Dodaj do ulubionych

Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw......

    • basiaimisia Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 13:21
      Ja zdecydowanie jestem za zamieszkaniem razem. Przecież możecie sami wynająć
      kawalerkę ewentualnie pokój w prywatnym domu
      • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 13:40
        Jesli koniecznie chcecie ze soba mieszkac zeby sie 'przetestowac' to koniecznie we 2, bez rodzicow.

        Choc ja jestem przeciwna pomieszkiwaniu razem, ktore jednak jest najwygodniejsze dla mezczyzny i nie daje kobiecie zadnej ochrony czy gwarancji. Znam takie co po 6 latach mieszkania razem znalezly sie z niczym myslac ze bez papierka 'nowoczesnie' sie utrzyma. Ale prawda jest taka, ze bez papierka latwiejsza jest i decyzja o wspolnym mieszkaniu, jak i wspolnym rozstaniu, wiec ludzie czesto nie podchodza do tego bardzo powaznie, tylko na zasadzie wygodniej i latwiej we 2. Gdybym byla facetem, nie zdecydowalabym sie na slub. Jako kobieta uwazam ze madrzej jest go wziac. Zobaczysz ze po latach pomieszkiwania na 99% bedziesz musiala go do slubu zmuszac.

        Cala idea 'testowania kandydata w praniu' jest dla mnie przejawem niedojrzalosci. Dziecko tez bedziesz testowac i jak nie bedzie wg twoich wyobrazen, to je 'odstawisz'?
        • annie_laurie_starr Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 14:17
          Mieszkalam przed slubem z moim mezem i dzisiaj z perspektywy osmiu lat
          malzenstwa i ponad 11 lat znajomosci widze, ze mieszkanie razem bylo decyzja,
          ktora dla mnie niefortunna. W dniu zamieszkania z moim chlopakiem pokazalam mu,
          ze to ja jestem osoba, ktora stara sie o ten zwiazek, a on juz nie musi.

          Na poczatku jest fajnie - czlowiek czuje sie jak na dobrych prochach; jestem
          taka samodzielna, taka wyzwolona mieszkam z chlopakiem i dbam o zwiazek. Po co
          mi papierek? Momentalnie jednak wchodze w role zony, ktora nie jestem. Potem
          nagle chce byc ta zona, ktora juz de facto jestem tylko bez korzysci w postaci
          wspolnego rozliczenia podatkowego mowac lekko cynicznie. A gdy nia zostaje to
          nagle okazuje sie, ze moja pozycja w zwiazku bylaby duzo mocniejsza, gdybym nie
          mieszkala przed z nim slubem, a nawet przed deklaracja co do slubu. Moze to
          mnie bardziej zalezalo na tym zwiazku i po latach nadal boli, ze sie czlowiek
          tak spalal jak w piosence Kazika.

          Jestem nadal z tym samym czlowiekiem i kochamy sie i nie planujemy rozstania,
          ale sama przed soba musze przyznac, ze gdybym miala zycie przezyc jeszcze raz to
          prawdopodobnie nie zdecydowalabym sie na mieszkanie razem. Nie ma czegos
          takiego jak "dotarcie sie". Po latach znamy osobe, ze ktora jestesmy lepiej niz
          na paczatku, ale maleje takze chec przymykania oka na problemy.

          Na miejscu autorki cieszylabym sie okresem bycia razem bez mieszkania razem i
          bez dodatkowych obowiazkow. Trzy lata to jest dlugi okes czasu - kto wie czy
          chlopak, z ktorym dzisiaj chcesz zamieszkac i wziac slub jest tym, z ktorym
          spedzisz zycie.
          Nie zamykaj sie z nim we wspolnym mieszkaniu.
          • elle444 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 16:27
            Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Jak już wcześniej pisałam
            moj mąż chciał ze mną chodzić 3 lata, zanim by mnie uznał za godna
            zostania jego żoną. Przez ten czas chciał rzecz jasna ze mną
            mieszkać, żeby już teraz móc korzystać z uroków małżeństwa. Jak
            postawiłam wyraźne veto, to się okazało, że chce mnie poślubić już
            za pół roku. Zaczął też jeszcze bardziej zabiegać, bo mężczyźni
            lubią niezależne kobiety, a jak już wcześniej pisałam, wpółlokatorka
            jest zaklepana, ewentualne rozstanie będzie dla niej porażką, wiec
            tak łatwo się jej nie zniechęci. Co więcej ponieważ przed ślubem
            spotykaliśmy się tylko 1,5 roku, to po ślubie dalej byliśmy sobą
            nienasyceni. To było jak nowy początek, na pewno ślub w tej fazie
            związku daje kolejne impulsy dla jego rozwoju. Teraz dalej liczy sie
            z moim zdaniem, bo go tego po prostu na początku związku nauczyłam.

            Nowoczesność nowoczesnością, ale długotrwałe chodzenie bez ślubu
            jest dla kobiety tak samo upokażające, jak długotrwałe chodzenie bez
            seksu dla faceta. (Swoją drogą, ciekawe który czekałaby 3 lata). Ok
            są kobiety, które z jakiś powodów mają uraz do małżeństwa, ale jesli
            w głębi duszy nie jesteśmy az takie "nowoczesne" to pomieszkiwania
            nie polecam. Dla mnie byłaby to udręka.
            • mujer_bonita Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 16:48
              elle444 napisała:
              > zostania jego żoną. Przez ten czas chciał rzecz jasna ze mną
              > mieszkać, żeby już teraz móc korzystać z uroków małżeństwa. Jak
              > postawiłam wyraźne veto, to się okazało, że chce mnie poślubić już
              > za pół roku.

              Czyli klasyczne kupczenie seksem :) Małżeńska prostytucja :)
              • cherokee77 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 18:10
                Dzieki Elle444 za klarowne i rozsadne podejscie do tematu, podpisuje
                sie obiema rekami, niestety naleze do kobiet ktore ulegajac
                nowoczesnym dyrdymalkom w stylu new age popelnilam wszystkie bledy
                jakich rozsadna kobieta nie ma prawa popelniac , z zamieszkaniem
                razem przed slubem na czele . Efektem jest malzenstwo bedace
                calkowitym nieporozumieniem , po latach maz sam sie zreszta przyznal
                ze ozenil sie tylko dlatego zeby nie stracic cieplego gniazdka jakie
                mu przed slubem stworzylam , malo tego , ma do mnie pretensje o to
                malzenstwo ,uwaza ze winna mu bylam kontynuacje zwiazku na kocia
                lape , bo on tak chcial i mu sie nalezalo!!! W obliczu rozwodu maz
                uznal ze caly nasz dorobek jest jego ,jako zadoscuczynienie jego
                poswiecenia , szkoda mi siebie , a jeszcze bardziej coreczki...
                • kalam07 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 18:17
                  po latach maz sam sie zreszta przyznal
                  > ze ozenil sie tylko dlatego zeby nie stracic cieplego gniazdka jakie
                  > mu przed slubem stworzylam , malo tego , ma do mnie pretensje o to
                  > malzenstwo ,uwaza ze winna mu bylam kontynuacje zwiazku na kocia
                  > lape , bo on tak chcial i mu sie nalezalo!!!

                  no pewnie a gdybyście nie zamieszali ze sobą przed ślubem to Twój mąż jak z
                  dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie okazałby się skończonym palantem ?

                  on był jest i będzie palantem niezależnie od tego czy byś z nim nie zamieszkała
                  przed ślubem czy zamieszkała.

                  zresztą to, że on nie chciał się żenić powinno ci dać do zrozumienia, żeby go
                  pogonić, miałaś znak jasny jak słońce w południe i tylko przez własną głupotę
                  cisnęłaś dalej na ślub faceta-idiotę, który chiał sie bawić w dom
                  masz co sobie zgotowałaś, Twoje mieszkanie przed ślubem doskonale pokazywało że
                  koleś jest beznadziejny.

                  Twoj przypadek doskonale pokazuje, że mieszkanie przed ślubem, może uchronić
                  człowieka od katastrofy ... trzeba tylko jeszcze wyciągać odpowiednie wnioski
            • trup Elle44, głupi ten twój facecik. 19.05.09, 22:05
              tyle zachodu dla takiej wyrachowanej, zimnej, pozbawionej uczuć...(---
              autocenzura--).
              mam nadzieję, że jest z ciebie chociaż cud urody i twój jeździec nie zrobił z
              siebie durnia nadaremnie.
        • 4g63 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 17:30
          . Gdybym byla facetem, nie zdecydowalabym sie na slub. Jako kobieta uwazam ze m
          > adrzej jest go wziac. Zobaczysz ze po latach pomieszkiwania na 99% bedziesz mus
          > iala go do slubu zmuszac.
          >

          i co sądzisz że ten papierek coś zmieni? że odsłoni kurtynę za którą będzie nowe życie z nowymi możliwościami? że odsłoni gamę nowych nieznanych wam uczuć itp???? - bzdura
          ślub niczego nie zmieni, i jeśli ma cię zostawić to zostawi, a jeśli nie to nie, chyba że znalazłaś faceta idiotę - to co innego

          > Cala idea 'testowania kandydata w praniu' jest dla mnie przejawem niedojrzalosc
          > i

          hahaha dobre, naprawdę śmieszna jesteś, widać że napatoczyłaś się na "śmierdzącego kartofla" i teraz musisz z tym żyć, ale innym ludziom, pozwól podejmować normalne i trafne decyzje, a "testowanie" jest przejawem dojrzałości i odpowiedzialności za swoje i swojej przyszłej rodziny życie, jak czytam takie wypociny jak twoje to aż się niedobrze robi, że takie głupoty można wypisywać
          • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 19:07
            Sadze ze papierek cos zmieni. 'Swiadomosc' papierka pozwala mlodym na nie
            podejmowanie decyzji o slubie pohopnie, bo odwrotu nie ma. Pomieszkiwac mozna co
            2 lata z inna osoba, przeciez to 'nic wiazacego', w kazdym momencie mozna zwinac
            manatki (sadze ze osoby bardziej impulsywne to po prostu robia).

            Slub cywilny jest deklaracja publiczna: wybralam sobie te osobe na wspolne
            spedzenie zycia. Czego deklaracja jest mieszkanie razem? Chcemy SPROBOWAC zyc
            razem? To jest zwiazek nie na powaznie, ale 'na czas probny' blizej
            nieokreslony? Mieszkam z nim, ale jak proba nie wypali to odstawie do salonu?

            Przede wszystkim radze, tak jak niektorzy pisali najpierw zamieszakac samej i
            zdobym doswiadczenia zyciowe zamiast sie spieszyc w stworzeniu tymczasowego,
            probnego gniazdka ;-)
            • kosciotrupek Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 05:13
              Bingo, myślę, że to, co napisałaś jest najlepszą odpowiedzią na posty takie jak
              napisała kalam piętro wyżej i jej podobne. Nie mogę pojąć tego, że ludzie widzą
              w ślubie tylko papierek, a nie ZOBOWIĄZANIE. Czyli coś, czego trzeba dotrzymać.
              Zobowiązując się do spłacania kredytu też podpisuję papierek i nie płaczę, że
              lepiej by mi było bez niego (mimo, że na pewno byłoby lepiej :-) ) i może by tak
              bank się ze mną umówił, ze będę spłacać dopóki będzie mi z tym dobrze albo
              dopóki będę widziała sens tego, co robię, albo dopóki nie będę musiała się za
              bardzo dla banku poświęcać itp.

              A inna sprawa, która mnie zdumiewa, to fakt, że tak kompletnie nie poruszają nas
              historie osób, które piszą o własnych trudnych i bolesnych doświadczeniach. O
              swoich błędach. O tym, że gdyby dzisiaj podejmowali jakieś decyzje, to zrobiliby
              to inaczej. Bo widzą ile ich samych i ich rodzinę kosztowały te błędne decyzje.
              Jest parę takich historii w tym wątku, ale jakoś przechodzą bez echa. A przecież
              ich autorzy tez kiedyś pewnie mysleli, że pozjadali wszystkie rozumy (z całym
              szacunkiem dla autorów, kto z nas ostatecznie tak kiedyś nie myślał! Tyle tylko,
              że w tak ważnych sprawach jak małżeństwo lepiej jest się uczyć na czyichś
              błedach, bo własne mogą zbyt drogo kosztować) i że nie muszą nikogo słuchać.
              Dokładnie jak autorzy większości postów na tym forum.
              • julyana Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 08:05
                Owszem, małżeństwo z definicji jest zobowiazaniem. Ale ile osób tak
                do tego podchodzi, nawet tych nawiedzonych dziewcząt co marzą o
                białej sukni? Niewiele, wiekszosć ma to gdzieś. Ludzie nie lubią
                takiego postrzegania zjawisk, które zmusza ich do wysiłku. Dlatego
                pohamowałabym nabożny stosunek do ślubu i małżeństwa, które rzekomo
                scalaja zwiazek i czynia go poważnym.
        • zdruzgotana81 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 22:42
          ciekawa jestem ile z was jest katolikami ktorzy mowia ze wierza w
          Boga....

          posluchajcie tego goscia ...polecam

          www.jacek-pulikowski.izajasz.pl/konferencje-mp3.html
        • volga_jasnowidzaca Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 00:23
          Przeczytalam caly watek i zauwazylam, ze kwestia, ktora rozni oba obozy jesy
          kwestia zalozen, co jest celem zycia kobiety.

          Opcja Elle i podobnych zaklada, ze celem zycia kobiety jest zlapanie meza.
          Proces lapania nie zaklada etapu rekrutacji i selekcji, bo nie zaklada ze
          zwiazek tworza dwia rownoprawne podmioty majace wzajemnie duzo sobie do
          zaoferowania. Kobieta w tej koncepcji jest polproduktem (za to mezczyzna chyba
          poltoraproduktem, bo egzystuje bez kobiety doskonale - trzeba go lapac, oraz
          posida skladnik uzasadniahacy egzystecje tejzej). Jsli rozumiemey zalozenia tej
          koncepcji, oczywiste jest, ze trzeba uzyc wszytkich sil aby jak najszybciej
          sobie zapewnic uzasadnienie egzystencji i 'dziecko pod sercem'.

          Oboz drugi zaklada, ze kobieta (zarowno jak meczyzna) posiada rozne cele w
          zyciu, jednym z wazniejszych jest nalezienie partnera. PARTENRA, ktory cos od
          nas otzryma i cos odda w zamian, wiec nalezy te decyzje podjac madrze i po
          namysle. W tej koncepcji kobieta moze egzystowac sama - przed i po 30' - bo
          rownoczesnie moze zdobywac korone swiata, odnosic sukcesy w pracy czy tez uczyc
          sie grac na balalajce.

          A cieple uczucia to ja mam do kierowcy autobusu, ktory nie zamknal mi drzwi
          przed nosem. Mojego partnera kocham i wiem ze te decyzje podejmyje nie na
          podstawie potzreby uzasadnienia swej egzystencji, po prostu znalazma tego
          wlasciwego. I Panie badz blogosawion, ze nie posloubilam tego chlopca, z ktorym
          spotykalpam sie na studiach bo na bank bylabym dzis rozwodka. Dobry byl i jego
          zona jest szczesciara tylko ze nie dla mnie (to jest swiadoma decyzja o wyborze
          partenra, nie lapanka, aby szybciej.

          Aha, lat 30 skonczylam, nie tak dawno, ale jednak, wiec chyba juz moja glowa
          jest opromieniona laska doswiadczenia i mowic moge (ale dziatwy nie posiadam, i
          wiecie co, moj partner chce a ja nie. W cyrku powinni mnie pokazywac).

          Slub wezme, jask bede chciala. A mieszkamy razem, i dobrze, bo ja nie umiem
          prasowac:P

          (Moja s.p bacia mowia nawet ze 'meza sie dostaje' i ta 'koncepcja' pochodzila
          wlasnie od tego kupowania kota w worku - dopiero po slubie i w trakcie wspolnego
          mieszkania kobieta sie dowiadywala jakiego meza 'dostala')
          • luksusowa.narzeczona slusznie prawisz, Volga 20.05.09, 10:57
            popieram w calej rozciaglasci.

            mnie zadziwiaja zawsze kobiety, dla ktorych celem zycia jest zlapanie meza, bo
            jako nie-mezatki czuja sie pol-wartosciowe, jak to trafnie ujelas.

    • kpaxxx Oczywiście że mieszkać 19.05.09, 14:00
      Paulino zrób wszystko żeby zamieszkać razem przed ślubem. Dopuki tego nie
      zrobicie tak na prawdę się nie znacie, chociaż zapewne wydaje Wam się inaczej.

      Ja z moją byłą żoną przed ślubem byłem 8 lat. Od czasów licealnych do skoczenia
      studiów. Nie zamieszkaliśmy razem z powodu jej nadmiernej religijności rodziców.
      Rozwód był rok po ślubie ... po prostu okazało się że w zderzeniu z życiem
      codziennym nie byliśmy w stanie funkcjonować razem ...
    • julyana Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 14:00
      Przeczytałam cały wątek - widze nowe wcielenie
      nieszczesliwejmezatki. Poza tym współczuję kompleksów i braku
      poczucia własnej wartosci tym, ktore twierdzą, że baba bez chłopa
      jest nieszczęśliwa, baba z chłopem bez ślubu jest wykorzystywana i
      drży o swą przyszłość, a baba która nie "ułoży sobie życia" do 30-
      tki jest stracona. No biedni są ludzie z takim podejsciem, współczuc
      trzeba, a nie sie śmiać.
      • black_ops Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 14:44
        ...dodaj do tego jeszcze zastęp bab, które w samcu widzą tylko samca. Co tylko
        pić będzie, skarpety rzucać gdzie popadnie i dupy mu w głowie tylko...

        Ech. Boski ten wątek jest.

        Swoją drogą, ja jakoś mieszkam "razem" od trzech lat - i na czwarty planuję
        ślub, bo jest coraz fajniej ;-)
        • julyana Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 07:37
          Tak, ja bardzo wspołczuje kobietom, które mają podejscie typu "żeby
          facet chciał mnie na żonę" i "chciał" jest tu słowem kluczowym.
          Łaskę sfrustrowanej robi, moze i dobrze, bo bez tego byłaby
          nieszczęśliwa, niech ma coś z życia. Cóż, jest wiele takich dla
          których sam fakt bycia w związku liczy sie duzo bardziej niz jakość
          tego związku.
    • lacido Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 14:17
      no to przez te dwa lata mieszkajcie gdzieś indziej a po ślubie u mamy
    • hollowcat mieszkanie z rodzicami po 20tce to chora sytuacja 19.05.09, 15:10
      19-20 lat to okres w którym człowiek powinien sie wyprowadzić od rodziców.
      To ich dom i ich zasady. Wyprowadź się, zamieszkaj z chłopakiem/narzeczonym/mężem i będziesz się czuła wolna. Mieszkanie z chłopakiem/mężem u rodziców to poroniony pomysł. Może przyspieszyć ropzad związku już nie mówiąc o komforcie czy intymności (gdzie seks uprawiać?).
      • kpaxxx To zależy ... 19.05.09, 16:42
        Hollowcat wszystko zależy od tego co człowiek porabia w wieku 20 lat. Nie
        wszystkie studia pozwalają na to żeby jednocześnie pracować i zarabiać pieniądze
        na utrzymanie ...
    • mili_vanili tak! nt. 19.05.09, 15:31
      Nie zdecydowałabym się na związek z kimś, z kim bym 2 lata nie
      pomieszkała. raz tak zrobiłam :/
      • anoresk Re: tak! nt. 19.05.09, 17:34
        Ja też...W wieku 21 lat poznałam starszego o 7 lat mężczyznę. Dopóki
        spotykaliśmy się w łikendy , było pięknie. Po 2,5 roku zamieszkaliśmy razem. No
        i nagle , z miesiąca na miesiąc , okazało się , że facet w ogóle się nie nadaje
        : był ( i jest nadal ) uzależniony od swojej matki , mnie zaczął traktować jak
        małe dziecko ( jednoczesnie silna potrzeba kontroli i opieki ) i wykorzystywał
        seks jako sposób trzymania mnie w szachu. Gdybym z nim nie zamieszkała , NIGDY
        bym tego się nie dowiedziała...
        Ale jak zycie pokazuje , każdy ma inne doświadczenia i decyzja( i jej
        konsekwencje )zależy od autorki.
    • hotaru85 NIE NIE NIE!!! 19.05.09, 17:39
      nie popełniaj mojego błędu! po zamieszkaniu razem facet będzie miał
      wszystkie przywileje męża (wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, seks o
      każdej porze) a ty wszystkie obowiązki żony - więc po co miałby chcieć
      legalizować związek? zamieszkacie razem a po 5 latach pukniesz się w czoło i
      zrozumiesz swój błąd.
      • kalam07 TAK TAK TAK !!! 19.05.09, 18:03
        a to maz ma zakaz gotowania czy prasowania, czy włączenia pralki ? a kobieta w
        przeciwieństwie do faceta nie ma prawa do seksu o każdej porze ?

        CO ZA PARANOJA !

        ja jestem w podobnej sytuacji jak autorka wątku, kończę studia i idę na swoje
        (mam własne mieszkanie), chce zamieszkać z moja partnerką, niech się przekona
        czy da radę wytrzymać z takim popaprańcem jak ja ;)))
        co do zdania rodziców (rozwiedzeni) to mój ojciec nie ma nic przeciwko ... ale
        matka jest przeciw, bo to 'niemoralne' i kropka, jak 'odbijam piłeczkę' że ślub
        mogę brać choćby jutro, to też jej nie pasuje ;], najlepiej jakbym dalej
        mieszkał w domu i na jakieś kolejne studia poszedł ;]
        zdecydowany jestem jednak postąpić tak jak zaplanowaliśmy, mama będzie obrażona
        - trudno, za mnie życia nie przeżyje, zresztą po tym co miałem w domu przez
        prawie 20 lat konfliktów moich rodziców, wole sprawdzić czy nadaję się do życia.

        więc droga autorko wątku, rób jak uważasz, nie ulegaj presji rodziców, jeśli
        ulegniesz to tylko i wyłącznie Ty będziesz ponosić konsekwencje de facto ich decyzji
        • hotaru85 ... 19.05.09, 18:18
          wtedy to już nie będzie PRZED ślubem ale BEZ ślubu. a ty możesz sobie tylko
          gdybać bo tego nie przeżyłaś więc nie teoretyzuj.
      • mujer_bonita Re: NIE NIE NIE!!! 19.05.09, 18:16
        hotaru85 napisała:

        > nie popełniaj mojego błędu! po zamieszkaniu razem facet będzie miał
        > wszystkie przywileje męża (wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, seks o
        > każdej porze) a ty wszystkie obowiązki żony - więc po co miałby chcieć
        > legalizować związek? zamieszkacie razem a po 5 latach pukniesz się w czoło i
        > zrozumiesz swój błąd.

