fannka77
26.11.07, 12:28
On młodszy ode mnie o trzy lata. Znaliśmy się dwa lata zanim
wzięliśmy ślub, mieszkaliśmy przed rok razem-było nam dobrze ze
sobą. Przed ślubem przeprowadziliśmy się obok jego rodziców, on
zmienił pracę na własną działalność działalność coś zaczynało się
psuć, ale zganialiśmy to na nerwy przed ślubem. Po ślubie dzień za
dniem mijał, raz było dobrze raz gorzej. Jego rodzice zaczęli
pomagać mu w interesie więc zagościli w naszym życiu codziennym. Po
roku zaszłam w ciąże. Mój mąż całe dnie i noce spędzał przed
komputerem, nie interesował się mną i moim brzusiem. Nie pomagał w
przygotowaniu, nie rozpieszczał ani słowem ani gestem. Było mu
wszystko jedno jak dziecko będzie miało na imię tak samo podchodził
do badania usg. Mówił tylko jedno: wszystko jedno, daj spokój
przecież nie jesteś chora. Było mi smutno i często płakałam (pewnie
też przez hormony). W końcu wybuchła awantura po której przyszła na
świat moja córcia. Poród zakończył się cesarką i tu muszę
zaznaczy,że do momentu cięcia mój mąż stawał na wysokości zadania-
chodził ze mną po korytarzu, trzymał za rękę. Wyszliśmy ze szpitala
a mój mąż kazał mi wyprowadzić psa na dwór (po cesarce) czego nie
zrobiłam więc po wyrażeniu mojej opinii się obraził. Mała cały czas
płakała, nie spałam ani w dzień ani w nocy a on nie wstawał bo rano
do pracy. Nie miałam siły i chyba miałam początki depresji.
Poprosiłam moja mamę aby przyjechała do mnie mi pomóc. I pomagała
jako jedyna osoba, dzięki niej spałam, jadłam a wielmożny małżonek
przynosił recepty od swoich znajomych mam, że trzeba to zrobić i
tamto i mała przestanie płakać i ciągle powtarzał gdybym ja był w
domu było by inaczej. Po miesiącu przyszedł do domu wściekły
stwierdził, że on tu jest panem domu i wyrzucił moją mamę. Zostałam
sama, po tygodniu mała wylądowała w szpitalu-operacja serca. I znowu
tylko ja w szpitalu z strachem ,łzami, zmęczeniem-bo mój mąż rano
pracował. Mała ma 2.5 roku dopiero teraz zaczął się nią zajmować i
mogę powiedzieć, że jest dobrym ojcem. Natomiast my jesteśmy na
krawędzi rozpadu. Jego rodzice są wszędzie latają do jego pracy,
przybijają nam śrubki w mieszkaniu i zawsze robią to co on chce.
Może ich wyzywać a oni mu mówią aby się nie denerwował. Do tego on
mówi wszystko swojej mamie, pokłócimy się ona wie, nowinki ona wie
ja jeszcze nie. Wymaga ode mnie abym mu ustępowała jak jego rodzice
we wszystkim no i wyzwiska nigdy nikt tak mi nie ubliżał. Po
porodzie usłyszałam, że jak na mnie patrzy to rzygać mu się chce –
byłam nieatrakcyjna, jestem idiotką, prostaczką, mam przymknąć ryj
itd. Wszystko to tkwi we mnie nie umiem się już przełamywać choć i
tak stwarzałam pozory. Finansowo jest nam bardzo dobrze, mamy
cudowne dziecko a ja tracę zmysły.Co mamy robić aby było normalnie?