claudel6
20.12.07, 16:51
Kochane,
jestem tu nowa, ale bardzo ciesze sie, ze znalazlam to forum. to jest moja
'bajka'. swietnie sie was czyta, duzo tu bardzo madrych, poszukujacych kobiet.
"Biegnaca" czytalam, choc nie od deski do deski. aktualnie zaczytuje sie
Viviane Crowley, ktora jest moja duchowa mistrzynia - nie wiem czy w Polsce
jest wydawana.
btw, jestem poganka i jungistka :)
Ale do rzeczy: przepraszam, ze tak z grubej rury zaczne, ale probuje sobie
poradzic z pewna dla mnie bardzo bolesna sytuacja w zyciu i szukam symboli. w
sensie szukam mitow, basni, archetypow, ktorym moglabym przyporzadkowac obecne
swoje emocje i stan psychiczny, by je przekroczyc - poradzic sobie z nimi.
od razu wyjasniam, ze rozmowy z przyjaciolmi mi nie pomagaja. bo nie znajduje
tam zadnej ponadosobowej madrosci, to sa tylko scierajace sie racje roznych
ego (l.mn.) z moim.
cala ta sytuacja dotyczy mnie i mezczyzny, ktorego kocham. od razu was bardzo
unizenie wrecz prosze, byscie nie dawaly mi babskich rad. poniewaz nie szukam
kolejnych rad. jedna z was powie: zostan, poczekaj, inna - odejdz natychmiast.
mam ten wieloglos na zewnatrz i w swojej glowie i chcialabym go zagluszyc.
uslyszec jeden czysty glos.
sytuacja w skrocie jest taka: jest mezczyzna (to juz wiecie), z ktorym probuje
byc. ktory rowniez probuje byc ze mna. ten mezczyzna zostawil 1.5 miesiaca
temu swoja poprzednia kobiete. trudno powiedziec czy dla mnie..czesciowo tak.
ale on twierdzi, ze musialby to zrobic i tak, i tak. bo zabil ten zwiazek juz
dawno.
moj problem jest taki, ze jestem zazdrosna o uczucie, jakim ja darzyl. nie
dlatego, ze jestem zazdrosna o byle kobiety, tylko dlatego, ze on na ten
moment nie potrafi powiedziec, ze jej juz nie kocha. nie potrafi powiedziec
rowniez niestety, ze kocha mnie. jedno czego jest pewny i co mi deklaruje to,
to, ze chce ze mna byc i wierzy, ze moze byc ze mna szczesliwy.
czyli jest sytuacja, w ktorej jedno uczucie jeszcze nie wygaslo, a drugie tak
do konca sie nie narodzilo.
ja sobie z tym poradzic nie potrafie, bo dla mnie jest to sytuacja typu:
mezczyzna kocha tamta kobiete, a nie mnie.
wazna informacja o mnie: do tej pory, przez cale swoje zycie i wszystkie swoje
zwiazki prezentowalam bardzo 'dawcza' postawe - to ja kochalam, to ja milosc
deklarowalam i niczego nie zadalam dla siebie. zywilam sie swoja wlasna
miloscia, ktora zawsze w koncu skakala mi do gardla (bo zawsze w koncu
wyhodowalam potwora). mowiac bez metafor: zawsze bylam potem nieszczesliwa.
to jest moj pierwszy zwiazek, w ktorym mowie: nie. dosc. zasluguje na milosc i
zasluguje na to, by o niej slyszec. zasluguje na to, by sie czuc pelnie.
wiem co czuje - wiem, ze go kocham i wiem, ze nie chce byc z mezczyzna, ktory
kocha (nawet jesli tylko miloscia zamierajaca) inna kobiete. to sa uczucia
wymagajace dwoch sprzecznych rozwiazan.
dlatego, choc wiem co czuje, kompletnie nie wiem, co robic.
potrzebuje jakiejs bajki, mitu, symbolu, z ktorego byc moze bym wyczytala
jakies rozwiazanie. wskazowki dla siebie, jakas ponadjednostkowa madrosc.
czytalam temat o bajkach i bardzo mnie on zainspirowal. wtedy pomyslalam -
chcialabym poznac bajke o sobie. tylko ze zadna nie przychodzi mi do glowy.
z gory przepraszam za brak polskich liter