atlantis75
05.11.03, 16:29
Odzywam się po długim milczeniu :) Ostatnio pracuję rawie na dwa etaty...
Mam problem, który zaostrzył się właśnie dzisiaj, dlatego chcę się trochę
wyżalić i poprosić was o obiektywne spojrzenie i radę, jak się zachować.
Od października wynajmujemy z mężem dwupokojowe mieszkanie. Spełniło się nasze
marzenie o wspólnym samodzielnym mieszkaniu. Przed ślubem pomieszkiwaliśmy w
mieszkaniach z lokatorami. Było to dosyć uciążliwe, ale decydowały o tym
głównie finanse. W końcu znaleźliśmy wymarzone gniazdko :) Z początkiem
października okazało się, że mieszkał będzie z nami mój młodszy brat (student I
roku). Trochę za późno zabrał się (właściwie zabrali się, bo szukał z Mamą) za
szukanie dla siebie stancji i wprowadził się do drugiego pokoju. Powiem wam
szczerze, że nie byłam zbyt zadowolona z tego faktu... samodzielnego mieszkania
szukaliśmy sobie z tego względu, by nareszcie czuć się u siebie i bez
skrępowania chodzić po mieszkaniu w gaciach (takie dosadne uproszczenie). No,
ale w końcu to mój ukochany brat i tak bardzo zależało Mamie... Mama zapłaciła
za pokój za dwa miesiące z góry. Nie wymagałam od niej tych pieniędzy, ale sama
doszła do wniosku, że skoro i tak poszłyby na stancję, to nam się przydadzą.
Przydały się, bo mieszkanie nie jest tanie i przecież odkładamy na własne
(oszczędzamy na wkład do kredytu, który zamierzamy wziąć w przyszłym roku).
Ja i mąż zajeliśmy największy pokój, ale niezbyt wygodny, bo przejściowy do
kuchni. Brat zamieszkał w mniejszym. Wszystko było w porządku do czasu... gdy
zaczęły mnie denerwować pewne sprawy. Napiszę wprost: kocham brata, to
inteligentny i wrażliwy facet, ale kompletnie niezaradny. Najmłodszy, więc do
tej pory wszystko robiła za niego Mama. Śniadanko, obiadek, kolacja, pranie,
gotowanie, sprzątanie. Myślałam, że skoro brat rozpoczął studia będzie próbował
się jakoś usamodzielnić... Chyba się trochę pomyliłam... Co prawda śniadania
robił sobie sam, ale przez pierwszy miesiąc obiady miał podtykane pod nos. Nie
dokładał się do budżetu obiadowego (wiem, że dostaje pieniądze od Mamy), ale to
mniejszy problem. Myślałam, że skoro gotujemy dla niego, to chociaż naczynia po
obiedzie pozmywa... On tymczasem zmywał tylko swój talerzyk. Drugą sprawą,
która mnie wyprowadzała z równowagi był brak jakiejkolwiek inicjatywy z jego
strony jeżeli chodzi o sprzątanie. Raz poprosiłam go, żeby posprzątał łazienkę.
Usłyszałam, że... nie potrafi. Dałam sobie spokój, pewnie niepotrzebnie. I
teraz mam za swoje. Kolejna sprawa drażliwa: siedzenie w naszym pokoju przed
telewizorem do późnego wieczora. Zero wyczucia, zawsze trzeba go delikatnie
wypraszać. Właściwie, to chyba rozumiem jego zachowanie... nasze mieszkanie
stało się przedłużeniem rodzinnego domu, w którym we wszystkim wyręcza go Mama.
Jakoś podświadomie, znając ten układ rodzinny, przejęłam tę rolę...
Po miesiącu wszystko zaczęło mnie denerwować. Ani się z mężem porządnie
pokłócić, ani porządnie pokochać :)
Pewnego dnia studiując ogłoszenia w prasie napomknęłam bratu, że ktoś poszukuje
współlokatora. Powiedziałam w dobrej wierze, w końcu umawialiśmy się na 2
mies., a lokum trzeba sobie szukać przynajmniej na 2 tyg. przed wyprowadzką.
Nie miałam pojęcia, że odniesie to taki skutek. Jemu zrobiło się przykro.
Pojechał do domu i powiedział Mamie, że chyba go nie chcemy. Rezultat: Mamie
zrobiło się przykro, mi jest głupio i jestem wściekła. Zostałam wmanewrowana w
pewną sytuację i teraz robi się ze mnie osobę, która gra nie fair...
Dziś miałam okazję usłyszeć od Mamy przez telefon, że jest jej przykro.
Zdenerwowałam się. Chciałam pomóc, naprawdę. Ale nie kosztem moich nerwów....
Jak rozegrać tę sytuację, żeby wielk był syty i owca cała?
Pozdrawiam. Atlantis