        Jeżeli Twoim zdaniem tak wygląda małżeństwo to ja NIGDY nie chcę być żoną :)
        • black_tangens Zamieszkajcie razem na probe a slub np. po 2latach 19.05.09, 19:53
          Zamieszkajcie razem na probe a slub np. po 2latach, jak ze soba pomiszkacie.
          Jestescie jeszcze mlodzi, wiec nie musicie sie tak szybko hajtac. I tak
          powinniscie powiedziec mamusi, ze ozenek jest planowany - to ja uspokoi - ale
          dopiero po zamieszkaniu.
      • black_ops Re: NIE NIE NIE!!! (racja, lepiej nie) 19.05.09, 18:18
        Ale dlaczego? W sensie, kto mu te przywileje dał? I co za różnica, czy te
        przywileje przyszły przed czy po ślubie - tu jest pytanie - po jakiego wała
        wychodzić za takiego... wała?

        Porażka.

        hotaru85 napisała:
        > nie popełniaj mojego błędu! po zamieszkaniu razem facet będzie miał
        > wszystkie przywileje męża (wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, seks o
        > każdej porze) a ty wszystkie obowiązki żony - więc po co miałby chcieć
        > legalizować związek? zamieszkacie razem a po 5 latach pukniesz się w czoło i
        > zrozumiesz swój błąd.

        ---
        HTTP://blackops.wordpress.com
      • gronostaj8 hahaha 19.05.09, 18:19
        to twój facet nie umie prać, gotować, sprzątać? moje współczucie...
        Wg ciebie żona to niewolnica która wykonuje prace domowe?

        Ja jestem facetem i jakoś potrafię prać, gotować, prasować i sprzątać. To są rzeczy którymi współlokatorzy/narzeczeni/małżonkowie muszą sie dzielić. A gdy zamieszkam ze swoją dziewczyną napewno bedziemy się dzielić obowiązkami. Póki co sam wynajmuje o ona mieszka z koleżankami.

      • kura28 Re: NIE NIE NIE!!! 19.05.09, 18:56
        hotaru85 napisała:
        > nie popełniaj mojego błędu! po zamieszkaniu razem facet będzie miał
        > wszystkie przywileje męża (wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, >
        seks o każdej porze) a ty wszystkie obowiązki żony

        Masakra. Naprawdę tak widzisz rolę partnerki w związku? Współczuję. Facetowi też.
      • tojatojatoja Re: NIE NIE NIE!!! 19.05.09, 19:35
        hotaru85 napisała:

        > nie popełniaj mojego błędu! po zamieszkaniu razem facet będzie miał
        > wszystkie przywileje męża (wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, seks o
        > każdej porze) a ty wszystkie obowiązki żony - więc po co miałby chcieć
        > legalizować związek? zamieszkacie razem a po 5 latach pukniesz się w czoło i
        > zrozumiesz swój błąd.

        To, że Ty dałaś się zapędzić w kierat kury domowej na usługach własnego faceta, nie oznacza, że każda kobieta zrobi tak samo mieszkając z facetem bez ślubu. ;-)

        A może pomyślisz mniej stereotypowo i wyobrazisz sobie, że to autorka wątku będzie miała "wyprane, ugotowane, wyprasowane, posprzątane, seks o każdej porze"! :-)
        • hotaru85 po slubie nic sie nie zmieni 20.05.09, 09:10
          ja to akurat lubię, odpowiada mi to. może źle się wyraziłam, chodziło mi o to że
          skoro wszystko już mamy a po ślubie nic się nie zmieni (dalej będziemy mieszkać
          razem i raz w tygodniu robić zakupy w tesco) to po co wydawać kupę kasy i brać
          ślub? ślub powinien być wstępem do wspólnego życia, jeśli to życie już jest
          (nawet sąsiedzi myślą, że jesteśmy małżeństwem) to po co go brać? ostrzegam
          tylko, że jeśli nie macie już ustalonego terminu to zamieszkanie razem może
          spowodować, że do ślubu nigdy nie dojdzie.
      • julyana Re: NIE NIE NIE!!! 20.05.09, 07:57
        Nigdy tego nie zrozumiem. Dla kobiety związek = niewolnictwo, a jest
        gorącą orędowniczką ślubów.
    • wenecka_maska Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 17:58
      Jestem za tym zeby młodzi rok co najmniej przed slubem pomieszkali razem ale nie
      u rodziców tylko osobno,bo randki to co innego a zycie we dwoje czasem 24godz ze
      soba,to co innego i ma to byc na całe życie.W ten sposob sprawdza sie czy moga
      na sobie polegac w zdrowiu i w chorobie,i jak sie im uklada ,bo kazdy z nich ma
      inne przyzwyczajenia i nawyki wyniesione z domu i najwazniejsze czy potrafia
      nawzajem tolerowac swoje zachowania i zmieniac swoje przyzwyczajenia gdyby
      trzeba bylo.
      • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 18:59
        Macie wszyscy racje z tym przetestowaniem w praniu, ze lepiej przetestowac niz
        nie. Tez tak myslalam bedac na studiach i myslac ze cala kariera przede mna,
        feminizm, i ze kobiety maja te same prawa a zwiazek partnerski jest naturalny.

        Prawda jest taka, ze wszystkie kolezanki 'nowoczesne' w koncu i tak wchodzily z
        czasem w role kobiety ktora czeka z kolacja. Nie ludzmy sie-w wiekszosci
        przypadkow to facet robi wieksza kariere, a wiekszosc kobiet po osiagnieciu
        pewnego pulapu zostaje zostawiona w tyle. Chyba 'normalne' jest to ze partner
        pracujacy tylko 8 godzin na dobe, i nie jezdzacy w delegacje non stop, wciela
        sie w role tego, ktoremu obowiazkow domowych przypada nie 50% ale kolo 80%.
        Kobieta z czasem nawet bez slubu wciela sie w role 'zonki'. Bez jednak
        jakichkolwiek gwarancji w przypadku: choroby, smierci czy innych ewentualnosci w
        stylu zdrada i wyprowadzka z dnia na dzien.

        Co do tzw dotarcia sie. Badania pokazuja, ze tzw przedmalzenskie dotarcie jest
        iluzja i po slubie trzeba sie docierac od nowa i na innych zasadach. Slub jest z
        zalozenia decyzja 'ostateczna' i partnerzy dopiero po jego zawarciu tworza
        zasady 'stad do wiecznosci'. Pewne rzezcy tolerowane na kocia lape, nie sa juz
        tolerowane po slubie itp. Z doswiadczenia wiem, ze wymagania sa wieksze i jesli
        chodzi o lojalnosc, uczciwosc, i jesli chodzi o zarzadzanie pieniedzmi, domem
        itp. Problemy na zasadzie 'kto zostawia brudne skarpetki' tak naprawde nie sa
        problemem prawdziwym, a maskuja klopoty powazniejsze, tematy ktore na 'kocia
        lape' sie nigdy nie pojawiaja, bo nie ma takiej potrzeby, albo pojawiaja w
        wersji bardziej 'light' (w kazdej chwili moge sie wyprowadzic, wiec nie musze
        wypracowywac kompromisu).

        Oczywiscie dotyczy to cie w taakim stopniu, o ile w ogole chcesz slubu. Bo jesli
        chcesz zyc w wolnym zwiazku to jest co innego - idz i mieszkaj :-)

        • mujer_bonita Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 19:22
          ligaturka napisała:
          > chcesz zyc w wolnym zwiazku

          Po raz kolejny:
          Nie ma czegoś takiego jak 'wolny związek'. To oksymoron :) Związek może być niesformalizowany.
          • ew_81290 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 19:28
            z a m i e s z k a ć ! :)
          • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 19:29
            Dobrze, popelnilam blad, zwiazek ktorego definicja jest brak czegos ;-)
        • black_tangens Mieszkalam bez slubu, ozenilam sie potem i 19.05.09, 19:58
          nie widze problemu. To jest to samo czy sie mieszka bez czy ze slubem z facetem
          i sa te same problemy z dotarciem. Oczywiscie pod warunkiem, ze to mieszanie
          bez slubu jest traktowane jako dotarcie sie przed slubem jako taki etap przed
          slubem, ktory nastapi, bo przeciez sie kochamy i traktujemy powaznie.
          • black_tangens Mieszkalam bez slubu, wyszlam za maz oczywis 19.05.09, 20:01
            scie. Chyle czolo nad moja glupota i niesprawnoscia jezykowa. Usprawiedliwiam
            sie tym, ze juz troche mieszkam poza Polska i nawet w domu nie mowie po polsku:-(
    • free_tybet666 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 20:37
      co Cie opetalo ?!!dziewczyno, KOBIETO!!! nie wiesz ze to ciezki grzech i nie
      pojdziesz za to do Nieba? rodzice probuja Cie ratowac ale Zly widac juz Cie ma....
    • theorema troche statystyki 19.05.09, 20:55
      wiesz, tak sie skladA, ZE WIEKSZOSC PAR, KTORE ZACZELY ZABAWE W DOM PRZED
      SLUBEM, NIE DOCZEKUJE GO PO PROSTU, ok.60 %. jesli planujesz slub, wlasnie z
      NIM, nie rob tego bledu. Chyba, ze na zycie patrzysz jak na pasmo przygod,
      zwiazkow, dwu-trzy-letnich, masz prawo - wtedy ok. Wspolne mieszkanie rodzi
      wiele konfliktow, nawet u zgodnych par i slub jest motywacja do rozpracowywania
      problemow, a nie pakowania walizek przez byle pierdoly. smutne, i brzmi moze
      nieco staroswiecko, ale w dobie konsumpcjonizmu, takze w zwiazkach, kiedy
      produkt niespelniajacy oczekiwan wywala sie do smieci, bardzo prawdziwe. I
      sprawdzone...
      • ligaturka Re: troche statystyki 19.05.09, 21:10
        Calkowicie sie zgadzam, wreszcie troche statystyk na temat niedoczekania sie na
        slub.

        Istnieje zjawisko tzw przechodznia zwiazku, ktore postepuje wiekszymi krokami
        jesli sie razem zamieszka.

        Z doswiadczenia po kilku latach zwiazku niezformalizowanego to kobiecie bardziej
        zalezy na zalegalizowaniu niz mezczyznie. I tu okazuje sie, ze ten caly tzw
        feminizm mozna sobie wyrzucic przez okno, bo wieksze szanse na sukces maja
        kobiety ktore lepiej sie 'sprawdzaja' w trakcie 'mieszkania na probe' - sa
        lepszymi paniami domu, 'dogadzaja' konkubentowi kulinarnie, mozna tez sie
        postarac o mala 'wpadke' w postaci dziecka. Kobieta ktora stara sie sklonic
        konkubenta do poslubienia jej tym sposobem naraza sie tylko na smiesznosc i
        wspolczucie.

        Moze po prostu porozmawiaj z partnerem chwile i o ile nie jestescie super mlodzi
        i naprawde sie kochacie, sprobujcie ustalic date za np.rok i zobaczyc co na to
        chlopak. Uwierz mi, ze jest to najlepszy sposob by zobaczyc czy facet jest
        dobrym materialem na wspolne zycie - jesli chce sie tylko bawic w dom bo tak
        wygodniej to zniknie z twojego zycia, i lepiej teraz niz za 3 lata ;-)

        • black_ops Re: troche statystyki 19.05.09, 22:27
          Pardon, ale się od dupy strony do problemu zabieracie.

          Zakładacie, że to zamieszkanie ma być "na próbę" przed ślubem. Zakładacie jakiś
          związek przyczynowo-skutkowy tam, gdzie go nie ma, a tam, gdzie faktycznie jest,
          wyciągacie mylne wnioski.

          Co to za kretyńska statystyka, która mówi, że ileś tam związków "nie doczekuje
          ślubu"? W sensie, co w tym złego? Skąd to parcie na poślubienie akurat TEGO
          faceta, skoro po 2-3-letnim pomieszkaniu razem związek zaczyna się rozpadać? Czy
          to nie jest właśnie znak tego, że owo "sprawdzenie" zadziałało - i dało
          negatywny wynik?

          Co to za argument, że jeśli się chce poślubić akurat TEGO, to lepiej z nim nie
          mieszkać wcześniej?

          Dżizas, a nie przyszło Wam do głowy, że można po prostu I chcieć mieszkać razem,
          I chcieć wziąć ślub - i niekoniecznie jedno uzależniać od drugiego?

          A jeśli wbrew statystyce to nie jemu, a jej po 2 latach odechce się ślubu?
          Rozumiem, że to dział kobiecy, rozumiem, że kobiety z zasady są w tym dziale
          święte, ale... litości.

          Mnie się wydawało, że jeśli się kogoś kocha, to chce się z nim spędzać czas.
          Jeśli dobrze się z nim spędza czas, można z nim zamieszkać, wtedy wspólnego
          czasu jest więcej. Jeśli chce się wziąć ślub, to z przeświadczenia, że akurat z
          TYM - i z miłości. A nie dla wpasowania się w jakieś statystyki. Czy żeby
          koniecznie zdążyć do 30. A już na pewno nie dla SAMEGO FAKTU wzięcia ślubu,
          który PRZED NICZYM NIE ZABEZPIECZA I NICZEGO NIE GWARANTUJE.

          Po 30 też jest życie, coś wiecie może na ten temat? ;-)

          ligaturka napisała:

          > Calkowicie sie zgadzam, wreszcie troche statystyk na temat niedoczekania sie na
          > slub.
          >
          > Istnieje zjawisko tzw przechodznia zwiazku, ktore postepuje wiekszymi krokami
          > jesli sie razem zamieszka.
          >
          > Z doswiadczenia po kilku latach zwiazku niezformalizowanego to kobiecie bardzie
          > j
          > zalezy na zalegalizowaniu niz mezczyznie. I tu okazuje sie, ze ten caly tzw
          > feminizm mozna sobie wyrzucic przez okno, bo wieksze szanse na sukces maja
          > kobiety ktore lepiej sie 'sprawdzaja' w trakcie 'mieszkania na probe' - sa
          > lepszymi paniami domu, 'dogadzaja' konkubentowi kulinarnie, mozna tez sie
          > postarac o mala 'wpadke' w postaci dziecka. Kobieta ktora stara sie sklonic
          > konkubenta do poslubienia jej tym sposobem naraza sie tylko na smiesznosc i
          > wspolczucie.
          >
          > Moze po prostu porozmawiaj z partnerem chwile i o ile nie jestescie super mlodz
          > i
          > i naprawde sie kochacie, sprobujcie ustalic date za np.rok i zobaczyc co na to
          > chlopak. Uwierz mi, ze jest to najlepszy sposob by zobaczyc czy facet jest
          > dobrym materialem na wspolne zycie - jesli chce sie tylko bawic w dom bo tak
          > wygodniej to zniknie z twojego zycia, i lepiej teraz niz za 3 lata ;-)
          >
          • ligaturka Re: troche statystyki 19.05.09, 23:26
            Mozna spokojnie chciec mieszkac razem i chciec brac slub i traktowac je jako dwa
            zdarzenia niezalezne, oczywiscie pozornie ;-)

            Kwestia jest to, ze 'caly w tym ambaras, aby dwoje chcialo naraz'. Wyobrazam
            sobie ze przed mieszakaniem razem i budowaniem ogniska domowego obydwie strony
            sa albo i nie w tym samym stopniu zainteresowane wejsciem zwiazku na 'kolejny
            etap' czyli zamieszkaniem. I to jest fajne przez pewiem czas, bo jest novum.

            Niestety potem jesli zwiazek jest ok tzn bez jakis patologii, wezmy pod uwage
            'przecietny' zwiazek szczesliwy z gorkami i dolkami. W takim zwiazku po pewnym
            czasie, zazwyczaj kobieta, probuje jednak wejsc na kolejny etap - slub. Ale
            mezczyznie (choc pewnie istnieja tez sytuacje odwrotne) takie status quo
            konkubinatu odpowiada.

            Uwazam, ze lepiej nie tracic zycia na 'testowanie' roznych panow, ktorzy po 3
            latach pomieszkiwania stwierdzaja ze na slub nie sa gotowi, lepiej miec jasnosc
            przed zamieszkaniem, ze ktos jest niedojrzaly a nie zyc iluzja, ze 'dojrzeje' itp.

            slubu,
            > który PRZED NICZYM NIE ZABEZPIECZA I NICZEGO NIE GWARANTUJE.

            Nie zgadzam sie, nie zabezpiecza i nie gwarantuje ale zwieksza zabezpieczenie i
            gwarancje, WLASNIE PRZEZ TO, ze trudniej sie jest z niego wyplatac i spakowac
            'bo nei pasujemy do siebie'.

            Cokolwiek byscie glosili tu na forum, kobieta ktora chce slubu jest slabsza
            polowa zwiazku. Nie wiemy co chlopak Pauliny mysli na ten temat.
            • black_ops Re: troche statystyki 20.05.09, 14:15

              > Cokolwiek byscie glosili tu na forum, kobieta ktora chce slubu jest slabsza
              polowa zwiazku.

              I według mnie właśnie w ten sposób wzmacniasz bzdurną opinię o "słabszej" roli
              kobiety w związku... a potem jest płacz, że to faceci są źli. A co z facetami,
              którzy chcą ślubu?

              Eh.

              ---
              HTTP://blackops.wordpress.com
      • stara_dominikowa Re: troche statystyki 19.05.09, 21:30
        theorema, dobrze prawicie!
        szczególnie podpisuję się pod tym fragmentem:

        slub jest motywacja do rozpracowywania
        > problemow, a nie pakowania walizek przez byle pierdoly
      • black-emissary Re: troche statystyki 19.05.09, 22:49
        theorema napisała:
        > slub jest motywacja do rozpracowywania
        > problemow, a nie pakowania walizek przez byle pierdoly

        I choćby właśnie dlatego warto przed owym ślubem sprawdzić, czy sama chęć bycia
        razem jest już wystarczającą motywacją. Jeżeli nie to lepiej spakować walizki.
      • julyana Re: troche statystyki 20.05.09, 08:01
        A wiesz dlaczego sporo zwiazkow "mieszkających" nie doczekuje ślubu?
        Bo dzieki wspólnemu mieszkaniu wychodzą na jaw pewne rzeczy, cechy,
        zachowania i często okazuje sie, że nie potrafimy sie dogadać, nie
        pasujemy do siebie, nie chcemy byc razem. Co pozwala uniknąć błędu
        hajtnięcia sie w ciemno z nieodpowiednim człowiekiem, a później
        płaczu, że "po ślubie sie zmienił".
        • stara_dominikowa Re: troche statystyki 20.05.09, 09:42
          > Bo dzieki wspólnemu mieszkaniu wychodzą na jaw pewne rzeczy, cechy,
          > zachowania i często okazuje sie, że nie potrafimy sie dogadać, nie
          > pasujemy do siebie, nie chcemy byc razem.

          te "pewne rzeczy" wyjdą zawsze. nie ma par idealnych. nie ma osób pasujących do
          siebie jak dwa klocki lego. chodzi o motywację do wypracowania kompromisu. można
          się zawsze dogadać - jeśli się CHCE. jeśli priorytetem jest bycie razem i
          wspólna przyszłość to zachowania, cechy i "pewne rzeczy" da się w części
          wypracować, zaakceptować lub tolerować. a jeśli ten priorytet jest - nie ma
          strachu przed deklaracją jaką jest ślub. ponadto oprócz tego co zastałyśmy i co
          "wyłazi" podczas mieszkania razem - ludzie cały czas się zmieniają i z tym
          trzeba się liczyć. dochodzą nowe cechy, kształtują się nowe nawyki. człowiek to
          nie robot wielofunkcyjny, nie da się go wypróbować i zwrócić gdy nie spełni
          oczekiwań.
          • black-emissary Re: troche statystyki 20.05.09, 13:59
            Po ślubie to już się MUSI.
            Przed ślubem trzeba CHCIEĆ.
            Dlatego właśnie pewne sprawy warto dograć PRZED.
    • delfina77 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 21:17
      Robcie swoje i rodzina sie nie przejmujcie, w koncu to ty bedziesz ponosila
      wszelkie konsekwencje tego, ze poslubilas tego a nie innego faceta a nie oni.
      Wspolne zamieszkanie otwiera oczy na wiele spraw, juz po roku powinnas
      zorientowac sie, czy warto brac slub czy jednak nie:)
      • nezu-chan Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 21:52
        Ja jestem jak najbardziej za mieszkaniem razem i przed ślubem i po ślubie. Tylko
        moim zdaniem mówienie, że to na próbę, sprawdzenie trochę nie ma sensu. Po
        prostu dwoje ludzi zaczyna żyć ze sobą, bo tego chce i już. Uczy się być razem,
        dociera, zbliża. Albo się udaje albo nie. Tak samo po ślubie jak i przed.
        Większe znaczenie od tego czy to "przed" czy "po" ma to z jakim podejściem się
        wchodzi w związek, czy z rozidealizowanym romantycznym natchnieniem czy z
        odrobiną rozsądku. Taką odrobiną, która pozwala łatwiej znieść jego gorszy
        nastrój, zatrucie żołądkowe, zużytą nitkę do zębów na stole itd. I to działa w
        dwie strony, tylko naiwne kobiety mogą wierzyć, że ich okropny facet robi tyle
        wkurzających rzeczy, a one są ideałami tworzącymi rodzinne ognisko.
        My mieszkamy razem bo wynajmowanie dwóch odzdzielnych pokojów i codzienne
        dojazdy do siebie byłby zbyt męczące. Naprawdę nie czuję się niewolnicą, która
        tworzy domowe ciepełko. To on gotuje, ja zmywam - po równo. On robi karierę, ja
        też. A ślub pewnie kiedyś weźmiemy, ale to będzie raczej potwierdzenie tego co
        już dawno wiemy.
    • mfigaro Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 21:40
      Paulino,

      zamieszkanie razem przed ślubem - na prawdę się przydaje. Pozwala świadomie
      podjąć decyzję.

