dolores2222
24.11.18, 13:19
Myślę o tym wszystkim, o czym ostatnio rozmawialiśmy. Młoda u ojca i czasu więcej.
To i refleksja przyszła nad samą sobą...
A mianowicie, jeśli nie miłość, nie wiara, to co mnie trzyma przy życiu?
Mnie konkretnie miłość do Młodej oraz poczucie odpowiedzialności za nią i za naszą sunię.
Coraz częściej zastanawiam się nad sensem życia.
Czego nie robiłam, kiedy czułam się kochana.
Mało tego, nawet nie przyszło mi do głowy, żeby poddawać w wątpliwość sens życia.
Czyli jednak miłość aż tak wiele zmienia?
Czy to, że czujemy się kochani bardziej nas otwiera czy zamyka na życie?
Czy samotność to dla mnie aż tak nienaturalny stan?
Czy to w ogóle jest dla kogoś stan, który lubi?
Czy może ja jestem takim dziwolągiem i mimo, że nie wierzę już w miłość, to nie umiem w sobie znaleźć zgody na taki stan? I to jest taki rozdźwięk w mojej duszy, że nie rozumiem sama siebie?
Czy ktoś w ogóle mnie rozumie?
Pytań w cholerę. Czy padnie choć jedna odpowiedź?