seclife3
24.01.09, 22:21
Witam szanownych forumowiczów,
ostatnio coraz więcej moich przemyśleń zmierza w kierunku odpowiedzi na pytanie gdzie się podziały fajne kobietki (jeśli któraś z pań poczuje się urażona to proszę uważać się za wyjątek!).
W związku z tym, że skromnością nie grzeszę - parę słów na początek :)
Uważam, że jestem fajnym i wartościowym facetem, w związku preferuję przede wszystkim dawanie (co ma spowodować komparatywną reakcję drugiej strony), zgodzę się z teorią, że jestem nieco skomplikowany w obsłudze oraz ekscentryczny. Mam bardzo zdrowe i racjonalne podejście do życia, zmierzam do samodoskonalenia - rozumianego zarówno od strony duchowej (medytacje i joga) jak i bardziej przyziemnej - rozwój naukowy, awans społeczny. Jestem facetem z klasą ale pewnym siebie, mam dwadzieścia parę lat, niezwykle bogate doświadczenia życiowe (sporo negatywnych ale nie jest to absolutnie powodem do użalania się nad sobą), z determinacją dążę do wybranych celów. Co jeszcze? Wstaję o nieludzkich porach, jestem aktywny zawodowo - kieruję m.in. firmą inwestycyjną jednocześnie sporo czasu przeznaczając na rozwój akademicki. Nie otrzymałem żadnego startu od rodziny, wielokrotnie ponosiłem porażki, ale podniosłem się nawet z największych. Dokąd zmierzają moje przemyślenia? Od dłuższego czasu po nieudanym związku jestem singlem (zadowolonym z życia :), mam wiele koleżanek, kilka bliskich przyjaciółek ale odnoszę wrażenie, że ciężko jest znaleźć wartościową połówkę o podobnych przekonaniach. Nie szukam oczywiście intensywnie, raczej biernie obserwuję sytuację. Zauważam nawet choćby czytając forum mnogość kobiet nastawionych do facetów roszczeniowo, oziębłych, nie dających nic od siebie, bez ambicji. Dziewczyny czy wszystkie wartościowe z was poukrywały się? Obserwuję stereotyp małżeństw/par toczących batalie o przyziemne sprawy typu zarobki, wydatki, brak seksu. Sądzę, że nie przesadzimy jeśli wysuniemy teorię modelu rodziny jako ojca pantoflarza, żony (nieaktywnej lub aktywnej zawodowo w minimalnym stopniu) i kilkorga usmarkanych dzieci. Oczywiście powyższy model powoduje frustracje i rozczarowania. Brakuje mi postów od zadowolonych par (a może takie nie mają powodów żeby tu pisać), bez zdrad, bez wzajemnych oskarżeń. Tęsknię za widokiem kobiety zadbanej, wykształconej i dającej a nie tylko biorącej. Zaryzykuję stwierdzenie, że wszystkie piękne i wartościowe kobiety są albo przyjaciółkami albo są zajęte, a najczęściej 2 w 1 :) No bo czy możemy normalnie podejść do kobiet, które odstają od facetów klasą, ambicjami czy doceniają tylko wartości materialne, przeraża mnie jak fajne z pozoru osoby zwracają uwagę na: 1 - samochód, 2 - kolor karty przy płaceniu rachunku w knajpie, a co jeśli facet zbankrutuje - wtedy już "be"?
Miało być o agresji więc opiszę krótką historię czekając na wasze - kobietki przemyślenia.
Zawsze wyjścia na miasto kojarzyły mi się z przyjemnością, najchętniej (ale niekoniecznie bo bawić się można w każdych warunkach byle z bliskimi osobami) z pięknymi zadbanymi kobietami, przystojnymi facetami, cudowną atmosferą, muzyką, szampanem lub dobrą wodą mineralną ;)
Wczoraj koleżanki zaproponowały mi wyjście do klubu studenckiego, zgodziłem się mając co prawda pewne obawy.
Komplementem będzie nazwanie patologią ludzi, którzy przychodzą na studia. Zachowania nawiązujące do najniższych instynktów, brak kultury, agresja na miarę Tysona. Moja wina - zrobiłem sobie nową fryzurę (koleżanki mówią, że bardzo fajnie wyglądam), ubrałem się z klasą ale i z nutą artystyczną (inspiracja K. Lagerfeldem ;) To się rzuca w oczy. Zostałem wyciągnięty przez przyjaciółki na parkiet i wręcz napastowany powodzeniem płci pięknej, ale w końcu nie przyszedłem sam, wypada tańczyć z dwiema koleżankami, które inspirowały wieczór. Mój brak reakcji spowodował agresję i rywalizację adoratorek, poczynając od gróźb i przepychanek z moimi paniami kończąc na zaatakowaniu mnie w męskiej! toalecie. Może ja wymagam zbyt wiele ale chyba widok pijanej, śmierdzącej tanim piwem i agresywnej studentki jest mało pociągający. Bo czy normalnym jest, że gdy korzystam z pisuaru, panie szarpią mnie za ubranie/drapią? W obliczu mojej reakcji - przytrzymania ręki usłyszałem stek wyzwisk, gróźb oraz zostałem zaatakowany przez dwóch panów wezwanych na pomoc. Jaka moja reakcja? Po asertywnym, możliwie sprawnym i szybkim przeproszeniu towarzystwa (przeproszeniu w sensie spławienia z minimalną dawką rękoczynów skierowanych przeciwko panom). 5 minut po zajściu siedziałem przy stoliku z moim pięknym towarzystwem, agresywne panie przy przejściu obok nas schyliły się nad uchem mojej przyjaciółki - po wtajemniczeniu w rozmowę - nic specjalnego standardowe groźby śmiercią i kalectwem. Celowo poszliśmy tańczyć a staraliśmy się aby wyglądało to baaaardzo uwodzicielsko :) I tu moje pytanie gdzie się poukrywały normalne kobiety? Sytuację opisuję w dużym uproszczeniu i w wersji raczej ocenzurowanej, z uwagi na fakt, że ogrom agresji i chamstwa z jakim się spotkałem chyba nie nadaje się do cytowania.
Meritum mojego postu dotyczy zjawiska przemiany stereotypu młodej kobiety a może raczej niekontrolowanej emancypacji (jak facet może to i ja). Widok pijanego agresywnego faceta nie jest ciekawy ale widok agresywnej kobiety jest przyjmowany znacznie gorzej!
Zdaję sobie sprawę, że identycznie negatywny wizerunek możnaby przykleić facetom ale może dla odmiany taki post o kobietach?
Sympatyczne, wartościowe i ambitne dziewczyny dajcie znać o swoim istnieniu :)