      A sam problem jest - wydaje mi się trochę źle postawiony.
      Równie dobrze można powiedzieć, że to rodzice wybierają - czy akceptują ciebie,
      twój sposób życia i poglądy czy nie. Ty już wybrałaś - chcesz mieszkać razem ze
      swoim ukochanym. Przecież nie odrzucasz przy tym swoich rodziców. Oni nie mają
      prawa się wtrącać w Twoje prywatne życie.

      Tak więc - nie ma się czym martwić, że będziesz skłócona z rodziną - jeśli będą
      mieli ochotę na "skłócenie", będzie to ich problem. Równie dobrze Ty mogłabyś im
      coś nakazać (np jak się mają ubierać) bo jak nie - to się na nich obrazisz.
      Absurd, czyż nie?

      A zamieszkanie bez rodziców - myślę że jest lepsze i dla Was i dla nich. Wam
      pozwoli na samodzielność (to na prawdę wspaniałe poczucie - ja je uwielbiam), a
      im na zaakceptowanie Twojej dorosłości.

      życzę powodzenia! :-)

      mf
      • ygawa81 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 15:15
        Witam wszystkich!

        Banalna rzecz:

        Slub cywilny: " i przyrzekam , że uczynię wszystko aby nasze
        małżeństwo bo zgodne, szczęśliwe i trwałe"

        Słub kościelny: " przyrzekam Ci miłośc, wierność i uczciwość
        małżeńską oraz że Cię nie opuszczę.."

        Dla mnie to nie papierek to obietnica - ważna i prawdziwa bo złożona
        wobec narzeczonego i wobec Boga.
        Pozdrwaiam
        • black_ops Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 15:18
          Nigdy nie mów "nigdy", jak mawiają.

          Oczywiście, że to wielka obietnica. Szczególnie statystyki rozwodów mówią o jej
          wielkości i sile... ;-)

          ygawa81 napisała:

          > Witam wszystkich!
          >
          > Banalna rzecz:
          >
          > Slub cywilny: " i przyrzekam , że uczynię wszystko aby nasze
          > małżeństwo bo zgodne, szczęśliwe i trwałe"
          >
          > Słub kościelny: " przyrzekam Ci miłośc, wierność i uczciwość
          > małżeńską oraz że Cię nie opuszczę.."
          >
          > Dla mnie to nie papierek to obietnica - ważna i prawdziwa bo złożona
          > wobec narzeczonego i wobec Boga.
          > Pozdrwaiam
    • lonely.stoner Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 22:11
      czytam wiekszosc wpisow i nie moge uwierzyc ze ludzie maja nadal takiep oglady w
      21 wieku!! ze kobieta ma znalezc meza do 30tki - rany, co z ta 30tka?? jakas
      magiczna liczba czy co??? jak sie ma 31 to tak nagle sie brzydnie i starzeje ze
      zaczyna sie wygladac jak 60 latka czy co sie dzieje??i co to za fobia z tym
      mieszkaniem razem??i trakotwaniem mezczyzny jak jakiegos psa normalnie albo
      uposledzponego umyslowo co jak zacznie mieszkac z kobieta bez slubu to na bank
      ja rzuci?? to na cholere w ogole z takim brac slub???
      • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 22:53
        Sledze watek, ale nie widze jakiejs depresji ze wzgledu na to ze do 30tki trzeba
        miec slub i 'ulozyc sobie zycie'. Uwazam ze ma sie cale zycie na puszukiwanie
        tego jedynego, albo tych jedynych ;-)

        Autorka powiedziala, ze slubu chce i przypuszcza sie ze jest po 20tce. Kazdy
        bierze pod uwage swoje doswiadczenia i doswiadczenia przyjaciol. Moje
        przyjaciolki w Polsce kolo 30tki placza sie w historie 'bez przyszlosci' i czuja
        ogolnie 'starosc', sa zniechecone gdzie poznac kogos wartosciowego, w kolo
        ludzie z dzieciakami. Sadze wiec, ze w Polsce z powodu presji spolecznej 30tka
        jest (i tak o duzo juz przesunieta) granica staropanienstwa w duzych miastach.

        Na pocieszenie nie jest tak w krajach tzw Zachodu, poniewaz paradoksalnie jest
        sie ciezej usamodzielnic dzieciom rodzin nie ustawionych, ludzie wykrztalceni
        wiec nie spiesza do slubu/dzieci do 30tki, granica psychologiczna to jest 35
        lat, kiedy przecietna osoba ma bezpieczna umowe/oszczednosci by moc zrobic
        kredyt na mieszkanie itp.

        I nie chodzi o to jedynie, ze facet rzuci, ale o to, ze niefajnie jest byc
        kobieta z bagazem doswiadczen zmuszajaca konkubina do slubu.
    • blue_ula Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 22:39
      również uważam, że faceta trzeba przetestować przed ślubem. Najważniejszą rzeczą po uczuciach jest stosunek obojga do pieniędzy,zwłaszcza kiedy ich brakuje.
      W polskich realiach zazwyczaj bywa tak, że facet robi karierę, a kobieta stwarza mu warunki do robienia tej kariery. Ślub taką umowę sankcjonuje w ten sposób,że po ewentualnym rozstaniu dzieli majątek dorobkowy na pół. W wolnym związku, jeśli zgodzisz się ułatwiać karierę facetowi, a on się rozmyśli i odejdzie do innej, ty zostajesz na lodzie w kwestiach materialnych.
      • lonely.stoner Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 23:12
        blue_ula napisała:

        > również uważam, że faceta trzeba przetestować przed ślubem. Najważniejszą rzecz
        > ą po uczuciach jest stosunek obojga do pieniędzy,zwłaszcza kiedy ich brakuje.
        > W polskich realiach zazwyczaj bywa tak, że facet robi karierę, a kobieta stwarz
        > a mu warunki do robienia tej kariery. Ślub taką umowę sankcjonuje w ten sposób,
        > że po ewentualnym rozstaniu dzieli majątek dorobkowy na pół. W wolnym związku,
        > jeśli zgodzisz się ułatwiać karierę facetowi, a on się rozmyśli i odejdzie do
        > innej, ty zostajesz na lodzie w kwestiach materialnych.


        ja przestaje czytac ten watek, bo jak czytam takie posty jak powyzszy to
        zaczynam wierzyc ze Polska jest jakos zamrozona w XIX wieku.
        • ligaturka Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 19.05.09, 23:34
          Ciesze sie ze jestes sama juz w XXII wieku ;-)

          Poczytaj sobie moze troche o historii i istocie malzenstwa w roznych kulturach.
          Kwestie materialne sa ich istotna, jesli nie najwazniejsza czescia. Albo mialas
          niewiele zwiazkow, albo masz bardzo niewiele lat.
          • elizja Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 02:05
            Mnie się wydaje, że wszystko rozbija się o antykoncepcję. Większość
            moich pierworodnych znajomych (po 30) poczęła się przed ślubem ich
            rodziców. Po prostu jeśli ludzie uprawiali seks, to kobieta
            zachodziła w ciążę i w konsekwencji był ślub. Teraz tak nie jest.
            Najpierw pary długo, długo docierają się pomieszkując razem i albo
            dotrą się - mężczyzna stwierdza, że jest mu wygodnie i wreszcie
            godzi się na małżeństwo, albo się rozchodzą i kobieta ma w plecy 3-6
            lat życia, które mogłaby wykorzystać na wychowanie dzieci (jeśli
            oczywiście chce mieć dzieci). Jak już się pobiorą, to kobieta
            zaczyna drążyć i urabiać faceta, żeby wreszcie zgodził się na
            dziecko, bo ma już 32 lata, a on nadal to odkłada. A jeśli za jego
            plecami odstawi antykoncepcję, to wszyscy zmieszają ją z błotem, bo
            traktuje go jako dawcę plemników.
            W ten sposób stosując antykoncepcję kobiety ukręciły sobie bat na
            własne plecy - mogą być nowoczesnymi singielkami w luźnym związku,
            ale większości wcale nie o to chodziło, bo tak naprawdę chcą być
            mężatkami i matkami.
            A rozwody? Były i będą, czy po roku znajomości przed ślubem, czy po
            10 latach docierania się. Nie ma tu żadnej reguły.
      • annie_laurie_starr Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 07:55
        O swieta naiwnosci - to nie faceta sie testuje przez wspolne mieszkanie, tylko
        mezczyzna testuje... Troche wiecej realizmu.
    • silling nie ma mowy! 20.05.09, 05:06
      problemy jak z XIX wieku
      albo jak u jakis arabow normalnie...


    • blue_ula Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 08:02
      mieszkanie z facetem u rodziców nie jest żadnym testowaniem związku, a zwyczajnym uprawianiem seksu pod ich dachem. Jak sobie wyobrażasz, że usmażysz kotleta facetowi, a sama pójdziesz na innego kotleta do mamusi?
      Mieszkanie z rodzicami po ślubie też jest znaczną ułomnością, ale oni mają wtedy poczucie, że inwestują w rodzinę swojego dziecka, a nie w bliżej nieokreślone coś.
      Radzę zamieszkać razem, ale w wynajętym mieszkaniu.
      • julyana Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 08:09
        blue_ula napisała:

        > mieszkanie z facetem u rodziców nie jest żadnym testowaniem
        związku, a zwyczajnym uprawianiem seksu pod ich dachem.

        A tu sie zgodzę - albo sie usamodzielniasz, albo nie. To tak jakby
        ktos chciał mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko. Wiem, ze wiele osób
        w Polsce tak mieszka - para + rodzice jednej z osób, głównie z
        powodów finansowych. Ale ja juz wolałabym mieszkać oddzielnie niz
        tak, chociaż rodziców mam fajnych. Albo na swoim, albo wcale.
        • devaitis Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 08:45
          Ci z was którzy mówią : "zamieszkaj sprawdzisz, przetestujesz, pozwoli Ci to uniknąć błędu, ..jeżeli nie pasujecie do siebie"

          To po prostu egoiści, egoizm, egozim! Umieć rozwiązać problem, zastanowić się, porozmawiać, to ejst to co tygryski lubią najbardziej!!!

          Małżeństwo jest powołaniem i swoistym skokiem w morze niepewności.

          ZAWSZE

          5 lat mieskzania przed - nic nie da, nic nie "dotrze", nic nie
          sprawdzi, nic/nikogo nie przetestuje.

          • pan_i_wladca_mx Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 09:22
            mas zracje, najlepiej zlapac jakiekolwiek chlopa, byleby chlopem byl, zmusic do
            slubu (najskutecnziejsza jest <<nieplanowana>> ciaza) a potem sie docierac, albo
            przez 7 lat chodzic za raczki i spotykac sie w weekendy, wtedy to dopiero mamy
            oglad kogo wprowadzamy w nasze zycie!

            nie wierze po prostu nie wierze w to co wy tu wypisujecie, ze jak zamieszkamy
            razem to nagle robie sie darmowa prostytutko-sprzataczka, JAKICH WY FACETOW NA
            SWEJ DRODZE SPOTKALYSCIE!! jakis motloch!!
            • niedowiary77 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 09:49
              pan_i_wladca_mx napisała:

              > ze jak zamieszkamy
              > razem to nagle

              Ale co szkodzi spróbować?;)
          • bubster Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 16:54
            Spróbuj rozwiązać problem drogą dyskusji gdy po ślubie okaże się że
            facet zdradza/bije/pije (niepotrzebe skreślić).
        • dagusia333 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 20.05.09, 09:42
          Czasy konsumpcjonizmu sprawiły, że mamy podobny stosunek do ludzi jak i
          przedmiotów.Coś zostało wyprodukowane tanio byle jak, na krótko i do kosza.W
          związki wchodzą teraz młodzi ludzie pochodzący z takich 'bylejakich produkcji',
          małżeństwa ich rodziców też się rozpadły i nie ma co liczyć na to, że oni mają
          jakieś dobre wzorce.Są zdolni tylko do tego by żyć równie byle jak, mieć jak
          najwięcej korzyści dla siebie samych, najlepiej bez zobowiązań.Pomieszkiwanie
          przed ślubem nigdy nie odda do końca realiów życia małżeńskiego.Oboje
          najczęściej pracują wracają wieczorami, coś wspólnie kupują, gotują, sprzątają +
          jakaś rozrywka i obmyślanie jak spędzić weekend.W małżeństwie jednak trzeba od
          początku brać się z życiem za bary, bo tu nic nie jest na próbę.Kupując coś w
          sklepie chcielibyśmy mieć pewność, że długo nam posłuży, jesteśmy nawet skłonni
          jednorazowo wydać więcej na jedna porządną rzecz, niż częściej na byle co.W
          dobie konsumpcjonizmu jednak na to liczyć nie można, to się przenosi również na
          ludzi, coraz więcej jest 'tanich w ładnych opakowaniach',ale pomieszkiwanie
          przed ślubem z takimi BEZ ZOBOWIĄZAŃ i tak ich nie zdemaskuje.
    • julyana Re: 20.05.09, 10:07
      Ech, każdy ma swoje zdanie i dobrze, nie ma sensu przekonywać się
      nawzajem, tym bardziej, że temat dotyczy sprawy dla każdego
      prywatnej - kto będzie chciał weźmie ślub, kto nie będzie chciał nie
      weźmie, któ będzie chciał zamieszka razem z rodzicami/bez rodziców/z
      psem/z kotem/z kumplem/z siostrą, a kto uważa, że musi złapać faceta
      na slub, bo inaczej będzie darmową kucharką i sprzątaczka, ten
      pewnie do końca życia będzie głupi.
      • annie_laurie_starr Re: 20.05.09, 13:28
        Ja mysle, ze w dyskusji chodzi o cos wiecej niz "zlapanie faceta na slub".
        Mysle tez, ze samodzielnosci najlpeiej uczyc sie jest osobno, a niekoniecznie we
        dwoje. Kobieta powinna miec poczucie, ze nezaleznie czy jest z mezczyzna czy
        nie to sobie da rade.

        Moze za bardzo nie lubimy byc sami ze soba, ze szukamy drugiego czlowieka do
        zielnie zycia pod jednym dachem, nawet jesli nie jestesmy tak do konco gotowi na
        taki model.

        Wspolne zycie nie powinno byc nauka samodzielnosci, czy damy rade. Nasuwa sie
        porownanie: nie da sie przeplynac basenu moczac tylko nogi do kostek. Nawet
        jesli to jest wspolne zamieszkanie na probe, to koszty emocjonalne moga byc
        wieksze niz sie przeiwdzialo.
        • gobi05 Re: 20.05.09, 13:48
          > Ja mysle, ze w dyskusji chodzi o cos wiecej niz "zlapanie faceta na slub".
          > Mysle tez, ze samodzielnosci najlpeiej uczyc sie jest osobno, a niekoniecznie w
          > e
          > dwoje.

          Paulina nie pragnie samodzielności, ona chce
          małżeństwa, ale za dwa lata. Teraz konkubinat,
          potem małżeństwo - rozumiesz coś z tego?

          > Moze za bardzo nie lubimy byc sami ze soba, ze szukamy drugiego czlowieka do
          > zielnie zycia pod jednym dachem, nawet jesli nie jestesmy tak do konco gotowi n
          > a
          > taki model.
          Może. Paulina jednak pisze, że to wszystko z powodu
          wielkiej miłości, która nie może czekać.
      • gobi05 będzie darmową kucharką 20.05.09, 13:44
        > psem/z kotem/z kumplem/z siostrą, a kto uważa, że musi złapać faceta
        > na slub, bo inaczej będzie darmową kucharką i sprzątaczka, ten
        > pewnie do końca życia będzie głupi.

        Ja na pewno nie będę do końca życia darmową kucharka,
        choćby z tego powodu, że moja żona o wiele lepiej
        gotuje ode mnie.
        Nie ma czegoś takiego, jak "łapanie faceta na ślub"
        drogie dziecko. Jest łapanie "na dziecko", które
        niestety często prowadzi do rozwodu (po wymuszonym
        ślubie).
        Nie wyobrażam sobie, że moja córka będzie łapać
        faceta na seks i mieszkanie za darmo. Relacja
        musi być jasna i uczciwa - wspólnota, równe prawa
        i obowiązki, szacunek. Ale o ten szacunek trzeba
        zadbać głową, a nie d..ą!
        Facet zawsze sobie jakoś w życiu poradzi,
        małżeństwo jest potrzebne kobiecie!
        • julyana Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 13:53
          Średniowiecze i wąskie horyzonty. Dobrze, że ja mam normalnych
          rodziców - jak widać nie każdy ma takie szczęście (a pewnie nawet
          większosć nie ma), współczucia dla córki.
          Nie ma o czym dyskutować, eot.
          • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:09
            > > i obowiązki, szacunek. Ale o ten szacunek trzeba
            > > zadbać głową, a nie d..ą!
            > Średniowiecze i wąskie horyzonty.

            Oczywiście, że średniowiecze i wąskie (egoistyczne)
            horyzonty.
            Nie mam zamiaru poświęcać się dla oświeceniowych idei.
            • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:13
              gobi05 napisał:

              > Oczywiście, że średniowiecze i wąskie (egoistyczne)
              > horyzonty.
              > Nie mam zamiaru poświęcać się dla oświeceniowych idei.
              >

              Chyba nie "się", tylko córkę co najwyżej? ;-)

              ---
              HTTP://blackops.wordpress.com
              • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:16
                > > Nie mam zamiaru poświęcać się dla oświeceniowych idei.
                > Chyba nie "się", tylko córkę co najwyżej? ;-)

                Owszem, córkę. Ale też i tą cząstkę mnie,
                którą włożyłem w jej wychowanie.
                Wyobraź sobie, że moje dzieci były w zasięgu
                wzroku (niemalże) przez pierwszych parę lat.
                Bez przerwy. Kiedy czytam o dwulatku,
                który wpadł do szamba, to nie tylko
                o dziecku myślę, ale i o rodzicach.
                Teraz są duże, same idą do szkoły, kolegów
                itd. ale nadal o nich myślę.
                Może byłoby inaczej, gdybym miał dziesięcioro
                dzieci - nie wiem.

                To nie jest tak, że dziecko nagle oddziela
                się od matki i już jest autonomicznym
                człowiekiem. Związek trwa.
                Ktoś napisał, że naród radziecki to ludzie
                bez dziadków, i to mi utkwiło w pamięci.
                Dziadkowie - rodzice - dzieci, przekaz
                kultury, wiedzy o społeczeństwie i świecie
                trwa. Gdzie nie ma takiego przekazu, tam
                wkracza Bravo Girl i MTV.
                Ktoś pisze o mnie "średniowiecze" - a cóż
                złego jest w poglądach które przetrwały
                500 lat? W poglądach, które wspomogły
                przetrwanie 20 pokoleń ludzi? Jeżeli moi
                przodkowie sprzed 20 pokoleń to około
                miliona ludzi, to prawdopodobnie nie wszyscy
                mieli takie poglądy, ale to właśnie one
                przetrwały! Chyba warto to docenić?
                • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:22
                  Twoi i moi przodkowie wyznawali też prawdy takie jak ta, że kobieta jest
                  nieczysta, że można bić żonę kijem o grubości kciuka i że skrzaty sikają do
                  mleka. Też uważam, że warto cenić tradycję.

                  Ale poważnie - właśnie o zmianę postrzegania kobiety w społeczeństwie mi chodzi.
                  Śluby są dla mnie ok - czy to przed Bogiem, jak wolą niektórzy, czy przed
                  urzędnikiem - ale przede wszystkim wobec siebie nawzajem. Tylko - przynajmniej
                  ja - ślubuję i składam obietnice tylko wtedy, gdy jestem PEWIEN swoich
                  deklaracji. A przed deklaracją lubię wiedzieć, "w co się pakuję", if you catch
                  my drift.

                  gobi05 napisał:

                  > > > Nie mam zamiaru poświęcać się dla oświeceniowych idei.
                  > > Chyba nie "się", tylko córkę co najwyżej? ;-)
                  >
                  > Owszem, córkę. Ale też i tą cząstkę mnie,
                  > którą włożyłem w jej wychowanie.
                  > Wyobraź sobie, że moje dzieci były w zasięgu
                  > wzroku (niemalże) przez pierwszych parę lat.
                  > Bez przerwy. Kiedy czytam o dwulatku,
                  > który wpadł do szamba, to nie tylko
                  > o dziecku myślę, ale i o rodzicach.
                  > Teraz są duże, same idą do szkoły, kolegów
                  > itd. ale nadal o nich myślę.
                  > Może byłoby inaczej, gdybym miał dziesięcioro
                  > dzieci - nie wiem.
                  >
                  > To nie jest tak, że dziecko nagle oddziela
                  > się od matki i już jest autonomicznym
                  > człowiekiem. Związek trwa.
                  > Ktoś napisał, że naród radziecki to ludzie
                  > bez dziadków, i to mi utkwiło w pamięci.
                  > Dziadkowie - rodzice - dzieci, przekaz
                  > kultury, wiedzy o społeczeństwie i świecie
                  > trwa. Gdzie nie ma takiego przekazu, tam
                  > wkracza Bravo Girl i MTV.
                  > Ktoś pisze o mnie "średniowiecze" - a cóż
                  > złego jest w poglądach które przetrwały
                  > 500 lat? W poglądach, które wspomogły
                  > przetrwanie 20 pokoleń ludzi? Jeżeli moi
                  > przodkowie sprzed 20 pokoleń to około
                  > miliona ludzi, to prawdopodobnie nie wszyscy
                  > mieli takie poglądy, ale to właśnie one
                  > przetrwały! Chyba warto to docenić?
                  >
            • julyana Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:17
              Każdy widzi to co chce widzieć, gratuluje dobrego samopoczucia.:)
              • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:35
                > Każdy widzi to co chce widzieć, gratuluje dobrego samopoczucia.:)
                To a propos czego?

                Nie mam dobrego samopoczucia, czuję się
                jakbym był jedyną osobą na tym forum
                myślącą o kosztach i korzyściach.
                Wszyscy inni to piewcy wolności, wolnej miłości
                i wolnych związków(!). Szacunek płynie z miłości,
                wierność nie wymaga przyrzeczeń, ukochany
                zawsze będzie taki jak go widzę...

