po-ranna-kawa
08.02.21, 13:55
Do tego wątku sprowokował mnie post z innego wątku. Jaki jest optymalny model "gospodarki finansowej" w związku?
ga77-77 napisał:
> w małżeństwie ciągła presja, wielkie oczekiwania (zwłaszcza finansowe) i człowiek normalnie nie wie co zrobić, bo z jednej strony chodzi po głowie nieraz pomysł by coś niezapowiedzianego zrobić czy kupić, ale z drugiej od razu jest obawa przed akcją w stylu "oooo, jak widzę masz nadmiar kasy jeśli tak nią szastasz; w tej sytuacji dawaj mi więcej!"
Pomyślałam: Jezu, a co to za układ z tą kasą? "Dawaj mi więcej"? To w małżeństwie czy innym związku, w którym ludzie mieszkają i żyją razem, jedno drugiemu płaci lub wydziela jakieś datki? Dziwne i straszne.
Ja w swoim życiu byłam w kliku poważnych związkach - właśnie takich, że decydujemy się na tzw. wspólne gospodarstwo. Zawsze obowiązywał jeden z dwóch modeli zarządzania pieniędzmi:
Model 1. W uproszczeniu: Jest w rodzinie kilka kont, ale są one traktowane jako jeden wspólny "worek", do którego wpływają wszystkie przychody - każde z partnerów ma dostęp, kartę i wydaje według swojego uznania i wspólnych potrzeb. Oczywiście większe wydatki rzędu kilka i więcej tysięcy są uzgadniane. Każde wie, na co nas stać, na jakim mniej więcej poziomie możemy żyć i stara się to uwzględniać. Gdy jest sytuacja pt. teraz staramy się oszczędzać, bo np. trzeba kupić nowy samochód czy wyremontować dom - to się do tego dostosowuje. Każde ma poczucie, że działa na rzecz wspólnego dobra.
Model 2. Każde miało swoją kasę, ale decydując się na wspólne życie ustalamy zasady finansowe. To znaczy zakładamy wspólne konto, ustalamy, jakie mamy wydatki na to wspólne życie - rachunki stałe, mieszkanie, jedzenie, wydatki na dzieci (jeśli są), wspólne rozrywki itp. Każde miało kartę do tego konta i płaciło pieniędzmi z tego konta robiąc wydatki należące do kategorii "wspólne". Ustalone z grubsza było, kto ile wpłaca na te wspólne wydatki i za co mniej więcej płacimy z tego worka, a na co się zrzucamy dodatkowo. Poza tym wspólnym "workiem" rodzinnym każde miało "swoje" pieniądze, za które kupowało np. ciuchy, kosmetyki, realizowało własne zainteresowania, samodzielny wyjazd, piwo z koleżankami czy kolegami, prezent dla partnerki/partnera itp. Oczywiście ten podział na wydatki wspólne i osobiste był trochę umowny i traktowany jako pewne ogólne ramy, bo przecież robiąc "swoją" gotówką zakupy na bazarku za 100 zł nie odliczałam sobie później tej stówy i nie "odbierałam" ze wspólnej kasy. Jak jechałam samochodem na spotkanie z daleko mieszkającą koleżanką, to nie "oddawałam" później do wspólne kasy za paliwo itp. To znaczy - umowa finansowa wyznaczała pewne ogólne ramy postępowania.
Oba warianty mają swoje plusy i minusy. Ale trudno mi sobie wyobrazić układ, że mąż "daje" żonie po tzw. uważaniu - jak ma dobry humor to więcej, a jak zły to mniej, a ona od niego jakimiś sposobami wyłudza pieniądze. W ogóle nie wyobrażam sobie związku, gdzie są jakieś niesnaski o pieniądze. Jak się decydujemy na wspólne życie, to się decydujemy, a nie jedna strona płaci drugiej.
Oczywiście inne zasady są w tzw. związku luźnym - czyli takim, w którym nie prowadzi się wspólnego gospodarstwa, nie mieszka się na stałe razem. Wtedy każde ma swoje zupełnie oddzielne pieniądze.