panismok
21.03.09, 09:45
... niby prawda, nie? Ale czytając różne wypowiedzi i słuchając wielu Pań w "realu" dochodzę do wniosku, że facet człowiekiem jest tylko do momentu uzyskania statusu partnera lub męża. Ma prawo chorować, mniej zarabiać, chodzić do mało ambitnej pracy, spać do 12tej, jeśli akurat potrzebuje, a w domu nie ma chorego dziecka, pożaru czy teściowej... Ma prawo spotykać się z kolegami, o zgrozo z koleżankami też. Ogólnie nie trujemy mu za bardzo.
Sytuacja się zmienia, gdy pan staje się "stałym towarzyszem" lub mężem. Nagle zaczynają jego partnerce przeszkadzać niskie zarobki, stary samochód, pogrywanie na kompie czy wyjście na piwo z kumplem. (Piszę oczywiście o normie, a nie o jakiejś patologii - po prostu facet dba o związek i partnerkę, ale swoje zainteresowania, upodobania i towarzystwo nadal ma).
Od kiedy zauważyłam to zjawisko "spadającej tolerancji", staram się obserwować siebie i nie czepiać się o drobnostki. Oczywiście to wykonalne tylko "w atmosferze wzajemnego zrozumienia" - bo jak np. muszę pogadać o czymś bardzo ważnym, to najpierw gadamy, a potem dopiero Smok idzie się np. bawić komputerem - i dla wszystkich jest oczywiste, że rozmowa ma priorytet. Gdyby facet w tej sytuacji przestępował z nóżki na nóżkę aby tylko do kompa, to niestety nie ten facet...
Po prostu czasem wydaje mi się, ze można nadmiernymi wymaganiami i narzekaniem "zepsuć" nawet bardzo dobry związek. I czasem kobiety próbują wymagać od swoich facetów rzeczy wręcz niemożliwych, niezgodnych z ich osobowością, charakterem. Łagodny i rodzinny facet ma nagle zostać rekinem biznesu, rekin biznesu ma wychodzić z pracy o 16tej, dusza towarzystwa ma zrezygnować z towarzystwa, a piłkarz amator ze sportu... Bywa i vice versa - np. pani od zawsze okrągła ma dla męża osiągnąć wymiary modelki - chociaż wydaje mi się, ze faceci częściej akceptują nas "z dobrodziejstwem inwentarza", niż my ich :-(
Trochę rozumiem, skąd u panów obawa przed trwałymi związkami - chyba nie zawsze chodzi tylko o strach przed zmywaniem garów czy syndrom "już żadnej laski nie zaliczę". To lęk przed próbami "urobienia" przez partnerkę, przed zmianą w kogoś, kim niekoniecznie facet chciałby zostać...
A Wy jakie macie doświadczenia i spostrzeżenia?