                Co za bzdury! Ludzie, stańcie nogami na ziemi!
                W każdym związku zdarzają się konflikty.
                Mężczyźni nie umieją czytać w myślach.
                Z czasem wspomnienia tracą siłę.
                O szacunek dla siebie sam muszę zadbać.
                • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:44
                  gobi05 napisał:

                  > czuję się
                  > jakbym był jedyną osobą na tym forum
                  > myślącą o kosztach i korzyściach.
                  Hmm, związek to księgowość, ślub to transakcja?

                  > Wszyscy inni to piewcy wolności, wolnej miłości
                  > i wolnych związków(!).
                  Wolnego seksu jeszcze, zbereźnicy jedni. I Mercedesa dla każdego.

                  > Szacunek płynie z miłości,
                  A nie?

                  > wierność nie wymaga przyrzeczeń,
                  Bo przyrzeczenie na serio cokolwiek zmienia... a kawałek niżej Gobi pisze o
                  rozwodach.

                  ukochany
                  > zawsze będzie taki jak go widzę...
                  Zaraz, zaraz, kto tak mówi? I jakie to ma znaczenie - w sensie, po ślubie to się
                  nie zmieni? To chyba raczej nie jest "argument".

                  > Co za bzdury! Ludzie, stańcie nogami na ziemi!
                  > W każdym związku zdarzają się konflikty.
                  Truizm, nikt nie twierdzi, że nie. Ba! Nawet większość twierdzi, że zdarzają się
                  niezależnie od ślubu.

                  > Mężczyźni nie umieją czytać w myślach.
                  Kobiety też nie.

                  > Z czasem wspomnienia tracą siłę.
                  No i?

                  > O szacunek dla siebie sam muszę zadbać.
                  Słusznie, ale co ma mieszkanie dwójki ludzi ze sobą przed ślubem do szacunku?
        • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:03
          Smutna prawda, ale prawda :-)

          Kobieta w konkubinacie tylko traci, jej pozycja niestety z wiekiem sie coraz
          bardzie pogarsza.

          Przypomnialam sobie badania, ktore kiedys przeprowadzono na parach malzenskich
          ktore mialy dlugi staz (3-10 lat) mieszkanie przed slubem. Wyniki byly
          druzgocace - wsrod par takich odsetek rozwodow byl parokrotnie (niestety nie
          pamietam liczb) wyzszy! Zaczeli sie wglebiac w problem, i okazalo sie, ze w
          parach tych brakowalo od poczatku zgodnego celu dotyczacego kierunku zwiazku -
          jedno z nich w rzeczywistosci nigdy nie chcialo wziac slubu z partnerem lub nie
          byla dojrzala do przysiegi na cale zycie w momencie jej podjecia.

          Wniosek byl taki, ze jesli chcesz slubu z dana osoba w przyszlosci, nie mieszkaj
          wspolnie ale ustal konkretna date slubu i naprawde pomoze to odfiltrowac osoby
          dla ktorych tak naprawde nie jestes ta jedyna/tym jedynym, co moze byc takze
          ukryte w ich podswiadomosci. Dzieki temu mozna nie tracic czasu i szybciej
          znalesc ta odpowiednia osobe.

          Oczywiscie caly czas sie odnosze do Pauliny, ktora chce slubu ze swoim ukochanym
          i nie jest jedna z zagorzalych przeciwniczek zobowiazania na cale zycie.

          Tym, ktorzy uwazaja o wyzszosci zycia w zwiazku niesformalizowanym, nawet przez
          lata, z dziecmi itp., chcialabym zadac pytanie? Dlaczego nie? Czego sie bac
          skoro mozna slub wziac cywilny, bez calej 'otoczki' i w scislym gronie? Co daje
          na dluzsza mete zwiazek niesformalizowany? Grzebiac glebiej czesto sie okazuje,
          ze to jeden z partnerow zapiera sie rekami i nogami przed przysiega, co mi
          daloby powod do...'spakowania manatek' ;-)
        • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:04
          gobi05 napisał:
          > Facet zawsze sobie jakoś w życiu poradzi,
          > małżeństwo jest potrzebne kobiecie!

          Doprawdy, nie rozumiem tego rozróżnienia - facet sobie jakoś poradzi, kobieta
          potrzebuje ślubu. Niby dlaczego? Skąd się bierze ta różnica?

          > Nie wyobrażam sobie, że moja córka będzie łapać
          > faceta na seks i mieszkanie za darmo. Relacja
          > musi być jasna i uczciwa - wspólnota, równe prawa
          > i obowiązki, szacunek. Ale o ten szacunek trzeba
          > zadbać głową, a nie d..ą!

          No dobrze, ale czemu zakładasz jakikolwiek brak szacunku, skąd ta koncepcja na seks?

          Dlaczego wspólne mieszkanie przed ślubem kojarzy się z brakiem szacunku i z
          seksem, a ni groma nie kojarzy się ze wspólnotą i dzieleniem obowiązków?

          ---
          HTTP://blackops.wordpress.com
          • julyana Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:08
            Oj, bo dla niektórych kobieta to człowiek drugiej kategorii, to się
            seksizm nazywa. I z czym tu dyskutować?
            • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:56
              > seksizm nazywa. I z czym tu dyskutować?
              To nie seksizm, tylko że dla mnie tak znaczy tak,
              a nie znaczy nie.

              Miałem (mam) kolegę który był 7 (siedem) lat
              z narzeczoną, z czego około 5 przemieszkali
              razem i po tym czasie ona go zostawiła.
              Zdaje się że stwierdziła, iż pragnie
              czegoś więcej. Został chłopak z zaawansowaną
              łysinką, a ona ze wspomnieniami.

              To przez ten czas zdążyliby się pobrać,
              dorobić dzieci i rozwieść! Przebimbali
              ten czas obydwoje. Przy odrobinie szczęścia
              dogadaliby się w sprawie nieporozumienia.
              Nie wiem, co było powodem, mogę się tylko domyślać.

              Czemu Paulina pisze o dwóch latach?
              Ile można zwlekać przed ślubem??

              A moje dzieci dla mnie, to są ludzie
              pierwszej kategorii, nie ma ważniejszych!
          • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 14:46
            > > Facet zawsze sobie jakoś w życiu poradzi,
            > > małżeństwo jest potrzebne kobiecie!

            Facet może wynająć pokój, znaleźć jakąś
            desperatkę, trochę tu i trochę tam - jak
            wróbelek. A kobieta stara się o własny kąt,
            dzieci, garnki, firanki... Popatrz ilu
            rozwiedzionych mężczyzn ma prawo opieki
            nad dzieckiem, a ile kobiet. Część z nich
            oczywiście walczy, ale to tylko część,
            innym wystarcza możliwość kontaktu,
            albo w ogóle nie zależy. AS te dzieci, to
            niekoniecznie maluszki - często nastolatki.

            To są różne podejścia do życia, aspiracje,
            pragnienia - nazwij jak chcesz, ale są _różne_.

            > > Nie wyobrażam sobie, że moja córka będzie łapać
            > > faceta na seks i mieszkanie za darmo. Relacja
            > > musi być jasna i uczciwa - wspólnota, równe prawa (...)
            > No dobrze, ale czemu zakładasz jakikolwiek brak szacunku, skąd ta koncepcja na
            > seks?
            Gdybym zakładał, że będzie jak w raju, to byś mi
            uwierzył? Nie da się przeżyć życia bez konfliktów.
            W jakimś momencie pojawiają się problemy i wtedy
            zaczyna się myślenie negatywne. Rodzice to wiedzą
            i myślą negatywnie już wtedy, gdy młodzi są pełni
            ufności - stąd nieporozumienie.

            Ja mam takie drastyczne pytanie - gdyby Paulina
            zaproponowała swojemu partnerowi wspólne mieszkanie,
            ale _w_ogóle_bez_seksu_, to czy on by się zgodził?
            Nie mieszkałby u niej nawet miesiąca!

            > Dlaczego wspólne mieszkanie przed ślubem kojarzy się z brakiem szacunku i z
            > seksem, a ni groma nie kojarzy się ze wspólnotą i dzieleniem obowiązków?
            Nie kojarzy mi się z brakiem szacunku (niedoszłego)
            męża do żony, tylko z brakiem szacunku żony
            do siebie. Ona daje mu podstawy, bo patrzył
            na nią jak na pierwszą lepszą. Pewnego dnia
            on pomyśli, że nikt by jej nie zechciał,
            więc go skusiła. I to nie jabłkiem!
            Wspólnota? Konkubinat to nie wspólnota.
            To współżycie bez zobowiązań i bez praw.
            Dzielenie obowiązków, oczywiście - tak jak
            w internacie, prawda? Jak z koleżanką
            ze stancji, albo współmieszkańcem w hotelu.
            Jeśli Pauliny partner wprowadzi się do jej rodziców,
            to znaczy że jej matce przybędzie jedna osoba
            do prania, karmienia itd. Nie syn i nie zięć.
            Taki facet.
            Jeśli nie do rodziców, to Paulina będzie
            miała o.m.c. męża. Bez obowiązków i praw.
            Chyba że ustalą regulamin stancji.
            A najlepsze, że ona chce mieć męża, tylko
            nie teraz albo nie tego.
            Za dwa lata będzie lepiej.
            • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:11
              gobi05 napisał:

              > Facet może wynająć pokój, znaleźć jakąś
              > desperatkę, trochę tu i trochę tam - jak
              > wróbelek.

              A kobieta nie może? Co my, w Iranie jesteśmy?

              A kobieta stara się o własny kąt,
              > dzieci, garnki, firanki...

              A facet nie może? Co my, w Iranie jesteśmy?

              Popatrz ilu
              > rozwiedzionych mężczyzn ma prawo opieki
              > nad dzieckiem, a ile kobiet. Część z nich
              > oczywiście walczy, ale to tylko część,
              > innym wystarcza możliwość kontaktu,
              > albo w ogóle nie zależy. AS te dzieci, to
              > niekoniecznie maluszki - często nastolatki.

              No dobrze: ilu _dokładnie_ mężczyzn nie walczy o opiekę nad dzieckiem?

              > To są różne podejścia do życia, aspiracje,
              > pragnienia - nazwij jak chcesz, ale są _różne_.

              Taaak, wszyscy faceci to statystyczne świnie. Spox, wszystko jasne.

              > Gdybym zakładał, że będzie jak w raju, to byś mi
              > uwierzył? Nie da się przeżyć życia bez konfliktów.
              > W jakimś momencie pojawiają się problemy i wtedy
              > zaczyna się myślenie negatywne. Rodzice to wiedzą
              > i myślą negatywnie już wtedy, gdy młodzi są pełni
              > ufności - stąd nieporozumienie.

              No właśnie widzę, że cały ten Twój tok rozumowania jest maksymalnie zbiasowany
              przez punkt widzenia rodzica.

              Problemy i konflity zdarzają się w małżeństwach i poza nimi - hello, this is
              life. Papier niczego tu nie zmieni.

              > Ja mam takie drastyczne pytanie - gdyby Paulina
              > zaproponowała swojemu partnerowi wspólne mieszkanie,
              > ale _w_ogóle_bez_seksu_, to czy on by się zgodził?
              > Nie mieszkałby u niej nawet miesiąca!

              1. Skąd wiesz, że nie? Pytanie sprytne, ale założenie odpowiedzi - z czapy.
              2. Właściwie dlaczego bez seksu? Co jest złego w seksie przed ślubem? (ok,
              widzę, dokąd zmierza ta dyskusja).

              > Nie kojarzy mi się z brakiem szacunku (niedoszłego)
              > męża do żony, tylko z brakiem szacunku żony
              > do siebie. Ona daje mu podstawy, bo patrzył
              > na nią jak na pierwszą lepszą. Pewnego dnia
              > on pomyśli, że nikt by jej nie zechciał,
              > więc go skusiła. I to nie jabłkiem!
              > Wspólnota? Konkubinat to nie wspólnota.
              > To współżycie bez zobowiązań i bez praw.
              > Dzielenie obowiązków, oczywiście - tak jak
              > w internacie, prawda? Jak z koleżanką
              > ze stancji, albo współmieszkańcem w hotelu.

              No miło mi słyszeć takie podsumowanie o sobie samym... pójdę, powiem kobiecie,
              że się nie szanuje, bo mieszkamy razem. Jeśli wydaje Ci się, że ślub cokolwiek
              zmienia - w wymienionych przez Ciebie kwestiach - to gratuluję pewności swojego
              światopoglądu. Widać mój świat jest mniej stabilny.

              Serio, jeśli naprawdę, Gobi, nie możesz wyobrazić sobie "wspólnoty" - życia,
              interesów, uczuć, czegokolwiek w oparciu o niesformalizowany związek, to
              faktycznie nie widzę płaszczyzny porozumienia. Stawianie sprawy na zasadzie: się
              wprowadzi bez ślubu, nie będzie jej szanował, będzie z nią tylko z wygody/dla
              seksu -> wobec tego lepiej już po ślubie jest dla mnie kosmicznie oderwane od
              rzeczywistości. Oczywiście, że tego typu sytuacje się zdarzają. Niemniej dla
              mnie - zamiast zniechęcać kobiety do "spróbowania", wmawiając im, że są tymi
              słabszymi, należy wspierać w nich własną wolę i zdolność do -decydowania o swoim
              życiu-. Po to, żeby dziewczyna, która poczuje się niefajnie - bo wykorzystywana,
              bo kura domowa, bo facet nie traktuje związku poważnie - była w stanie ten
              związek przeciąć. Po to, żeby nie pakowała się w ślub z nieznanym sobie w
              praktyce człowiekiem. I po to, żeby przestała wreszcie być tą "słabszą" stroną w
              związku, którą wcale nie musi być.
              • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:47
                Nie jestesmy w Iranie i kobieta moze skakac jak wrobelek, ale...jakos niewiele z
                tej wolnosci korzysta, nie wspominajac o ryzyku nawiazywania przygodnych
                znajmosci przez kobiety (ewidentna asymetria pod wzgledem nawet sily fizycznej,
                sprowadzasz faceta do domu, moze cie nawet zabic; gdy facet sprowadza kobiete na
                noc, nie ma takiego ryzyka).

                Facet tez sie moze starac o garnki i filizanki, ale zazwyczaj nie czuje potrzeby
                otaczania sie przedmiotami 'domowymi', np.nigdy nie poznalam faceta z obsesja na
                punkcie mebli, pewnie tacy sa, ale nie jest to na pewno standard.

                Nadal nie rozumiesz ze nie o papier tutaj chodzi, ale o wynikajace z niego
                zobowiazanie. Jak ktos slusznie zauwazyl przytaczajac przyklad kredytu
                mieszkaniowego. Czy splacalibysmy ten kredyt nie majac wiazacej nas umowy? Na
                poczondku na pewno tak, z uczciwosci. Ale czy, gdybysmy po latach wyrzeczen
                skusili sie na super atrakcyjna wycieczke do tropikow, nadal bysmy grzecznie i
                dobrowolnie splacali kredyt, z ktorym nie laczy nas nic wiecej niz tylko, tak
                naprawde plohe, uczucia (np. uczciwosci)?

                A apropos szacunku...popros ja o reke i zobaczysz czy sie zgodzi, jesli bedzie
                wniebowzieta to znaczy ze mieszkanie wspolne to tak naprawde pic na wode ;-)
                • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 16:07
                  ligaturka napisała:

                  > Nie jestesmy w Iranie i kobieta moze skakac jak wrobelek, ale...jakos niewiele
                  z tej wolnosci korzysta, nie wspominajac o ryzyku nawiazywania przygodnych
                  znajmosci przez kobiety (ewidentna asymetria pod wzgledem nawet sily fizycznej,
                  sprowadzasz faceta do domu, moze cie nawet zabic; gdy facet sprowadza kobiete na
                  noc, nie ma takiego ryzyka).

                  Ale o czym w ogóle mówimy, zdawało mi się, że rozmawiamy o związkach, a nie o
                  zapraszaniu przygodnych kochanek/kochanków na noc?

                  > > Facet tez sie moze starac o garnki i filizanki, ale zazwyczaj nie czuje
                  potrzeby otaczania sie przedmiotami 'domowymi', np.nigdy nie poznalam faceta z
                  obsesja na punkcie mebli, pewnie tacy sa, ale nie jest to na pewno standard.

                  Chyba nie chodzi o kwestię obsesji, tylko o podejście ludzi (w tym facetów) do
                  życia, mieszkania i jego wystroju. Temat rzeka, typów ludzkich mnóstwo, pary
                  wspólnie dekorujące mieszkania, mężowie silnie stawiający na swoim w kwestii
                  filiżanek, żony świadomie wybierające rolę tych bardziej estetycznie
                  kompetentych... i tak dalej. Ale jak to się ma do omawianego zagadnienia?

                  > Nadal nie rozumiesz ze nie o papier tutaj chodzi, ale o wynikajace z niego
                  zobowiazanie. Jak ktos slusznie zauwazyl przytaczajac przyklad kredytu
                  mieszkaniowego. Czy splacalibysmy ten kredyt nie majac wiazacej nas umowy? Na
                  poczondku na pewno tak, z uczciwosci. Ale czy, gdybysmy po latach wyrzeczen
                  skusili sie na super atrakcyjna wycieczke do tropikow, nadal bysmy grzecznie i
                  dobrowolnie splacali kredyt, z ktorym nie laczy nas nic wiecej niz tylko, tak
                  naprawde plohe, uczucia (np. uczciwosci)?

                  Zaraz, zaraz, albo się kredyt bierze na dwie - równo odpowiadające osoby, albo
                  jedna bierze kredyt na siebie ze świadomością, że jakby co, zostaje z nim sama.

                  Zresztą, jeśli małżeństwo weźmie kredyt - a małżonek spierniczy gdzieś z
                  młodszym modelem i przestanie płacić - to jak to zmienia sytuację? Nijak.

                  A odnośnie zobowiązania - rozumiem, że nie chodzi o papierek wprost - ale czym
                  różni się takie zobowiązanie? I w czym lepsza jest sytuacja, gdy ludzi trzyma
                  przy sobie WYŁĄCZNIE to zobowiązanie, od sytuacji, gdy po prostu mogą się
                  rozejść? Że kobieta jest lepiej zabezpieczona finansowo? Spytaj matki bojujące o
                  fundusz alimentacyjny, czy naprawdę czują się lepiej zabezpieczone?

                  > A apropos szacunku...popros ja o reke i zobaczysz czy sie zgodzi, jesli bedzie
                  wniebowzieta to znaczy ze mieszkanie wspolne to tak naprawde pic na wode ;-)

                  A jak się nie zgodzi, a dalej będziemy razem mieszkać, to co powiesz?
                  • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 16:33
                    Jesli sie nie zgodzi do zweryfikuje opinie. O ile jestescie po studiach,
                    pracujacy i samodzielni finansowo, bez innych zobowiazan i przeszkod.

                    Jezeli jestescie studentami to moze powiedziec nie bo w tym czasie sa inne
                    priorytety, zapytaj wtedy: 'Czy zostaniesz moga zona po obronie?' ;-)

                    Skad jestes pewien ze sie nie zgodzi? Kiedykolwiek w ogole o tym rozmawialiscie,
                    czy to jest temat, ktorego unikacie oboje?
                    • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 17:08
                      Widzisz, możesz sobie gdybać, ale spóźniłaś się o dobre 10 lat z takimi
                      pytaniami i sugestiami, więc pozwól, że wymijająco odpowiem, że zarówno
                      sytuacja, jak i obopólne nastawienie mi odpowiada. Zadowolona? ;-)


                      ligaturka napisała:

                      > Jesli sie nie zgodzi do zweryfikuje opinie. O ile jestescie po studiach,
                      > pracujacy i samodzielni finansowo, bez innych zobowiazan i przeszkod.
                      >
                      > Jezeli jestescie studentami to moze powiedziec nie bo w tym czasie sa inne
                      > priorytety, zapytaj wtedy: 'Czy zostaniesz moga zona po obronie?' ;-)
                      >
                      > Skad jestes pewien ze sie nie zgodzi? Kiedykolwiek w ogole o tym rozmawialiscie
                      > ,
                      > czy to jest temat, ktorego unikacie oboje?
                      • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 17:46
                        Hehe, no to jestesmy w podobnym wieku.

                        Z tym, ze ja bylam baaaardzo liberalna w tych sprawach, ale przyklady z mojego
                        otoczenia pokazaly mi, ze (jednak) nie ma rownowagi plci w zwiazku nieformalnym.
                        I jedynym parom, ktom udalo sie dotrwac do slubu po konkubinacie, to te, u
                        ktorych data byla ustalona w momencie wspolnego zamieszkania. Wiec konkuboinat
                        byl narzeczenstwem-mieszkaniem na czas okreslony data slubu.

                        Powiem tak, z 25 dziewczyn z LO (najlatwiej przesledzic dzieki n-k ;-), 20 jest
                        po slubie, 3 nie, a 2 mialy dluzsze lub krotsze okresy mieszkania w
                        konkubinacie. I byly mocno w szoku jak sie partner wyprowadzil, bo liczyly, nie
                        na slub, ale na to, ze to 'ten jedyny', i sie nie zostawia nigdy.

                        Moze nie bylo wiecej konkubinatow bo wszyscy byli z wielkiego miasta i nie bylo
                        potrzeby dzielic kawalerki z chlopakiem i od razu pakowac sie w tworzenie
                        wspolnego gospodarstwa?

                        W kazdym razie, wiedzialam, ze sie nie spytasz, glupio by bylo wywolywac wilka z
                        lasu i przy okazji robic partnerce przykrosc dla forum GW. Upewniaj sie jednak
                        co jakis czas, ze uklad ten jest obopolna korzyscia, a nie tylko twoim
                        'przymykaniem oczu' na potrzeby (dynamiczne!) partnerki. I jesli bylyby
                        watpliwosci, nie miej ich, ja sama nigdy nie chcialam brac slubu, a powiem ci,
                        ze to naprawde fajna rzecz :-)
                        • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 17:56
                          ligaturka napisała:

                          Fajna podpucha, ale nic z tego, pozostaje Ci domyślać się, co jest podstawą czy
                          sednem tego układu ;-)

                          Niemniej - odnośnie wcześniejszego: jak dla mnie - to naturalne, że konkubinaty
                          TEŻ się rozpadają. Doprawdy nie rozumiem, co dziwnego lub niebezpiecznego w tym
                          widzicie.

