzicom i znajomym i byc z nim.
i tak dalam sie oszukac...
taka jestem glupia.