                          A całość zagadnienia powinna być inaczej sformułowana: nie każda kobieta chcąca
                          zamieszkać z facetem chce koniecznie ślubu. Nie każda kobieta, która zamieszka z
                          facetem, będzie chciała ślubu po pewnym czasie. Nie każda kobieta, która poczuje
                          się "wrobiona" w konkubinat bez upragnionego ślubu zostanie starą panną, wbrew
                          temu, co niektórzy próbowali tu ponuro głosić.

                          Po prostu dla niektórych konkubinat jest ok, dla niektórych ślub jest ok,
                          wszystko jest tylko kwestią, by wystarczająco wcześnie wiedzieć, czego się chce
                          - i czego chce ta druga strona. Ot, cała filozofia.


                          > W kazdym razie, wiedzialam, ze sie nie spytasz, glupio by bylo wywolywac wilka
                          > z
                          > lasu i przy okazji robic partnerce przykrosc dla forum GW. Upewniaj sie jednak
                          > co jakis czas, ze uklad ten jest obopolna korzyscia, a nie tylko twoim
                          > 'przymykaniem oczu' na potrzeby (dynamiczne!) partnerki. I jesli bylyby
                          > watpliwosci, nie miej ich, ja sama nigdy nie chcialam brac slubu, a powiem ci,
                          > ze to naprawde fajna rzecz :-)





                          ---
                          HTTP://blackops.wordpress.com
                          • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 18:14
                            Dla mnie tez fakt ze konkubinaty sie rozpadaja jest normalny.

                            Nienormalne jest jednak to, ze sa takie kruche tzn bardzo czesto stawia sie
                            partnera przed faktem dokonanym, znika i tyle. Jest to zazwyczaj bardzo ostre
                            ciecie, inne niz rozwod, ktory jednak sie ciagnie itp. Uwazam, ze dla psychiki
                            ludzkiej jest to destrukcyjne, takie ostre ciecia sa nienaturalne, i chyba
                            chakakterystyczne i mozliwe tylko w zwiazkach nie opartych o jakikolwiek
                            'papierek'. Porownalabym to troche do pracy na czarno, gdzie nie ma sie zadnych
                            praw i z dnia na dzien mozna prace stracic. Z ta roznica, ze nieuczciwego
                            pracodawce mozna podac do sadu, a co z konkubinem ktory w duchu od dluzszego
                            czasu de facto zrezygnowal ze zwiazku? Gdzie sie 'zglosic' po zadoscuczynienie
                            szkodo moralnych? ;-) Zaden sad rodzinny nie podejmie sie tez precyzowania
                            rozmiaru winy itp., bo przeciez...rodzina nie byli.

                            Oczywiscie gdybym byla facetem robiacym gigantyczna kariere na pewno kunkubinat
                            bylby idealnym rozwiazaniem ,-)
                            • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 18:46
                              No dobra, ale z jednej strony wątek nie jest o konkubinatach, a o mieszkaniu
                              przed ślubem, a z drugiej - ok, takie nagłe rozstania mogą być bardziej
                              szokujące, ale - sorry - to już prosta konsekwencja wcześniejszej decyzji i
                              wzięcia na siebie tego dodatkowego ryzyka.

                              Generalnie nie trwałbym w tym wątku, gdyby nie błędne założenia, powtarzane w
                              kółko, jak
                              - wszystkie kobiety chcą ślubu
                              - większość facetów nie chce ślubu
                              - wszystkie kobiety są słabszą stroną w związku
                              - większość facetów to wygodnickie świnie, którym tylko seks w głowie, a potem
                              znikają w jeden dzień
                              - ślub chroni przed rozstaniem

                              > Oczywiscie gdybym byla facetem robiacym gigantyczna kariere na pewno kunkubinat
                              > bylby idealnym rozwiazaniem ,-)

                              - właściwie dlaczego?

                              ligaturka napisała:

                              > Dla mnie tez fakt ze konkubinaty sie rozpadaja jest normalny.
                              >
                              > Nienormalne jest jednak to, ze sa takie kruche tzn bardzo czesto stawia sie
                              > partnera przed faktem dokonanym, znika i tyle. Jest to zazwyczaj bardzo ostre
                              > ciecie, inne niz rozwod, ktory jednak sie ciagnie itp. Uwazam, ze dla psychiki
                              > ludzkiej jest to destrukcyjne, takie ostre ciecia sa nienaturalne, i chyba
                              > chakakterystyczne i mozliwe tylko w zwiazkach nie opartych o jakikolwiek
                              > 'papierek'. Porownalabym to troche do pracy na czarno, gdzie nie ma sie zadnych
                              > praw i z dnia na dzien mozna prace stracic. Z ta roznica, ze nieuczciwego
                              > pracodawce mozna podac do sadu, a co z konkubinem ktory w duchu od dluzszego
                              > czasu de facto zrezygnowal ze zwiazku? Gdzie sie 'zglosic' po zadoscuczynienie
                              > szkodo moralnych? ;-) Zaden sad rodzinny nie podejmie sie tez precyzowania
                              > rozmiaru winy itp., bo przeciez...rodzina nie byli.
                              >
                              > Oczywiscie gdybym byla facetem robiacym gigantyczna kariere na pewno kunkubinat
                              > bylby idealnym rozwiazaniem ,-)
                              • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 19:24
                                Ja np.nie uwazam wcale, ze wszystkie kobiety chca slubu. Ale jestem za nie
                                wpadaniem w pulapke myslenia, ze brak oswiadczenia woli (w postaci slubu ktory
                                jest obopolnym oswiadczeniem woli) i mieszkanie razem oznacza oswiadczenie
                                DOMYSLNE, ze albo ten slub na 100% nastapi albo jest slubowi rowny 'bedziemy
                                razem na dobre i na zle'.

                                Konkubinat nie jest slubowi rowny i wobec prawa nie jest nawet obietnica jego
                                zawarcia (kontraktem przedwstepnym). Zycie myslac ze jest jest iluzja
                                'feministyczna'. Jak dobrze powiedziales, jest to decyzja z ktorej ryzykiem
                                trzeba sie liczyc, a czesto sie o tym zapomina, zapomina o ryzyku, mysli tylko o
                                tu i teraz i o wspolnym gniazdku.

                                Wiekszosc facetow po latach mieszkania nie chce slubu, a kobiety z czasem coraz
                                bardziej chca tego dopelnienia. Nie szystkie, ale 'swiatowy stereotyp'. Nigdy
                                nie widzialam watku zdesperowanego faceta z ktorym konkubina po latach nie chce
                                wziac slubu ;-)

                                Kobiety ktore maja parcie na slub sa slabsza strona zwiazku. Jesli ja bym od
                                poczatku chciala z kims brac slub, nie bawilabym sie w dom uwazajac to za strate
                                czasu. Jesli chce kogos przetestowac po prostu jestem z ta osoba, poznaje dobrze
                                jej rodzine, przyjaciol, prace i to mi da najlepszy poglad na to, czy ta osoba
                                jest dla mnie, nie musze pomieszkiwac.

                                Kobiety w ogole sa slabsze, slabsze jesli chodzi o mozliwosc awansu, zarabiaja
                                mniej na tych samych stanowiskach placac swojakie 'ubezpieczenie na wypadek
                                przyszlej ciazy' nawet jesli nie chca miec dzieci. Sa bardziej poddane presji
                                spolecznej dot.malzenstwa, dzieci, co przystoi a co nie, slabsze fizycznie,
                                rozdarte miedzy kariera a niestety istniejacym zegarem biologicznym przez co
                                pewne decyzje sa ostateczne (decyzja o nieposiadaniu/posiadaniu dzieci) i
                                zmuszaja do wiekszej dojrzalosci, przewidywania itp.

                                Slub nie chroni przed rostaniem, zmniejsza jego ryzyko i tyle.

                                Wiekszosc facetow to nie wygodnickie swinie, a jednak niestety
                                odpowiedzialnoscia calosciowa za dom obarcza sie stereotypowo kobiete i kobiety
                                nawet wyzwolone sie tej presji poddaja.

                                Gdybym byla facetem robiacym gigantyczna kariere to wolalabym sie nie wiazac
                                wiezem malzenskim dopoki nie dojde do stabilizacji i bede mogla wybrac najlepsza
                                kandydatke ktora bedzie mnie chciala ;-) Jest udowodnione, ze znaczaca zmiana
                                dotychczasowej rownowagi w zwaizku jak np.powazny awans faceta zmusza do nowego
                                budowania rownowagi i w takkim momencie bardzo czesto nie wiadomo dlaczego
                                facetom odbija woda sodowa ;-) Pewnie tez dlatego ze jednak (tez stereotypowo)
                                dziewczyny lubia wladze i pieniadze :-/

                                • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 21:05
                                  ligaturka napisała:
                                  > Slub nie chroni przed rostaniem, zmniejsza jego ryzyko i tyle.

                                  Taaaa... ludzie są taaaacy naiwni :)
                                  • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 07:52
                                    Nie chodzi o naiwnosc ale statystyke, ktorej chyba wiekszosc z was na studiach
                                    nie miala.

                                    POczytajcie w wikipedi co to jest 'ryzyko', 'prawdopodobienstwo'. A potem
                                    poczytajcie badania madrzejszych od nas wszystkich socjologow.
                                    • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 09:03
                                      ligaturka napisała:
                                      > Nie chodzi o naiwnosc ale statystyke, ktorej chyba wiekszosc z was na studiach
                                      > nie miala.

                                      Skoro tak to proszę przytocz KONKRETNE badania statystyczne, które potwierdzają Twoje słowa :)
                                      • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 22:40
                                        Podawalam juz (niestety z pamieci), badanie nt prawdopodobienstwa rozwodow
                                        malzenstw po dlugim konkubinacie versus malzenstw nie poprzedzonych konkubinatem.

                                        Moznaby znalesc w necie wiecej badan, jestem pewna, ze ktos kto sie interesuje
                                        tematem sam sie doinformuje takze. Ja swoja droga jestem bardzo zainteresowana
                                        badaniami 'za' konkubinatem, przynajmniej JEDNYM, ale na razie na forum NIKT
                                        takich nie podal. Ani jednego!!! Wszystko jedynie osobiste przekonania, i
                                        spekulacje. Jako zrodla malo wiarygodne szczegolnie, ze ludzie 'za' konkubinatem
                                        nie mialy zadnego doswiadczenia malzenstwa, albo inni, ktorzy 'zamykaja' oczy na
                                        potrzeby partnera, mowiac: ze im jest dobrze tak jak jest (piekne zwiazki swoja
                                        droga, w ktorych zakladamy, ze partnerowi tez jest dobrze).

                                        Ja uwazam, ze kazdy ma prawo do wolnego wyboru, probuje tylko uswiadomic, ze z
                                        rozumowego punktu widzenia, kobieta sama sobie czesto utrudnia zycie. Chcialabym
                                        uchronic osoby przed chorym czesto i nieuzasadnionym strachem przed slubem,
                                        ktory tak naprawde jest instytucja stworza przez ustawodawce by ulatwic zycie
                                        ludziom, tak jak prawo handlowe itp. Instytucja ulomna, ale lepszej nie ma.

                                        Konkubinat nie jest instytucja prawa.
                                        • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 22.05.09, 11:55
                                          ligaturka napisała:
                                          > Podawalam juz (niestety z pamieci), badanie nt prawdopodobienstwa rozwodow
                                          > malzenstw po dlugim konkubinacie versus malzenstw nie poprzedzonych konkubinatem.

                                          'Gdzieś czytałam ale nie pamiętam gdzie'. Jasssssne :) A Świstak siedzi i zawija w te sreberka :)


                                          > Konkubinat nie jest instytucja prawa.

                                          I to jest jego wielką zaletą!
                                          • ligaturka Zamiast obrazac... 22.05.09, 23:28
                                            ...i fundamentalistycznie bronic konkubinatu, prosze przeszukac internet i
                                            ogolnie ruszyc glowka ;-)


                                            "Większość konkubinatów rozpada się w pierwszych dwóch latach - dowodzą badania
                                            Larry'ego Bumpassa i Jamesa Sweeta z University of Wisconsin. Tylko 10 proc.
                                            konkubinatów trwa dłużej niż 10 lat. Pary żyjące w konkubinacie tłumaczą często,
                                            że taki związek jest próbą generalną przed małżeństwem. Tymczasem z badań
                                            Elizabeth Thomson i Ugo Colelli (także z University of Wisconsin) wynika, że im
                                            dłużej trwa konkubinat kończący się małżeństwem, tym większe jest
                                            prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa. Konkubinat jest po prostu formą złego
                                            doboru partnerów, co ostatecznie prowadzi do rozpadu związku."


                                            Teraz oczekuje badan twierdzacych o wyzszosci konkubinatu.
                              • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 23.05.09, 08:56
                                > No dobra, ale z jednej strony wątek nie jest o konkubinatach, a o mieszkaniu
                                > przed ślubem
                                O mieszkaniu przed _ewentualnym_ ślubem, a więc
                                bez ślubu - czyli o konkubinacie.
                                Paulina chciała żyć w konkubinacie u rodziców -
                                jej mama się nie zgodziła. Paulina pisze,
                                że zamierza żyć w konkubinacie poza domem rodziców.
                                Tak czy inaczej pragnie ona być konkubiną.

                                > Generalnie nie trwałbym w tym wątku, gdyby nie błędne założenia, powtarzane w
                                > kółko, jak
                                > - wszystkie kobiety chcą ślubu
                                Nie mam takiego założenia, szczególnie że wiele
                                kobiet jest niezdolnych do ponownego ślubu.
                                Warto jednak pamiętać, że to upraszcza wiele rzeczy.

                                > - większość facetów nie chce ślubu
                                Z tym też się nie mogę zgodzić: większość facetów
                                lubi po prostu seks za darmo i bez zobowiązań.
                                Wielu z nich ślub pragnie mieć z dziewicą (!).

                                > - wszystkie kobiety są słabszą stroną w związku
                                Wierzę, że kobiety bardziej potrzebują stabilnego
                                związku niż mężczyźni, chociażby dlatego, że pragną
                                mieć dzieci i lepiej mieć męża do pomocy; również
                                pozycja kobiet na rynku pracy jest słabsza niż
                                mężczyzn, a więc wiążąc się z mężczyzną kobieta
                                może wykorzystywać więcej pieniędzy na (wspólne
                                co prawda) cele.
                                Kobieta + 2 dzieci dysponuje pensją 1500 oraz
                                alimentami 600 = średnio przypada 700 na osobę.
                                Kobieta + mąż + 2 dzieci dysponują 2 pensjami
                                1500 + 1700 = średnio 800 na osobę, o ile mąż
                                nie zarabia jeszcze więcej. Do tego darmowe
                                naprawy domowe i inne pożytki wnoszone przez
                                chłopa w aporcie. Gdybyśmy odejmowali czynsz
                                za mieszkanie dla rodziny bez męża i z mężem
                                (tylko trochę większe), a dopiero później
                                dzielili pozostającą kwotę, to dostalibyśmy
                                jeszcze lepszą pozycję kobiety zamężnej.

                                > - większość facetów to wygodnickie świnie, którym tylko seks w głowie, a potem
                                > znikają w jeden dzień
                                Może nie większość, a ci, którzy nie mają ochoty
                                na zawarcie małżeństwa?

                                > - ślub chroni przed rozstaniem
                                Ślub sam w sobie nie chroni, ale jeśli dwoje
                                ludzi którzy mogliby się pobrać żyje bez ślubu,
                                to znaczy że mają wątpliwości. Chcą być razem,
                                ale tylko trochę, bez zobowiązań. Ślub jest
                                wtedy, gdy oboje chcą być razem _na_zawsze_.

                                Ty robisz założenia, z którymi ja się nie zgadzam:
                                - konkubinat to taka sama wspólnota jak
                                małżeństwo;
                                - mieszkanie "na próbę" pozwoli rozwiać wszelkie
                                wątpliwości;
                                - porażka w konkubinacie (a właśnie po to jest on
                                podejmowany!) nie ma wpływu na resztę życia
                                konkubentów.
                                • black_ops Re: będzie darmową kucharką 23.05.09, 12:58
                                  gobi05 napisał:

                                  > Ty robisz założenia, z którymi ja się nie zgadzam:
                                  > - konkubinat to taka sama wspólnota jak
                                  > małżeństwo;

                                  Nie taka sama, ale może być podobną, jeśli dwójka ludzi myśli tak samo.

                                  > - mieszkanie "na próbę" pozwoli rozwiać wszelkie
                                  > wątpliwości;

                                  Nie wszystkie, a wstępne,

                                  > - porażka w konkubinacie (a właśnie po to jest on
                                  > podejmowany!) nie ma wpływu na resztę życia
                                  > konkubentów.

                                  Skąd to niby wynikło, to już zupełnie nie wiem.
                            • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 21:02
                              ligaturka napisała:
                              > praw i z dnia na dzien mozna prace stracic. Z ta roznica, ze nieuczciwego
                              > pracodawce mozna podac do sadu, a co z konkubinem ktory w duchu od dluzszego
                              > czasu de facto zrezygnowal ze zwiazku? Gdzie sie 'zglosic' po zadoscuczynienie
                              > szkodo moralnych? ;-) Zaden sad rodzinny nie podejmie sie tez precyzowania
                              > rozmiaru winy itp., bo przeciez...rodzina nie byli.

                              A jakie KONKRETNIE zadośćuczynienie za odejście czyni mąż odchodzący po np. 10 latach małżeństwa????? ŻADNE :) Możesz mieć 'satysfakcję' orzeczenia rozwodu z jego winy. Ależ 'zadośćuczynienie' :)

                              Ludzie są taaaacy naiwni :)
                              • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 13:20
                                Zadoscuczynienie: majatek zgromadzony wspolnie dzielony jest na pol jesli jest
                                wspolnota, alimenty jesli zona nie pracuje, a do tego pietno rozwodu jako
                                porazki zyciowej. W razie gdy sa patologie, zdrady, itp., mozna wystapic za
                                rozpatrzenie winy rozpadu zwiazku, i nawet puscic osobnika/osobniczne w kaloszach.

                                Wyobraz sobie ze jestes kura domowa w konkubinacie. Co masz w razie rozpadu?
                                wielka fige z makiem

                                Ludziom powolujacym sie na marne polskie alimenty odpowiem: lepiej takie niz
                                zadne i radze poduczyc sie na temat prawodawstw rodzinnych w krajach europy
                                kontynentalnej, zamiast probowac 'odkryc Hameryke w 2009 roku'. Takie opinie
                                glosily feministki w latach 80-tych na swiecie, gratuluje 'nowoczesnosci' i
                                radze stac nogami na ziemi a nie latac w chmurach, ze 'prawdziwa milosc wszystko
                                przetrzyma'.
                                • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 13:32
                                  ligaturka napisała:
                                  > Zadoscuczynienie: majatek zgromadzony wspolnie dzielony jest na pol jesli jest
                                  > wspolnota,

                                  Właśnie JEŚLI ten majątek jest i JEŚLI jest wspólnota. Jeżeli kobieta zarabia lepiej od męża to jeszcze na tym straci. Albo jak w ramach 'zadośćuczynienia' dostanie długi męża :)

                                  > alimenty jesli zona nie pracuje,

                                  W Polsce sąd nie przyzna alimentów 'bo żona nie pracuje'. Znajomość prawa się kłania. Alimenty 'na żonę' są tak obwarowane, że bardzo ciężko cokolwiek dostać.

                                  > W razie gdy sa patologie, zdrady, itp., mozna wystapic za
                                  > rozpatrzenie winy rozpadu zwiazku, i nawet puscic osobnika/osobniczne w kalosza
                                  > ch.

                                  Za dużo naoglądałaś się amerykańskich romansideł. W Polsce nie ma podziału majątku według winy. I najgorsza szuja dostanie połowę przy wspólnocie :)

                                  Tyle Twojego 'zadośćuczynienia' :) Ja wolę stawiać na siebie, własną pracę, rozwój i polisę ubezpieczeniową. Trochę oleju w głowie i małżeństwo do niczego nie potrzebne. No ale trzeba ten olej w głowie mieć :)
                                  • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 21:56
                                    Przeczytak sobie ostatni akapit bo przekopiowac sie nie da:

                                    alimenty.net/uprawnieni.html
                                    Chyba tobie sie klania znajomosc prawa, orzecznictwa nie znam. Pisza o
                                    alimentach i pisza o winie.

                                    Stawiaj na twoja prace, na siebie, i zycze ci zebys nie miala np. choroby
                                    przewleklej przez ktora ta prace stracisz. Latwo jest stawiac na siebie a nie
                                    rodzine, jak jest sie mlodym, pieknym i zdrowym ;-)
                                    • mujer_bonita Re: będzie darmową kucharką 22.05.09, 11:57
                                      ligaturka napisała:
                                      > Chyba tobie sie klania znajomosc prawa, orzecznictwa nie znam. Pisza o
                                      > alimentach i pisza o winie.

                                      HAHAHA!!! 'Piszą o alimentach i piszą o winie'. Znalazłaś dwa słówka i wielka prawniczka z Ciebie :) Nie napisałam, że w PL nie ma czegoś takiego jak alimenty 'na żonę' ale, że nie dostaje się ich 'bo żona nie pracuje'. Orzecznictwo w tej sprawie jest jeszcze surowsze.


                                      > Stawiaj na twoja prace, na siebie, i zycze ci zebys nie miala np. choroby
                                      > przewleklej przez ktora ta prace stracisz. Latwo jest stawiac na siebie a nie
                                      > rodzine, jak jest sie mlodym, pieknym i zdrowym ;-)

                                      Od utraty pracy, niezdolności do pracy i choroby można się ubezpieczyć (i jest to często pewniejsze niż mąż i rodzina).

                                      Mogłabym Ci przytoczyć wiele historii kobiet, które były tak naiwne, że myślały, że małżeństwo coś im da. Dało - samotność, długi męża, bolesne, upokarzające rozwody. Niektóre na tym 'interesie' straciły wszystko co miały. Małżeństwo nie jest żadną gwarancją - zawsze możesz trafić na szuję.
                                    • gobi05 [...] 22.05.09, 20:57
                                      Treść postu jest niedostępna.
                  • ligaturka Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 16:58
                    Co do kwestii, ze kogos laczy tylko i wylacznie zobowiazanie: to tylko i
                    wylacznie zobowiazanie moze pomoc przetrwac ciezkie chwile, nawet jesli przez
                    chwile mialoby byc jedynym spoiwem laczacych ludzi w ciezkich chwilach,
                    przypomina i zmusza, ze trzeba walczyc, odbudowac, zapomniec, rozwiazac. Dodaje
                    nam 'oleju do glowy' w momencie kiedy pod wplywem emocji potrafilibysmy podjac
                    destrucyjna dla zwiazku decyzje (wyprowadzic sie, zwiac do kolegi, przygodnej
                    znajomej itp.). I ja uwazam, ze to spoiwo, ten olej racjonalnosci jest bardzo
                    istotny, bo zwiazki damsko-meskie przechodza przez bardzo wiele prob i bardzo
                    czesto staja na krawedzi i z tego powodu nie warto sie rozstawac. Nie
                    przypadkiem w niektorych krajach zachodu istnieje instytucja separacji sadowej,
                    w czasie trwania ktorej para ma czas zastanowic sie, czy rozwod jest
                    rzeczywiscie jedynym rozwiazaniem. I ma na to nawet...3 lata!

                    Nie sadze, aby rozstania par 'bez papierka' przechodzily rownie stopniowo. Ani
                    sad ani prawny czas miedzy malzenstwem jednym a drugim, nic nas tak naprawde nie
                    trzyma, jak cos nie pasuje zwijamy manatki. I ile to trwa? 2 dni? A potem
                    wystarczy zmienic numer komorki i szukac kolejnej 'wielkiej milosci'. A dla
                    kolejnych kandydatek ma sie czyste konto, nie bedac w koncu nigdy zonatym, jest
                    sie kawalerem do wziecia, wpomnienie wykasowac jest bardzo latwo, zadnych sladow
                    nie ma ;-)
              • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 15:58
                > > > > Facet zawsze sobie jakoś w życiu poradzi,
                > > > > małżeństwo jest potrzebne kobiecie!
                > > > Doprawdy, nie rozumiem tego rozróżnienia - facet
                > > > sobie jakoś poradzi, kobieta potrzebuje ślubu.
                > > Facet może wynająć pokój, znaleźć jakąś
                > > desperatkę
                > A kobieta nie może? Co my, w Iranie jesteśmy?
                Może. Może zamieszkać z jakimś desperatem,
                oczywiście.
                > > A kobieta stara się o własny kąt,
                > > dzieci, garnki, firanki...
                > A facet nie może? Co my, w Iranie jesteśmy?
                Tak, tak - może. Nie jesteśmy w Iranie,
                mężczyźni też mają potrzeby estetyczne.
                Trochę trudniej z urodzeniem sobie dziecka,
                ale przecież są różne możliwości. Może.

                > No dobrze: ilu _dokładnie_ mężczyzn nie walczy o opiekę nad dzieckiem?
                Nie wiem www.prawaojca.org/

                > > To są różne podejścia do życia, aspiracje,
                > > pragnienia - nazwij jak chcesz, ale są _różne_.
                > Taaak, wszyscy faceci to statystyczne świnie. Spox, wszystko jasne.
                Ty to jesteś... bez serca. Mężczyźni są inaczej
                stworzeni, skonstruowani przez Stwórcę. Spróbuj
                nie wartościować, tylko zaakceptować różnice.

                > > W jakimś momencie pojawiają się problemy i wtedy
                > > zaczyna się myślenie negatywne. Rodzice to wiedzą
                > > i myślą negatywnie już wtedy, gdy młodzi są pełni
                > > ufności - stąd nieporozumienie.
                > No właśnie widzę, że cały ten Twój tok rozumowania jest maksymalnie zbiasowany
                > przez punkt widzenia rodzica.
                A co, mam pisać jakbym był redaktorem Playboya,
                albo Bravo Girl? Jestem rodzicem, mam córkę
                to jak mam myśleć? Jak pięciolatek???!!!

                > Problemy i konflity zdarzają się w małżeństwach i poza nimi - hello, this is
                > life. Papier niczego tu nie zmieni.
                Widzisz, a ja wierzę w życie metafizyczne...
                Papier wiele zmienia. Na przykład pewnego
                dnia nie możesz już powiedzieć Panu Bankierowi
                "pocałuj mnie w d..ę". To też tylko papier,
                jakaś umowa czy cóś, a tak wiele zmienia.
                • black_ops Re: będzie darmową kucharką 20.05.09, 17:02
                  gobi05, ponieważ odbiegamy od sedna w coraz bardziej nieuporządkowany sposób,
                  pozwól, że zamiast komentować na wyrywki zbiorę to w pewien sposób. Załóżmy
                  sobie metaforyczną córkę na potrzeby dyskusji - załóżmy moją, żeby sensowniej
                  przedstawić punkt widzenia.

                  Otóż, skoro rozmawiamy o mieszkaniu razem przed ślubem. Tak, gdyby moja córka
                  przyszła i powiedziała, że chce zamieszkać - bez ślubu - ze swoim chłopakiem -
                  zgodziłbym się. Z chłopakiem, z którym spędziła już dość czasu, by sensownie
                  zadecydować, że chce z nim mieszkać... i brać ślub. Czy nawet jeszcze nie brać,
                  czy w ogóle jeszcze nie myśleć o ślubie.

                  Co daje ślub? Jednym złudne poczucie bezpieczeństwa, drugim wyimaginowane
                  poczucie "posiadania" drugiego człowieka. Ale poza pewnymi technicznymi
                  komplikacjami przy rozstaniu - i faktycznym brakiem pewności, czy druga strona
                  dochowa obietnicy - cóż, wychodzi na to samo. Jeśli dwójka ludzi chce być razem,
                  chce razem brnąć przez dobre i złe chwile i razem budować sobie życie - to zrobi
                  to z papierem i przysięgą, czy bez. Nie każdy potrzebuje przysięgi. Niektórzy
                  się na tym przejadą, niektórzy przejadą się i z przysięgą. Such is life.

                  Ba, generalnie namawiałbym ją do pomieszkania razem z tym wspomnianym
                  chłopakiem, zanim zdecyduje się na ślub. Niech mają prywatność, niech zachowują
                  się tak, jak zachowywaliby się po ślubie - cokolwiek nie miałoby to znaczyć.
                  Przynajmniej nie kupią kota w worku.

                  Pod warunkiem, że zamieszkaliby samodzielnie, w sensie, z dala od jego lub jej
                  rodziców. W wynajmowanym czy kredytowanym mieszkaniu. Słowem, żeby to zrobić,
                  musiałaby być finansowo niezależna.

                  Wierzę, że wychowałbym córkę tak, by była w pełni świadoma konsekwencji
                  podejmowanych przez siebie decyzji.

                  Dlaczego nie wymagałbym ani ślubu przed zamieszkaniem razem, ani ślubu w
                  trakcie? Dlatego, że to nie moja decyzja. Dlatego, że potrzeba ślubu - bądź jej
                  brak - to kwestia mojej córki, nie moja. Fajnie byłoby poprowadzić ją do ołtarza
                  czy stołu w urzędzie, ale jeśli stwierdzi, że nie będzie się chciała wiązać -
                  przy udziale Boga czy urzędnika - jej wybór.

                  Kredyt mieszkaniowy, zobowiązania finansowe? Podstawa to wychowanie jej tak, aby
                  potrafiła o siebie zadbać. A gdyby z jakiegoś powodu ryzykowała swoją przyszłą
                  pozycją zawodowo-materialną, na spokojnie wykazałbym zagrożenia, które widzę.
                  Sytuacja jest prosta - gdyby brała kredyt na mieszkanie sama, nalegałbym, żeby
                  własność zapisana była tylko na osobę, która ponosi ryzyko. W razie problemów w
                  związku wykopałaby gościa za drzwi. Gdyby to on brał kredyt i kupował mieszkanie
                  na siebie? Cóż, ostrzegłbym ją, że w razie czego ląduje na bruku (i oczywiście
                  może wrócić do rodzinnego domu, dopóki nie pozbiera się finansowo/mieszkaniowo).
                  Ale - rozmawiamy o dorosłych ludziach, którym nie można niczego narzucić.

                  Dlaczego, jeśli nie wybrałaby ślubu, zaakceptowałbym jej decyzję? Bo wiem, z
                  doświadczenia wiem, że ani ślubowanie przed Bogiem, ani w urzędzie nie ma wpływu
                  na to, jak potoczy się życie. Jeśli po kilku latach mąż okazałby się kawałem
                  gnoja, namawiałbym ją do rozwodu - a na pewno nie zaakceptowałbym trwania w
                  patologicznym układzie. Przysięga przysięgą - skoro jest to swojego rodzaju
                  umowa, można ją rozwiązać, gdy druga strona nie wywiązuje się z kontraktu. A
                  jeśli byłoby to afrontem wobec Boga? Cóż, mam na temat rozwodów po ślubie
                  kościelnym oddzielne spojrzenie, którego drążyć nie będę. Ale z pewnością nie
                  wykląłbym jej. Przeciwnie.

                  A co z rozstaniem bez ślubu? Cóż, powiedziałbym jej, że shit happens. I
                  motywował do szukania w życiu tego, co dobre - czy będzie to kolejny związek,
                  czy nie. Ale z pewnością nie krzyknąłbym "a nie mówiłem?"

                  A gdyby ona chciała ślubu, a on nie? Cóż, powiedziałbym, zaryzykowałaś,
                  sparzyłaś się, chcesz, to czekaj, chcesz ślubu... to szukaj kogoś, kto poważnie
                  traktuje Twoje oczekiwania.

                  Przy tym wszystkim pamiętajmy, że nie mówimy o skakaniu z kwiatka na kwiatek
                  tylko o sytuacji, gdy ktoś dość poważnie rozważa wspólne życie. Przedstawiane
                  powyżej wizje z gatunku "zostaniesz kurą domową" albo "zmarnujesz tylko czas i
                  będziesz starą panną" są absurdalne - nie mieści mi się w głowie, że można tak
                  wychować swoje dziecko, by trwało w czymś, co się mu nie podoba. Dla mnie
                  szacunek do samego siebie wiąże się bliżej z odpowiedzialnością za samego siebie
                  - niż z podążaniem za zewnętrznymi normami zwyczajowymi (bo moralność - rozumie
                  się samo przez się, prawda?)

                  Nie przeżyjemy życia za nasze dzieci, ani za innych ludzi. Ile byśmy nie
                  moralizowali, i tak muszą same wybrać - i sparzyć się, bądź wygrać. Zadanie nie
                  polega na ułatwianiu poprzez wskazywanie jedynej słusznej drogi - tylko na
                  wskazywaniu konsekwencji określonych wyborów.

                  Tyle ode mnie.


                  • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 08:25
                    > sobie metaforyczną córkę na potrzeby dyskusji - załóżmy moją, żeby sensowniej
                    > przedstawić punkt widzenia.
                    Twoja jest hipotetyczna, mojej tysiąc razy
                    zmieniałem pieluszkę, opatrzyłem jej skaleczenie,
                    pokazałem różnicę między koniczyną i pokrzywą.

                    > Tak, gdyby moja córka
                    > przyszła i powiedziała, że chce zamieszkać - bez ślubu - ze swoim chłopakiem -
                    > zgodziłbym się. Z chłopakiem, z którym spędziła już dość czasu, by sensownie
                    > zadecydować, że chce z nim mieszkać... i brać ślub. Czy nawet jeszcze nie brać,
                    > czy w ogóle jeszcze nie myśleć o ślubie.

                    A ja nie wiem tak naprawdę, czy bym się zgodził,
                    czy nie. Wiem jednak że chciałbym z nią przedyskutować
                    tą decyzję, rozważyć "za i przeciw" nie tylko
                    w perspektywie miesiąca czy roku, ale całego życia.

                    W tym czai się błąd logiczny: jeżeli obydwoje
                    pragną małżeństwa, to niech wezmą ślub;
                    ale jeśli boją się, że nie znają się wystarczająco,
                    to znaczy że nie chcą małżeństwa - więc dlaczego
                    mieliby w takim razie mieszkać razem?
                    Jeszcze raz: są dwie możliwości - albo się znają
                    wystarczająco dobrze, albo nie. Jeśli tak, to mogą
                    się pobrać i być razem jako rodzina. Jeśli nie,
                    to nie powinni razem mieszkać. To, że kogoś
                    nie znasz nie może być argumentem do zamieszkania
                    z tą osobą - nieznajomych są tysiące dookoła!
                    Czy ktokolwiek może chcieć pomieszkiwać po parę miesięcy
                    z każdym potencjalnym narzeczonym?? Z pierwszym dwa lata,
                    z drugim rok, z trzecim dwa miesiące...

                    > Co daje ślub? Jednym złudne poczucie bezpieczeństwa, drugim wyimaginowane
                    > poczucie "posiadania" drugiego człowieka.
                    Ślub zamienia dwoje obcych ludzi w małżeństwo.

                    > to z papierem i przysięgą, czy bez. Nie każdy potrzebuje przysięgi. Niektórzy
                    > się na tym przejadą, niektórzy przejadą się i z przysięgą. Such is life.
                    Nie każdy ma zdolność by przysięgać.
                    Ktoś tu niedawno pisał, że bycie żoną
                    to "małżeńska prostytucja", ty piszesz,
                    że nie ma różnicy między małżeństwem
                    i konkubinatem. Szkoda miejsca na argumentację.
                    Kto może zaakceptować takie fałsze,
                    tego nie przekonam.

                    > Przynajmniej nie kupią kota w worku.
                    Czy możesz zagwarantować, że już do końca
                    życia ich wzajemne relacje pozostaną takie
                    same? W jaki sposób wspólne mieszkanie,
                    bez dzieci za to ze świeżą namiętnością
                    ma gwarantować stałość za X lat? Kiedyś
                    pojawią się dzieci, nieprzespane noce,
                    nadwaga żony, wyjazdy męża, nietrafne
                    decyzje - sytuacje, jakich nie było
                    w okresie docierania się.

                    > Nie przeżyjemy życia za nasze dzieci, ani za innych ludzi. Ile byśmy nie
                    > moralizowali, i tak muszą same wybrać - i sparzyć się, bądź wygrać.
                    Jest w tym pewna mądrość, żeby uczyć się
                    na błędach innych ludzi.
                    • black_ops Re: będzie darmową kucharką 21.05.09, 13:55
                      gobi05 napisał:

                      > Twoja jest hipotetyczna, mojej tysiąc razy
                      > zmieniałem pieluszkę, opatrzyłem jej skaleczenie,
                      > pokazałem różnicę między koniczyną i pokrzywą.

                      Gratuluję, co to zmienia?

                      > W tym czai się błąd logiczny: jeżeli obydwoje
                      > pragną małżeństwa, to niech wezmą ślub;
                      > ale jeśli boją się, że nie znają się wystarczająco,
                      > to znaczy że nie chcą małżeństwa - więc dlaczego
                      > mieliby w takim razie mieszkać razem?

                      Powiedz mi: a dlaczego nie? Co w tym takiego złego? Przecież jeśli coś się w
                      ramach tego mieszkania razem będzie psuło, zauważysz to i będziesz
                      interweniować, prawda?

                      > Jeszcze raz: są dwie możliwości - albo się znają
                      > wystarczająco dobrze, albo nie. Jeśli tak, to mogą
                      > się pobrać i być razem jako rodzina. Jeśli nie,
                      > to nie powinni razem mieszkać. To, że kogoś
                      > nie znasz nie może być argumentem do zamieszkania
                      > z tą osobą - nieznajomych są tysiące dookoła!

                      Śmiesznie upraszczasz. Nie znać kogoś wcale, a nie być pewnym, czy chce się z
                      nim wiązać na całe życie to dwie różne sprawy.

                      > Czy ktokolwiek może chcieć pomieszkiwać po parę miesięcy
                      > z każdym potencjalnym narzeczonym?? Z pierwszym dwa lata,
                      > z drugim rok, z trzecim dwa miesiące...

                      No i w czym problem? Co w tym złego?

                      > Nie każdy ma zdolność by przysięgać.
                      > Ktoś tu niedawno pisał, że bycie żoną
                      > to "małżeńska prostytucja", ty piszesz,
                      > że nie ma różnicy między małżeństwem
                      > i konkubinatem. Szkoda miejsca na argumentację.

                      Różnica jest, wskazuję tylko, że nie tak silna, jak by się mogło wydawać.
                      Niektórzy stawiając na te różnice tak mocno się ich trzymają, zapominają, że
                      małżeństwo może być równie ulotne co konkubinat. Ot co.

                      > Kto może zaakceptować takie fałsze,
                      > tego nie przekonam.

                      Bo nie próbujesz zrozumieć, że ktoś może nie uznawać tego za fałsz.

                      > Czy możesz zagwarantować, że już do końca
                      > życia ich wzajemne relacje pozostaną takie
                      > same? W jaki sposób wspólne mieszkanie,
                      > bez dzieci za to ze świeżą namiętnością
                      > ma gwarantować stałość za X lat? Kiedyś
                      > pojawią się dzieci, nieprzespane noce,
                      > nadwaga żony, wyjazdy męża, nietrafne
                      > decyzje - sytuacje, jakich nie było
                      > w okresie docierania się.

                      Nie, ale przynajmniej eliminuje ryzyko nagłego szoku zaraz po zamieszkaniu
                      razem, zaraz po ślubie. Ale przecież wyraźnie piszę, że nigdy nie wiadomo, co
                      się stanie za 10, 20, 30 lat.

                      > Jest w tym pewna mądrość, żeby uczyć się
                      > na błędach innych ludzi.

                      Popatrz, a jakoś tak niewielu korzysta z niej w praktyce.

                      Przez cały czas piszesz, że nie ma potrzeby mieszkania razem przed ślubem. Co
                      Cię tak od tego odstrasza?
                      • gobi05 Re: będzie darmową kucharką 22.05.09, 21:33
                        > Gratuluję, co to zmienia?
                        - Baco, oddalibyście swojego konia, jakby
                        trzeba było, dla Kraju?
                        - Oddałbych.
                        - A oddalibyście swoje krowy, jakby było trzeba?
                        - Oddałbych.
                        - A owce byście oddali dla Polski i dla Partii?
                        Baca zrywa się gniewny nagle i mówi:
                        - Nie oddam!
                        - Ależ czemu?
                        - Bo owce mam.

                        > ramach tego mieszkania razem będzie psuło, zauważysz to i będziesz
                        > interweniować, prawda?
                        Nieprawda. Konkubinat dwojga ludzi, którym nic
                        nie stoi na przeszkodzie przed zawarciem
                        małżeństwa, to deklaracja nieufności.
                        "Nie zamieszkam z nim na zawsze, bo go nie znam,
                        nie ufam mu, chcę mieć możliwość porzucić go
                        bez problemów. Jeśli tylko coś się niedobrego
                        pojawi, to go zostawię. Jak chrapie, jak nie umie
                        znaleźć pracy, jak spotkam prawdziwą miłość w życiu,
                        to go zostawię."

                        > Powiedz mi: a dlaczego nie? Co w tym takiego złego?
                        Pewnego dnia facet może zacząć się zastanawiać,
                        ilu też partnerów miała jego żona wcześniej.
                        Jednego, pięciu, trzydziestu, autobus, powyżej setki...
                        Ona, skoro mogła zamieszkać na próbę z jednym,
                        to gdy próba się nie powiedzie znajdzie innego.
                        Z tym drugim też zamieszka, bo to przecież taki
                        skuteczny i przyjemny sprawdzian. Partnera, który
                        nie trzyma parametrów należy zastąpić innym
                        modelem, przetestować i dopiero wtedy wykorzystać
                        naprawdę.

                        > > z drugim rok, z trzecim dwa miesiące...
                        > No i w czym problem? Co w tym złego?
                        Pauliny mama ma prawo obawiać się, że jej dom
                        zamieni się w hotel.

                        > małżeństwo może być równie ulotne co konkubinat.
                        Nieprawda. Dziewicą jest się raz i panną jest się raz.
                        Później można być co najwyżej rozwódką/rozwodnikiem.
                        Wiem, że to silne uogólnienie, ale rozwódka
                        lub rozwodnik może być osobą ze skazą, natomiast
                        panna lub kawaler to statystyczna normalność.

                        > Nie, ale przynajmniej eliminuje ryzyko nagłego szoku zaraz po zamieszkaniu
                        > razem, zaraz po ślubie.
                        To nie szok tylko euforia. Jakie tam ryzyko?
                        Masz uczucie, że cały świat się cieszy z tobą,
                        że wraz ze swoją drugą połową możesz góry
                        przenosić...

                        > Przez cały czas piszesz, że nie ma potrzeby mieszkania razem przed ślubem. Co
                        > Cię tak od tego odstrasza?
                        Bo to jest rozmienianie się na drobne.
                        Wspólne mieszkanie z pierwszym narzeczonym(ą),
                        drugim(ą), trzecim itd. - nagle zauważasz,
                        że jeszcze się nie ożeniłaś(eś), a już jesteś
                        po pięciu rozstaniach. Szósty narzeczony okazuje się
                        w porządku, wreszcie ślub (suknia bielusieńka, welon,
                        wianek jak u dziewicy) no i niestety, po paru
                        miesiącach mąż dostaje delegację do Timbuktu,
                        ty nie chcesz rezygnować z pracy, po pół roku rozwód.
                        Nie było ciężko, już przywykłaś.
    • bubster Zamieszkać, choćby na wynajmowanym! 20.05.09, 16:48
      Nawet najdłuższe randki i wspólne wyjazdy z nim nie dadzą Ci takiego
      osądu sytuacji jak wspólne mieszkanie.
      Na randki przychodzi "przygotowany" - umyty, grzeczny, zabawny,
      dowcipny, prowadzący ciekawą rozmowę itp...
      Na wspólnym wyjeździe to samo, bo to tylko wyjazd.
      A potem przychodzi szara rzeczywistość i okazuje się na przykład, że
      pan uważa, że prysznic w sobotę wystarcza na cały tydzień, bo
      przecież on się nie poci, a na randki nie chodzi. Albo okazuje się,
      że w trudnych sytuacjach, stresowych, pan reaguje przemocą.
      Jeżeli pan jest dobrym aktorem, to w okresie przedślubnym możesz
      nawet nie zauważyć, że ma duży problem alkoholowy.

      Nie przejmuj się gadaniem, że masz sobie ułożyć życie przed 25. Znam
      przykłady kobiet układających sobie życie po 30, które miały
      wcześniej nieudane związki. Jak bardzo były nieudane przekonały się
      w codziennym zyciu pod wspólnym dachem. Nie odkryły by tego, gdyby
      wczesniej nie mieszkały z byłymi.

      Jeżeli chęć do ożenku faceta jest wielka przed zamieszkaniem a potem
      maleje, to może jednak nie jest to dobry facet? Czy po ślubie nie
      zmaleje jego chęć opiekowania się żoną?
      • annie_laurie_starr Re: Zamieszkać, choćby na wynajmowanym! 20.05.09, 17:18
        Bubster - poniekad masz racje z tym, ze mozna ukryc alkoholizm czy brak higieny
        osobistej, czy bulimie (zeby nie bylo zarzutow, ze tylko mezczyzn sie czepiamy),
        a nawet chorobe psychiczna i co tam jeszcze. Ale gdy mlodzi ludzie zamieszkuja
        razem nawet bez slubu to tez duzo wkladaja do zwiazku. I od niemyjacego sie
        alkoholika tez moze byc trudno odejsc nawet bez papierka. To nie jest tak, ze
        budzisz sie pewnego dnia i dochodzisz do wniosku, ze ten zwiazek nie ma sensu, a
        nie macie slubu, wiec pakujesz manatki. Nie pakujesz, bo najpier chcesz ratowac
        ten zwiazek i dajesz sobie i partnerowi i zwiazkowi kolejne szanse. W dodatku
        trudno odejsc bo wspolny podzial kasy tez przywiazuje ludzi. Jak licze na to,
        ze partner splaci polowe czynszu co miesiac to nie wyrzucam go tak od razu
        chocby czasem dlatego, ze nie skad wziac tej drugiej polowy czynszu.
        Zwiazek nieformalny to nie tylko gotowanie sobie potraw w identycznych
        fartuszkach, ale tez bardzo prozaiczne rzeczy jak kasa kasa kasa.
        • bubster Re: Zamieszkać, choćby na wynajmowanym! 20.05.09, 18:08
          Ależ ja to wiem. Żyłam w związku nieformalnym pod jednym dachem
          przez pięć lat, zanim wzieliśmy ślub.
          Dużo nam to dało - wiedzieliśmy, że naprawdę chcemy być ze sobą, że
          to nie tylko "grające hormony w młodym ciele".

          Natomiast DUŻO ŁATWIEJ odejść od kogoś, gdy się jest w związku
          nieformalnym. I nie tylko ze względu na stronę uczuciową, która może
          być tak samo trudna, ale chociażby ze względu na wspólny majątek. Bo
          zabieramy swoje manatki i idziemy z piaskownicy a nie musimy walczyć
          w sądzie o dom, samochód, prawo do opieki nad dziecmi itp.
          I dlatego według mnie trzeba się przetestować.

          Poza tym warto też się przetestowac jeżeli chce się mieć dzieci -
          lepiej umocnić się w przekonaniu, że to właściwa osoba i nie narażać
          dzieci na przechodzenie przez rozwód rodziców.
          • ligaturka Ciekawy cytat pani Henzel-Korzeniowskiej 21.05.09, 07:58
            "Małżeństwo ma wymiar symboliczny - mówi psychoterapeutka. - Jego rozpad ludzie
            przeżywają jako niepowodzenie, myślą - "nie udało mi się". W związku
            niesformalizowanym nie ma takiej sytuacji, bo łatwiej jest zracjonalizować tę
            porażkę - "w zasadzie to nie mieliśmy ślubu". Ludzie często nie zdają sobie
            sprawy, jak ważna jest formuła przysięgi, do momentu, w którym dochodzi do
            rozstania - uzasadnia Henzel-Korzeniowska."
    • julyana Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 21.05.09, 08:38
      Miałam juz się nie ywpowiadać w tym wątku, bo robi sie coraz
      bardziej kretyńsko, ale nie mogę. Odpowiadam na pytanie zawarte w
      jednym z postów - tak, jesteśmy w Iranie, kobieta ma za zadanie
      przekonać faceta żeby sie z nią hajtnął, bo to jej cel życiowy i
      jedyna gwarancja stabilnego związku i bycia traktowaną poważnie, a
      konkubinat to brak szacunku i dbałosci o własne interesy - bo jak
      wiadomo facet pobzyka i zostawi, a ona ani sukni ślubnej, ani
      alimentów. I jeszcze za darmo będzie gotować, sprzątać i dawać d... -
      bo jak wiadomo faceci rączek nie maja i jakby im sie nie ugotowało
      to by z głodu umarli, a kobiety seksu nie lubia i to z ich strony
      tylko takie poswięcenie żeby utrzymać faceta. Cóż, każdy jest
      traktowany tak jak sobie na to pozwala, jeśli ktoś ma "irański"
      światopogląd, to tak właśnie będzie traktowany i tak będzie
      traktował innych. Jesteście co poniektórzy nieźle zwichnięci, ale na
      szczęście to wy musicie mierzyc sie z tym w życiu, nie ja. Żegnam.
      • black_ops Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 21.05.09, 13:57
        To było pytanie retoryczne, wybacz ;-)

        julyana napisała:

        > Miałam juz się nie ywpowiadać w tym wątku, bo robi sie coraz
        > bardziej kretyńsko, ale nie mogę. Odpowiadam na pytanie zawarte w
        > jednym z postów - tak, jesteśmy w Iranie, kobieta ma za zadanie
        > przekonać faceta żeby sie z nią hajtnął, bo to jej cel życiowy i
        > jedyna gwarancja stabilnego związku i bycia traktowaną poważnie, a
        > konkubinat to brak szacunku i dbałosci o własne interesy - bo jak
        > wiadomo facet pobzyka i zostawi, a ona ani sukni ślubnej, ani
        > alimentów. I jeszcze za darmo będzie gotować, sprzątać i dawać d... -
        > bo jak wiadomo faceci rączek nie maja i jakby im sie nie ugotowało
        > to by z głodu umarli, a kobiety seksu nie lubia i to z ich strony
        > tylko takie poswięcenie żeby utrzymać faceta. Cóż, każdy jest
        > traktowany tak jak sobie na to pozwala, jeśli ktoś ma "irański"
        > światopogląd, to tak właśnie będzie traktowany i tak będzie
        > traktował innych. Jesteście co poniektórzy nieźle zwichnięci, ale na
        > szczęście to wy musicie mierzyc sie z tym w życiu, nie ja. Żegnam.
        • ligaturka I jeszcze przeciw konkubinatom... 22.05.09, 23:38
          "Niebezpieczne dla związków są nie tylko zbyt długo trwające konkubinaty, ale
          też kolejne związki tego rodzaju z innymi partnerami. - Jeśli ktoś co rok lub
          dwa lata zmienia partnera i żyje w tzw. nałogowym ciągu kohabitacyjnym, to po
          pięciu takich związkach jego zdolności do założenia rodziny i bycia
          odpowiedzialnym za dzieci zmniejszają się co najmniej o trzy czwarte - mówi
          "Wprost" prof. Serge Lesourd z Uniwersytetu Ludwika Pasteura w Strasburgu."

          No i w tym momencie ja sie z wami wszystkimi zegnam, dziekujac za ciekawa
          dyskusje. Dziekuje szczegolnie zagorzalym zwolennikom konkubinatu, ktorzy nie
          maja zadnych rzeczowych, naukowych argumentow, poza osobistymi przekonaniami,
          ktore zweryfikuje zycie. Widac blad genetyczny, jak cmy ktore leca do ognia ;-)
          • black_ops Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 23.05.09, 13:02
            Taak, naukowe potwierdzenia...

            ...i taak, Pani mądra, Pani już wie, a Pani nie wpadnie na to, że mogą być
            opinie z drugiej strony ZWERYFIKOWANE przez życie?

            ;-)

            Fajnie, gratuluję przeświadczenia o wyłączności na prawdę.

            ligaturka napisała:

            > "Niebezpieczne dla związków są nie tylko zbyt długo trwające konkubinaty, ale
            > też kolejne związki tego rodzaju z innymi partnerami. - Jeśli ktoś co rok lub
            > dwa lata zmienia partnera i żyje w tzw. nałogowym ciągu kohabitacyjnym, to po
            > pięciu takich związkach jego zdolności do założenia rodziny i bycia
            > odpowiedzialnym za dzieci zmniejszają się co najmniej o trzy czwarte - mówi
            > "Wprost" prof. Serge Lesourd z Uniwersytetu Ludwika Pasteura w Strasburgu."
            >
            > No i w tym momencie ja sie z wami wszystkimi zegnam, dziekujac za ciekawa
            > dyskusje. Dziekuje szczegolnie zagorzalym zwolennikom konkubinatu, ktorzy nie
            > maja zadnych rzeczowych, naukowych argumentow, poza osobistymi przekonaniami,
            > ktore zweryfikuje zycie. Widac blad genetyczny, jak cmy ktore leca do ognia ;-)
            • ligaturka Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 23.05.09, 16:27
              "Większość konkubinatów rozpada się w pierwszych dwóch latach - dowodzą badania
              Larry'ego Bumpassa i Jamesa Sweeta z University of Wisconsin. Tylko 10 proc.
              konkubinatów trwa dłużej niż 10 lat. Pary żyjące w konkubinacie tłumaczą często,
              że taki związek jest próbą generalną przed małżeństwem. Tymczasem z badań
              Elizabeth Thomson i Ugo Colelli (także z University of Wisconsin) wynika, że im
              dłużej trwa konkubinat kończący się małżeństwem, tym większe jest
              prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa. Konkubinat jest po prostu formą złego
              doboru partnerów, co ostatecznie prowadzi do rozpadu związku."


              Zweryfikowane przez zycie? Dobre sobie, co badaja twoim zdaniem naukowcy?
              Konkubinaty myszy? ;-)

              Nie chce mi sie dyskutowac z ludzmi, ktorzy WYZNAJA 'religie konkubonatu'.
              • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 23.05.09, 18:45
                ligaturka napisała:
                > Zweryfikowane przez zycie? Dobre sobie, co badaja twoim zdaniem naukowcy?
                > Konkubinaty myszy? ;-)

                Jeżeli za konkubinat przyjmiesz każdy niesformalizowany związek dwojga ludzi to owszem wyjdą zajebiste 'statystyki'. W podanym przez Ciebie artykule nie jest napisane czym dla 'badaczy' jest konkubinat a to chyba podstawa prowadzenia badań prawda? Idąc dalej autorzy tych 'badań' mówią o 'wolnych związkach' co jest bzdurą samą w sobie (jak bardzo wiarygodny jest matematyk mówiący o 'większej i mniejszej połowie'?) No i jeszcze proooooooooszę - podawanie jako przykładów celebrities????????? Ależ to NAUKOWY dowód!!

                > Nie chce mi sie dyskutowac z ludzmi, ktorzy WYZNAJA 'religie konkubonatu'.

                A mnie się nie chce dyskutować z wyznawczynią 'bycia żonką ciągnącą kasę męża za seks, pranie i gotowanie'.

                EOT
                • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 23.05.09, 19:27
                  Bonita, niepotrzebnie tak bardzo się unosisz.
                  to nie chodzi o to kto jest mądrzejszy,
                  tylko czyje poglądy są uzasadnione.
                  Ligaturka podaje neutralne (mam nadzieję)
                  informacje pochodzące z naukowych badań.
                  Moim zdaniem są one bardziej miarodajne niż
                  osobiste przekonania albo politycznie poprawne
                  uogólnienia. Smutne, że niewygodne wyniki
                  badań związanych np. z homoseksualistami
                  lub konkubinatem są uciszane. Statystyka
                  nie świadczy o pojedynczym człowieku,
                  ale pomaga oceniać sytuacje.

                  > Jeżeli za konkubinat przyjmiesz każdy niesformalizowany związek dwojga ludzi to
                  > owszem wyjdą zajebiste 'statystyki'.
                  Konkubinat to para niemałżeńska zamieszkała razem.

                  > bzdurą samą w sobie (jak bardzo wiarygodny jest matematyk mówiący o 'większej i
                  > mniejszej połowie'?)
                  Matematyk może nie bardzo, ale polonista miałby
                  coś do powiedzenia - połowy (niegdyś) mogły być
                  różne ale dwie, albo mogło ich być wiele ale
                  jednakowych.

                  > A mnie się nie chce dyskutować z wyznawczynią 'bycia żonką ciągnącą kasę męża z
                  > a seks, pranie i gotowanie'.
                  Widzisz, rzecz w tym że ta wyciągnięta za gotowanie
                  kasa męża wraca do niego w postaci... schabowego!
                  To jest właśnie zaleta wspólnoty majątkowej,
                  że żadne z dwojga nie traci swoich pieniędzy,
                  o ile dobrze określą wspólne cele oczywiście.
                  Jeśli żona jest maniaczką wydającą ostatni grosz
                  na znaczki, to mężowi współczuję.
                  • ligaturka Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 23.05.09, 21:32
                    Wlasnie, dokladnie o to mi chodzilo, aby otrzymac jakiekolwiek naukowe podstawy
                    ktore bylyby za konkubinatem.

                    Powtarzam, nie jestem religijna, i moje poparcie dla malzenstw nie ma nic
                    wspolnego z religia, i uleglo jedynie zmianie z powodu doswiadczen moich i
                    przyjaciol, a takze badan, ktore mialam okazje przeczytac, i ktore swego czasu
                    bardzo mnie zdziwily! Powiem tak, gdyby nie pewne racjonalne przeslanki, nigdy
                    bym nie 'wpadla na pomysl' wziecia slubu, i nigdy bym nie sadzila, ze
                    'papierek' ma jakakolwiek wartosc. Mam na uwadze dobro Pauliny, ktora juz w
                    mlodym wieku, wie, ze chce malzenstwa z tym czlowiekiem i pisze to, co
                    radzilabym moim przyjaciolkom 10 lat temu ;-)

                    Lubie opierac wiedze o swiecie nie tylko na wiedzy empirycznej wlasnej, ale tez
                    na badaniach przeprowadzanych ktorych celem jest opinsanie swiata. Jak ktos
                    kiedys powiedzial: bierzmy przyklad ludzi, ktorzy zbladzili, aby tych samych
                    bladow nie popelnic :-) Czego sobie, i wszystkim, zycze :-) Milej soboty :-)
                    • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 12:01
                      zresztą to jest jakieś gadanie nie na temat, co ma konkubinat - jako życie z
                      wyboru bez brania ślubu, do zamieszkania przed ślubem, gdy się go chce i jest on
                      planowany.
                      • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 12:11
                        kalam07 napisał:
                        > zresztą to jest jakieś gadanie nie na temat, co ma konkubinat - jako życie z
                        > wyboru bez brania ślubu, do zamieszkania przed ślubem, gdy się go chce
                        > i jest on planowany.

                        Tak jak napisałam - jak wrzucisz do wora wszystkie związki nieformalne (niezależnie od ich celu) to wyjdzie zajebista 'statystyka'.

                        Nie każdy związek dwojga ludzi (nawet mieszkających ze sobą) jest nastawiony na 'do końca życia'. Gdyby 'badacze' pokusili się o porównanie długotrwałych, poważnych związków do małżeństw zamiast porównywać jabłka do gruszek to może wyszłoby coś pożytecznego :)

                        > Bumpass i Sweet to znani amerykańscy konserwatyści.

                        Cóż za niespodzianka w kontekście ich 'odkryć' :D
                      • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 12:29
                        > zresztą to jest jakieś gadanie nie na temat, co ma konkubinat - jako życie z
                        > wyboru bez brania ślubu, do zamieszkania przed ślubem, gdy się go chce i jest o
                        > n
                        > planowany.

                        Wspólne zamieszkanie pary bez ślubu to jest konkubinat.
                        To nie są dwie uczennice wynajmujące stancję, tylko
                        kobieta i mężczyzna, z których co najmniej jedna osoba
                        jest zakochana.

                        Jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że ktoś
                        jest niezdolny do małżeństwa i dlatego mieszka
                        w konkubinacie. Może to być ukrywający się przestępca
                        (niekoniecznie kryminalny - choćby nielegalny imigrant),
                        albo osoba której sprawa rozwodowa długo się przeciąga.

                        Jeżeli ktoś mówi "kocham cię i chcę ślubu, ale dopiero
                        za parę lat, jeśli się sprawdzisz" to ja czuję jakiś
                        fałsz. Prawdopodobnie on/ona chce ślubu, ale nie z nią/nim.
                        I widzę w takim gadaniu nadzieję na spotkanie tej prawdziwej
                        miłości.
                        • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 12:40
                          gobi05 napisał:
                          > Wspólne zamieszkanie pary bez ślubu to jest konkubinat.
                          > To nie są dwie uczennice wynajmujące stancję, tylko
                          > kobieta i mężczyzna, z których co najmniej jedna osoba
                          > jest zakochana

                          Proszę podaj źródło tej 'definicji'. Słownik języka polskiego ma inną: "trwały związek mężczyzny i kobiety niepotwierdzony zawarciem związku małżeńskiego".
                          sjp.pwn.pl/lista.php?co=konkubinat
                          Nie ma w niej mowy o wspólnym zamieszkiwaniu ale o TRWAŁOŚCI związku :)


                          > Jeżeli ktoś mówi "kocham cię i chcę ślubu, ale dopiero
                          > za parę lat, jeśli się sprawdzisz" to ja czuję jakiś
                          > fałsz.

                          Z ja czuję ROZSĄDEK. Miłość nie wystarczy, żeby stworzyć udany związek. Gadanie, że 'miłość zwycięży wszystko' to gadka młodzieńczej naiwności :) Pakowanie się w nieznane 'na całe życie' to jest właśnie według mnie głupota. I właśnie dlatego później to 'na całe życie' kończy się rozwodem lub 'niesieniem własnego krzyża' :P
                          • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 13:42
                            > Nie ma w niej mowy o wspólnym zamieszkiwaniu ale o TRWAŁOŚCI związku :)
                            OK - masz rację.

                            > > fałsz.
                            > Z ja czuję ROZSĄDEK. Miłość nie wystarczy, żeby stworzyć udany związek. Gadanie
                            > , że 'miłość zwycięży wszystko' to gadka młodzieńczej naiwności :)

                            Nie jestem znawcą od udanych związków. Mam tylko jeden
                            udany związek, a nieraz nawet wątpliwości czy jest tak
                            całkiem udany.
                            Miłość zmienia się z czasem. Jeśli oczekujesz tych
                            samych uczuć za dziesięć lat, co w okresie narzeczeństwa,
                            to nie jest rozsądek.


                            > Pakowanie si
                            > ę w nieznane 'na całe życie' to jest właśnie według mnie głupota.

                            Jestem żonaty od kilkunastu lat, a moja żona wciąż jeszcze
                            mnie zaskakuje. W moim przypadku "poznawanie" narzeczonej
                            trwałoby dość długo.

                            > I właśnie dla
                            > tego później to 'na całe życie' kończy się rozwodem lub 'niesieniem własnego kr
                            > zyża' :P
                            Czy sugerujesz, że jeśli prawiczek ożeni się z dziewicą,
                            to _na_pewno_ się rozwiodą albo będą nosić "własne krzyże"?
                            Dla nich małżeńskie szczęście niedostępne?

                            Wystarczy trochę szczerości wobec drugiej osoby
                            i wobec samego siebie, żeby dowiedzieć się, czy
                            jesteśmy dobrymi kandydatami na małżonków.
                            Odwrotnie też, można oszukiwać drugą osobę
                            latami (na co są przykłady romansów "na boku")
                            i po ślubie dwa lata później zmienić się zupełnie.
                            • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 13:59
                              gobi05 napisał:
                              > Miłość zmienia się z czasem. Jeśli oczekujesz tych
                              > samych uczuć za dziesięć lat, co w okresie narzeczeństwa,
                              > to nie jest rozsądek.

                              Chyba nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Napisałam, że miłość nie wystarczy to
                              stworzenia udanego związku. A Ty... dalej o miłości :)

                              > Wystarczy trochę szczerości wobec drugiej osoby
                              > i wobec samego siebie, żeby dowiedzieć się, czy
                              > jesteśmy dobrymi kandydatami na małżonków.

                              BZDURA :) Nawet z najlepszymi intencjami nie jesteśmy w stanie stwierdzić jacy
                              jesteśmy naprawdę i co nam odpowiada. Nie wiemy jak zachowamy się w danej
                              sytuacji, to czyste teoretyzowanie.

                              Przykład - on i ona nie mieszkają ze sobą przed ślubem. Snują plany jak to
                              będzie po. 'Dogadują się' teoretycznie. A po ślubie? Okazuje się, że to co sobie
                              wymyślili nie zdaje egzaminu. Że to co teoretycznie miało im odpowiadać zupełnie
                              się nie sprawdza. Teoria i praktyka to zupełnie różne rzeczy.

                              Jasnym jest, że nie sprawdzisz WSZYSTKIEGO i że ludzie się zmieniają. Ale masz
                              przynajmniej szansę wykluczyć przypadki ewidentnie niepasujące lub przekonać
                              się, że do siebie pasujecie. Nie mieszkając razem po prostu kupujesz kota w worku.

                              > Nie jestem znawcą od udanych związków.

                              A ja miałam okazję oglądać z bliska wiele nieudanych :) I jedno je łączyło.
                              Wiara, że 'miłość zwycięży wszystko'. Nie zwyciężyła. Życie ich przerosło :)
                              Wiara, że 'przysięga małżeńska' pozwoli przetrwać im burze. O naiwności...
                              • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:11
                                > Jasnym jest, że nie sprawdzisz WSZYSTKIEGO i że ludzie się zmieniają. Ale masz
                                > przynajmniej szansę wykluczyć przypadki ewidentnie niepasujące lub przekonać
                                > się, że do siebie pasujecie. Nie mieszkając razem po prostu kupujesz kota w wor
                                > ku.

                                A może dałoby się wykluczyć na etapie małżeństwa,
                                nie konkubinatu?
                                Jeśli ktoś jest w stanie oszukiwać narzeczonego
                                w narzeczeństwie, to będzie mógł i w konkubinacie.

                                A ten kot wciąż się zmienia. Nie musisz mieszkać
                                z narzeczoną dwadzieścia lat - wystarczy popatrzeć
                                na przyszłą teściową i już wiesz, w którą stronę
                                pójdą zmiany.
                                • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:16
                                  gobi05 napisał:
                                  > A może dałoby się wykluczyć na etapie małżeństwa,
                                  > nie konkubinatu?

                                  A po co? Od tego jest mieszkanie razem przed ślubem NIE KONKUBINAT - jeszcze raz
                                  odsyłam do DEFINICJI:
                                  sjp.pwn.pl/lista.php?co=konkubinat

                                  > Jeśli ktoś jest w stanie oszukiwać narzeczonego
                                  > w narzeczeństwie, to będzie mógł i w konkubinacie.

                                  Nie chodzi o oszukiwanie tylko poznanie wzajemnie siebie na płaszczyznach,
                                  których nie da się określić ZANIM razem się nie zamieszka. Dopóki nie znajdziesz
                                  się razem w sytuacjach codziennych NIE WIESZ jak się będziesz zachowywał. Pewne
                                  rzeczy wychodzą 'w praniu' i mogą się okazać na tyle istotne, że dalsze
                                  kontynuowanie związku nie będzie miało sensu.
                                  • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 27.05.09, 01:22
                                    > A po co? Od tego jest mieszkanie razem przed ślubem NIE KONKUBINAT - jeszcze ra
                                    > z
                                    > odsyłam do DEFINICJI:
                                    «trwały związek mężczyzny i kobiety niepotwierdzony zawarciem związku małżeńskiego»

                                    Jeszcze raz: jest dwoje ludzi którzy zamieszkali razem.
                                    Jedno z nich mówi, że się kochają i za parę lat
                                    zostaną małżeństwem. Ja bym powiedział, że jest to związek
                                    TRWAŁY (bo planowany na lata) - a więc konkubinat.
                                    Chyba, że traktujesz fakt zamieszkania razem jako
                                    dowód NIETRWAŁOŚCI ich związku, to wtedy nie są
                                    konkubinatem. W takim razie jednak, czemu podkreślasz,
                                    że to "przed ślubem" (który to ma być kiedyś, w bliżej
                                    nieokreślonej przyszłości)?

                                    > Nie chodzi o oszukiwanie tylko poznanie wzajemnie siebie na płaszczyznach,
                                    > których nie da się określić ZANIM razem się nie zamieszka. Dopóki nie znajdzies
                                    > z
                                    > się razem w sytuacjach codziennych NIE WIESZ jak się będziesz zachowywał. Pewne
                                    > rzeczy wychodzą 'w praniu' i mogą się okazać na tyle istotne, że dalsze
                                    > kontynuowanie związku nie będzie miało sensu.
                                    Jakie konkretnie płaszczyzny masz na myśli?
                                    Które rzeczy? Może przy związku z obcokrajowcem
                                    dałoby się coś takiego znaleźć, ale dwoje Polaków,
                                    to chyba jest w stanie się dogadać w sprawie
                                    wątpliwości.
                                    Człowiek to nie program komputerowy, małżonkowie
                                    wpływają wzajemnie na swoje zachowania.
                                    No i jeszcze jeden drobiazg: jeżeli nie ustalasz
                                    procedur testowych, to te sytuacje mogą
                                    nie pojawić się nawet przez kilka lat.
                                    Powiem więcej - nawet po ślubie mogą być inne
                                    reakcje współmałżonków na takie same problemy.

                                    Jak chcesz sprawdzić przed ślubem, czy ewentualny
                                    mąż będzie wstawać w nocy do dziecka? Oczywiście
                                    rodząc dziecko w konkubinacie! To jest chore.

                                    A tak w ogóle, to nie chciałbym mieć świadomości,
                                    że jestem testowany, ktoś mi zlicza punkty
                                    i ocenia za to i za tamto...
                                • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:28
                                  gobi05 napisał:

                                  > > Jasnym jest, że nie sprawdzisz WSZYSTKIEGO i że ludzie się zmieniają. Ale
                                  > masz
                                  > > przynajmniej szansę wykluczyć przypadki ewidentnie niepasujące lub przeko
                                  > nać
                                  > > się, że do siebie pasujecie. Nie mieszkając razem po prostu kupujesz kota
                                  > w wor
                                  > > ku.
                                  >
                                  > A może dałoby się wykluczyć na etapie małżeństwa,
                                  > nie konkubinatu?
                                  > Jeśli ktoś jest w stanie oszukiwać narzeczonego
                                  > w narzeczeństwie, to będzie mógł i w konkubinacie.
                                  >

                                  To zajrzyj sobie na forum młodziutkie mężatki, zdziwisz się.
                          • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 27.05.09, 00:57
                            Nie, nie masz racji.

                            mujer_bonita napisała:
                            > gobi05 napisał:
                            > > Wspólne zamieszkanie pary bez ślubu to jest konkubinat.
                            > Proszę podaj źródło tej 'definicji'. Słownik języka polskiego ma inną: "trwały
                            > związek mężczyzny i kobiety niepotwierdzony zawarciem związku małżeńskiego".
                            > sjp.pwn.pl/lista.php?co=konkubinat
                            > Nie ma w niej mowy o wspólnym zamieszkiwaniu ale o TRWAŁOŚCI związku :)

                            Wspólne zamieszkanie osób deklarujących chęć zawarcia
                            małżeństwa kiedyś w przyszłości NIE oznacza, że nie są
                            w konkubinacie. Jeszcze raz: to co ja określiłem jako
                            konkubinat polegający na wspólnym zamieszkaniu
                            "narzeczonych" JEST KONKUBINATEM, bo spełnia warunki
                            definicji podanej przez ciebie. Moja "definicja"
                            (nie upieram się przy niej) jest węższa, niż twoja.

                            > > Jeżeli ktoś mówi "kocham cię i chcę ślubu, ale dopiero
                            > > za parę lat, jeśli się sprawdzisz"
                            to jest właśnie konkubinat - związek bardzo niemałżeński.

                            > gadka młodzieńczej naiwności :) Pakowanie si
                            > ę w nieznane 'na całe życie' to jest właśnie według mnie głupota.
                            Praktycznie wszystko w przyszłości jest nieznane.
                            Nie wiesz, czy będziesz mieć pracę za rok,
                            a jednak bierzesz mieszkanie na kredyt.
                            Życie w ogóle jest niebezpieczne.
                        • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 12:43
                          gobi

                          a co jeżeli dwoje ludzi (para) po pewnym czasie zamieszkuje razem, nie chce się
                          sprawdzać, bo już się sprawdzili, ślub planują na np. na za 1.5 roku, oboje tego
                          chcą, są zdecydowani itd.

                          wrzucisz ich do jednego wora z parami, które zamieszkując ze sobą zakładają
                          życie bez ślubu w konkubinacie ? i z weekendowymi fuck-konkubinatami ?
                          • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 13:57
                            > już się sprawdzili, ślub planują na np. na za 1.5 roku, oboje teg
                            > o
                            > chcą, są zdecydowani itd.
                            >
                            > wrzucisz ich do jednego wora z parami, które zamieszkując ze sobą zakładają
                            > życie bez ślubu w konkubinacie ? i z weekendowymi fuck-konkubinatami ?
                            Romans żonatego z mężatką na wczasach lub w uzdrowisku
                            ma więcej uczciwości niż takie niby-małżeństwo.
                            Fascynacja, uprzejmości, seks i świadomość,
                            że to tylko na czas turnusu - to cały ten związek.

                            Para, która nie ma przeszkód przed zawarciem małżeństwa
                            i zamiast się pobrać zamieszkuje razem na próbę,
                            NIE MA PODSTAW BY MÓWIĆ ŻE SĄ ZDECYDOWANI.
                            Oni nie są zdecydowani. Są nieufni, oczekują potknięcia
                            partnera, żeby go porzucić. Odwlekają termin ślubu,
                            bo przecież papierek do niczego niepotrzebny i czekają
                            dwa lata, pięć i dłużej. W końcu doczekują się, rozstają
                            i szukają następnego związku bez zobowiązań.
                            W takim razie co tu planować ślub? To tylko oszukiwanie
                            siebie.

                            > a co jeżeli dwoje ludzi (para) po pewnym czasie zamieszkuje razem, nie chce się
                            > sprawdzać, bo już się sprawdzili, ślub planują na np. na za 1.5 roku, oboje teg

                            Chcesz planować naprawdę? Idź do proboszcza, niech ogłosi
                            zapowiedzi - wtedy rzeczywiście planujesz.
                            Jeśli planowanie sprowadza się do gadania, na zasadzie
                            "kiedy wygramy w totolotka to popłyniemy na Madagaskar",
                            to tylko oszukiwanie się.
                            • mujer_bonita Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:02
                              gobi05 napisał:
                              > Romans żonatego z mężatką na wczasach lub w uzdrowisku
                              > ma więcej uczciwości niż takie niby-małżeństwo.
                              > Fascynacja, uprzejmości, seks i świadomość,
                              > że to tylko na czas turnusu - to cały ten związek.

                              No to mamy odpowiedź :) Jak widać dla zwolenników małżeństwa liczy się tylko
                              papierek potwierdzający prawa majątkowe a nie prawdziwe uczucia między ludźmi.
                              Co z tego, że bzyka na boku. Lepszy zdradzający, oszukujący mąż/żona niż
                              konkubent :)

                              Myślę, że to kończy dyskusję ze zwolennikami małżeństwa :)
                              • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:20
                                mujer_bonita napisała:

                                > gobi05 napisał:
                                > > Romans żonatego z mężatką na wczasach lub w uzdrowisku
                                > > ma więcej uczciwości niż takie niby-małżeństwo.
                                > > Fascynacja, uprzejmości, seks i świadomość,
                                > > że to tylko na czas turnusu - to cały ten związek.
                                >
                                > No to mamy odpowiedź :) Jak widać dla zwolenników małżeństwa liczy się tylko
                                > papierek potwierdzający prawa majątkowe a nie prawdziwe uczucia między ludźmi.
                                > Co z tego, że bzyka na boku. Lepszy zdradzający, oszukujący mąż/żona niż
                                > konkubent :)
                                >
                                > Myślę, że to kończy dyskusję ze zwolennikami małżeństwa :)
                                >

                                Ja chyba też pogratuluje gobiemu dobrego samopoczucie

                                i pozdrawiam jego żonę, pewnie jest dumna z nowoczesnych poglądów na małżeństwo
                                swojego męża ;).
                              • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 27.05.09, 01:51
                                > gobi05 napisał:
                                > > Romans (...)
                                > > ma więcej uczciwości niż takie niby-małżeństwo.
                                > > (...) seks i świadomość,
                                > > że to tylko na czas turnusu - to cały ten związek.
                                >
                                > No to mamy odpowiedź :) Jak widać dla zwolenników małżeństwa liczy się tylko
                                > papierek potwierdzający prawa majątkowe a nie prawdziwe uczucia między ludźmi.
                                > Co z tego, że bzyka na boku. Lepszy zdradzający, oszukujący mąż/żona niż
                                > konkubent :)

                                Nie oceniałem ludzi tylko sytuację.
                                Zdradzający mąż nie jest lepszy od mężczyzny
                                testującego przez kilkanaście miesięcy, czy
                                konkubina nada mu się na żonę.
                                Jednak romans, który jest relacją dwojga ludzi
                                (a nie dwóch małżeństw), w którym wszystko jest
                                jasne (włącznie z datą rozstania) jest IMHO
                                uczciwszy niż trwanie latami w zawieszeniu
                                nazywanym konkubinatem.

                                Ktoś kto pisze, że nie ma pięćset złotych
                                na ślub i dlatego musi żyć na kocią łapę,
                                wydaje mi się niepoważny. Uważam że ma
                                inne powody.
                            • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:12
                              gobi05 napisał:

                              > > już się sprawdzili, ślub planują na np. na za 1.5 roku, oboje teg
                              > > o
                              > > chcą, są zdecydowani itd.
                              > >
                              > > wrzucisz ich do jednego wora z parami, które zamieszkując ze sobą zakłada
                              > ją
                              > > życie bez ślubu w konkubinacie ? i z weekendowymi fuck-konkubinatami ?
                              > Romans żonatego z mężatką na wczasach lub w uzdrowisku
                              > ma więcej uczciwości niż takie niby-małżeństwo.
                              > Fascynacja, uprzejmości, seks i świadomość,
                              > że to tylko na czas turnusu - to cały ten związek.
                              >
                              > Para, która nie ma przeszkód przed zawarciem małżeństwa
                              > i zamiast się pobrać zamieszkuje razem na próbę,
                              > NIE MA PODSTAW BY MÓWIĆ ŻE SĄ ZDECYDOWANI.
                              > Oni nie są zdecydowani. Są nieufni, oczekują potknięcia
                              > partnera, żeby go porzucić. Odwlekają termin ślubu,
                              > bo przecież papierek do niczego niepotrzebny i czekają
                              > dwa lata, pięć i dłużej. W końcu doczekują się, rozstają
                              > i szukają następnego związku bez zobowiązań.
                              > W takim razie co tu planować ślub? To tylko oszukiwanie
                              > siebie.

                              a gdzie ja napisałem że nie ma przeszkód (jak domyślam się sprowadzasz je do
                              przeszkód kościelnych) ? a np. żałoba ?

                              zresztą widzę, że dla ciebie ślub = błogosławieństwo proboszcza, czyli rozumiem
                              że cywilne śluby są dla Ciebie też konkubinatami

                              zresztą czuje przez skórę, że gdybyś miał okazje to sam byś przed ślubem
                              przetestował (tak właśnie) swoją 'żonę', sam piszesz że nie do końca gra u
                              Ciebie, takie wojowanie na forum i imputowanie że pomieszkanie przez pól roku
                              przed ślubem to pierwszy krok do katastrofy i koniec świata, jest jak tłumienie
                              świadome lub mniej własnych , ukrytych pragnień/poglądów
                              • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 14:18
                                gobi
                                acha no i odpowiedz mi na pytanie bo nie raczyłeś.

                                wrzucasz do jednego wora ludzi mieszkających przed ślubem (zaproszeni goście,
                                ustalona data, zapowiedzi itd. co wdg Ciebie trzeba ;]) z niezamierzająceymi się
                                pobrać parami ? i układami fuck-friend ?

                                uważasz się za uczciwszego człowieka zdradzając żonę na lewo i prawo, na tzw.
                                turnusach ode mnie , mieszkającego z przyszłą żoną pod jednym dachem przed ślubem ?
                                • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 27.05.09, 02:06
                                  > wrzucasz do jednego wora ludzi mieszkających przed ślubem (zaproszeni goście,
                                  > ustalona data, zapowiedzi itd. co wdg Ciebie trzeba ;]) z niezamierzająceymi si
                                  > ę
                                  > pobrać parami ? i układami fuck-friend ?

                                  Wszystko to są konkubinaty, o ile dobrze rozumiem.
                                  Ja ich nie wrzucam - sami się tam umieścili.

                                  Ciekaw jestem, czy naprawdę zaprosiłeś gości
                                  na ślub z osiemnastomiesięcznym wyprzedzeniem.

                                  Nie zdradzam żony.

                                  Nie masz pewności, że ta osoba zostanie twoją żoną.
                                  Jeszcze w momencie przysięgi może się rozmyślić
                                  i powiedzieć "nie". Może też zdarzyć się wypadek
                                  i zostanie wdową po niedoszłym mężu. Jeśli akurat
                                  będzie w ciąży, to dziecko nie dostanie żadnej
                                  renty po tobie. Możliwe, że za rok dopatrzysz się
                                  u niej jakiejś wady, np. niezgodności charakterów
                                  i do ślubu nie dojdzie. Właściwie, to po to
                                  razem zamieszkaliście, żeby ocenić potencjalną
                                  żonę/potencjalnego męża, czy dobrze się spisuje.
                                  Jak nie, to ślubu nie będzie.
                              • gobi05 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 27.05.09, 02:29
                                > > dwa lata, pięć i dłużej. W końcu doczekują się, rozstają
                                > > i szukają następnego związku bez zobowiązań.
                                > > W takim razie co tu planować ślub? To tylko oszukiwanie
                                > > siebie.
                                >
                                > a gdzie ja napisałem że nie ma przeszkód (jak domyślam się sprowadzasz je do
                                > przeszkód kościelnych) ? a np. żałoba ?

                                To ja pisałem, że nie ma przeszkód. Ale jeśli są
                                te przeszkody, to one nie powodują KONIECZNOŚCI
                                zamieszkania razem. Można powstrzymać się nawet
                                kilka miesięcy.

                                > że cywilne śluby są dla Ciebie też konkubinatami
                                Jakoś się nad tym nie zastanawiałem.
                                Ślub to jest w kościele, w USC masz kontrakt
                                małżeński. Nigdy nie spotkałem się z przypadkiem
                                rozwiązania ślubu kościelnego, natomiast rozwody
                                cywilne, to i owszem.
                                Z rozwodami tak jest, że co najmniej jedna strona musiała
                                być winna. To oznacza, że biorąc sobie za żonę rozwódkę
                                masz 50% szans na towar niepełnowartościowy. Związek
                                z panną ma większe szanse powodzenia, o ile nie jest
                                to panna "przechodzona" w konkubinatach.

                                > Ciebie, takie wojowanie na forum
                                Wojuję przede wszystkim o prawdę i uczciwość.
                                Jak ktoś pisze, że konkubinat to to samo co narzeczeństwo,
                                to kłamie. Jak ktoś pisze, że w małżeństwie jest tak samo
                                jak w konkubinacie, to kłamie. Jak ktoś pisze, że ślub to
                                to samo co małżeństwo, to daje świadectwo własnej
                                bezmyślności. Pomysł kilkuletniego testowania narzeczonej,
                                czy nada się na żonę, jest moim zdaniem niemoralny oraz
                                nieskuteczny. Uważam, że celem jest tylko seks za darmo,
                                ewentualnie jeszcze obniżenie kosztów utrzymania.
              • kalam07 Re: I jeszcze przeciw konkubinatom... 26.05.09, 11:58
                ligaturka napisała:

                > "Większość konkubinatów rozpada się w pierwszych dwóch latach - dowodzą badania
                > Larry'ego Bumpassa i Jamesa Sweeta z University of Wisconsin. Tylko 10 proc.
                > konkubinatów trwa dłużej niż 10 lat. Pary żyjące w konkubinacie tłumaczą często
                > ,
                > że taki związek jest próbą generalną przed małżeństwem. Tymczasem z badań
                > Elizabeth Thomson i Ugo Colelli (także z University of Wisconsin) wynika, że im
                > dłużej trwa konkubinat kończący się małżeństwem, tym większe jest
                > prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa. Konkubinat jest po prostu formą złego
                > doboru partnerów, co ostatecznie prowadzi do rozpadu związku."
                >

                amerykańscy naukowcy udowodnili też oczywiście naukowo, że na czkawkę najlepszy
                jest masaż odbytu.

                podaj proszę kiedy te badania przeprowadzono, na jakiej próbie i jaką
                metodologie zastosowano moja droga, bo dla mnie to zwykłe pitu pitu
                Bumpass i Sweet to znani amerykańscy konserwatyści.
    • komama0 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 26.05.09, 15:53
      Za i jeszcze raz za. Ja jestem ze swoim ukochanym już 10 lat razem i w przyszłym
      roku weźmiemy ślub (Nie wiem jeszcze czy będzie to ślub cywilny czy kościelny i
      kogo zaprosimy - spontanicznie zdecydowaliśmy się na ten krok). Mieszkamy ze
      sobą od 3 lat u MOICH rodziców i jest nam ze sobą naprawdę wspaniale. Przez te 3
      lata poznałam go lepiej niż podczas kilkugodzinnych randek w tygodniu i weekend.
      Razem remontowaliśmy i urządzaliśmy część domu w której teraz mieszkamy, razem
      wykonujemy większość codziennych domowych obowiązków i podejmujemy wspólne
      decyzje o inwestowaniu - to bardziej scala i buduje związek niż 1,5 roku
      "wizytacji" narzeczeńskich. A rodzice zaakceptowali moją decyzję nie bez oporów
      ( nie obyło się bez "co ludzie ,babcia, dziadek itp powiedzą..."). Ja postawiłam
      sprawę jasno - albo zamieszkamy z nimi albo gdzie indziej byle by tylko być
      razem. A dla rodziców będzie nawet lepiej gdy opłaty za utrzymanie domu oraz
      inne domowe obowiązki rozłoży się na więcej osób ;-p ... Rodzice wykazali się
      daleko idącym rozsądkiem i dobro dziecka okazało się dla nich najważniejsze.
      Teraz wszyscy mieszkamy sobie razem szczęśliwie :-)
    • vitaminka198555 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 29.05.09, 13:48
      Hej,
      nie ciekawa sprawa, a jak wiadomo im bardziej będziesz naciskać tym bardziej
      mama będzie mówiła nie.
      Może daj mamie do poczytania ten artykuł, miejmy nadzieje, że złagodnieje.
      Pozdrawiam
      www.iwoman.pl/na-serio/ludzie/o;knotz;seks;jest;darem;tylko;dla;malzenstw,43,0,449323.html
    • vitaminka198555 Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 29.05.09, 13:54
      Hej,
      sytuacja nie ciekawa, ale nie jesteś samotna z tym problemem.
      Polecam, abyś podsunęła mamie do poczytania fajny artykuł, rozmowa z super
      księdzem na temat seksu.
      Pozdrawiam
      www.iwoman.pl/na-serio/ludzie/o;knotz;seks;jest;darem;tylko;dla;malzenstw,43,0,449323.html
    • pasiol2 [...] 29.05.09, 19:26
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • annielenox Re: Mieszkać razem przed ślubem?? za i przeciw... 17.06.09, 11:19
      mieszkam ze swoim facetem od półtora roku, a jesteśmy ze sobą od
      2,5roku. wspólne zamieszkanie było moim pomysłem (on się zgodził bez
      problemu). powiem krótko-WARTO. będzie więcej sytuacji, w których
      będziecie mogli się sprawdzić. przekonasz się, czy to ten właściwy i
      zobaczysz, jak może wyglądać wasze prawdziwe wspólne życie (dojdą
      nieznane dotąd problemy życia codziennego). a rodzice-no cóż, mają
      swoje zdanie i obawy, ale tu chodzi o Ciebie i Twojego faceta, więc
      powinni to uszanować. rozumiem, że chcieliście zaoszczędzić, ale
      opcja z rodzicami jest słaba-nikt z Was nie będzie czuł się
      komfortowo, zarówno na codzień jak i w kwestiach spontanicznej
      miłości. trzymam kciuki i powodzenia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka