tawnyroberts
03.10.07, 13:55
Relacje mieszkańców Krasiczyna spisane z taśm magnetofonowych
Opowiada p. Paweł Dańko, urodzony 22.05.1917 roku w Mielnowie w
rodzinie mieszanej, jego żona Paulina z domu Szuban, urodzona
22.06.1919 roku w Chołowicach oraz ich synowa Maria Hreczanik,
urodzona 22.05.1947 w Krzeczkowej (zapis magnetofonowy – ks. St.
Bartmiński, podobnie transkrypcja 2.04.2000 r.).
Moje pytanie: P. Fenczak pisze, że ks. Lasek zaczął odprawiać msze
św. w cerkwi w Brylińcach.
P. Paweł: Ks. Lasek pierwszą cerkiew na naszym terenie przejął w
Mielnowie. Przyjechał tu do nas do Mielnowa i pytał czy nie było
przelania krwi w kościele. Ja gadał, że w ogóle nie było. Było
strzelane w obraz, ale krew się tu nie lała. Wtedy on gada: „To ja
tu będę do was przyjeżdżał.” Bo my się bardzo dobrze z księdzem
Laskiem znali. On ojca mego znał, on ojca chował. Mówi: „Ja tu będę
Dańko, do was przyjeżdżał.” Ani w Brylińcach, ani w Olszanach, ale
pierwsza była msza św. u nas w Mielnowie. To było co drugą, co
trzecią niedzielę (w tle głos Pauliny – „Raz na miesiąc.”). Dopiero
za jakiś czas otworzyły się nabożeństwa w Olszanach, a po Olszanach,
Brylińce. Ks. Lasek („Laska” jak zawsze mówią ludzie) tędy
przechodził (na majątek do Reczpola), my się dobrze znali, on przed
śmiercią jeździł do ojca, spowiadał go i z tego powodu pierwsze
otworzył w Mielnowie. My go prosili, bo nam było strasznie daleko
chodzić na nogach do Krasiczyna. Odprawiał po łacinie. Ludzie nie
umieli, gadam ksiądz zawsze za porządkiem było „Amen”, bo nikt nic
nie wiedział.
Z kim ks. Lasek utrzymywał kontakty. Z Polakami czy Ukraińcami?
Wszystko równo było u niego. Tam nie było żadnej różnicy, czy to był
Polak czy Ukrainiec. Wszystkich nas szanował i wszystko było
jednakowo.
A jak wydawał metryki fałszywe, to czy po to, by przeciągnąć do
Kościoła Polskiego?
Nie. Dawał, by ludzie nie wyjeżdżali na Ukrainę, ale zostawali
ludzie na miejscu, bo też im zależało. Prosiło się, żeby czym
najwięcej zostawali na miejscu, ale nie dało się, bo wpadło wojsko i
za łeb, za pysk, wyganiało. Nie było ratunku, tylko zabieraj się i
już.
Mówi Paulina Dańko:
Jak ja chodziła do Krzywczy (Chołowice do 1990 r. należały do
parafii Krzywcza) do kościoła, to tam tak było: ruski ksiądz i
polski ksiądz jak przyszło Boże Ciało, procesja szła z kościoła i z
cerkwi na połowę drogi, złączyli się i szli razem. Przed wojną, za
tamtej Polski, nie za tej. Polski ksiądz miał siostrę u ruskiego
księdza za żonę, to byli szwagrowie, oni się strasznie lubili.
Przyszła jakaś misja, czy jakaś rekolekcja, to ksiądz Władysław
Solecki, on mnie chrzcił, zapraszał księdza ruskiego. Ja i moja
siostra Helka poszli my spowiadać się do niego. Ona myślała, że nie
będzie umiał po polsku. Ta wszystko umiał, pytał się wszystkie
dziesięć boskich przykazań, a jeszcze może to – spowiadał po polsku
i rozgrzeszenie po polsku dawał.
Ja księdza Małyniaka pamiętam (oczywista pomyłka, nie chodzi o ks.
Małyniaka), bo jak była wojna to ja chodziłam na mszę św. dawać i on
odprawiał, bo tam był ołtarz i …
A dlaczegoście tam akurat dawali?
Bo księdza nie było w Krasiczynie, gdzie miałam pójść?
Paweł uzupełnia na moje podprowadzające pytanie, bo wpierw, bez
nagrania, Paulina wspominała, że szła do obrazu:
Dlatego, że tam był obraz cudowny. Mama moja skierowała ją, bo tam
był obraz. Proszę księdza, jak ta się cerkiew paliła, jak podpalili,
wszystkie ludzie wylatywali, bo słup był do samego nieba czerwony,
wszystko się spaliło, a obraz został. Wszyscy krzyczeli, że to był
cud. Ten obraz był strasznie uwielbiony, nasze z Mielnowa, dużo
ludzi chodziło do Śliwnicy na nabożeństwo.
Pytam o zamordowanie księdza ruskiego w Olszanach.
Przyszli, szukali księdza, bo było w planie wymordować całą rodzinę.
Tam były służące, nawet Stefki Kołodziejowej z Chołowic siostra, też
została zamordowana. A ks. Kapostyński (p. Dańko twierdzi, że tak
brzmi prawdziwe nazwisko proboszcza z Olszan) przez okno uciekł jak
usłyszał szum i ukrył się u księdza Laski w Krasiczynie. Oni z ks.
Laską się bardzo dobrze znali, jeden do drugiego jeździli. A tych
ludzi tu właśnie nad Sanem przed Krasicami wymordowali, ale córka
księdza widziała kto to (mordercy), by i powiedziała kto to był,
prosiła, żeby jej nie strzelał. Ona była trochę ułomna, pracowała na
poczcie w Krasiczynie. Ona mówiła: „To z Olszan ludzie nas
strzelali.” Ona umarła w Przemyślu po 2 miesiącach. Ludzie chodzili
patrzeć na tych zabitych, ale ja się bałam. A ten krzyż przewrócili
zaraz tam jak był wjazd do promu. (Paulina mówi, że zostali
pochowani na cmentarzu w Olszanach. Z kraju, koło piwniczki, jest 10
grobów, a Stefka z Chołowic chodzi i dba o te groby.
Pytam, czy było jakieś dochodzenie policyjne.
Dańkowie twierdzą, że nie było ani za Olszany, ani za Mielnów.
Przyszli z lasu, nikt nie wiedział kto, ale ludzie w Mielnowie
pocierpieli trochę za to. Przesłuchiwali, ale popuszczali, bo byli
niewinni. Ludzie też płakali nad tym i rozpaczali. Tu razem się
żyło, nikto nikogo nie szukał, że ten Polak, a ten Ukrainiec. Nie
było żadnej nienawiści u ludzi mielnowskich. Ludzie rozpaczali,
chodzili ratować, ale wszystko było postrzelane. Szubanka była
Ukrainka, pochodziła rodem z Krasic.
Pytam, czy to była zemsta za polską rodzinę Szubanów z Mielnowa,
wymordowaną jakieś trzy tygodnie wcześniej.
Dańko nie łączy tych mordów: Ja tego nie rozumiem. Oni podejrzewali,
że ich ( Szubanów) syn prawdopodobnie miał z wojskiem i z policją
kontakty, informował kiedy banderowcy chodzą, dlatego ich
sprzątnęli. To nieprawda, że byli w kościele, to było w taki dzień
powszedni, nie w żadne święto. Oni jeździli do Krasiczyna na mszę,
ale w niedziele, a to było w powszedni dzień, 10 marca.
To było straszne przeżycie, nie do opowiadania. Ile tu ludzi Sanem
płynęło! Pięć chłopa do kupy powiązane drutem kolącym, to było
straszne, to była tragedia. Tu u nas proszę księdza szło wojsko.
Jedno poszło, drugie wojsko idzie. Tamto jest pod lasem, a to we wsi
i ustawili się koło cerkwi i będą strzelać, bo to banderowcy.
Mówię: „Panowie, ta to wojsko nasze dopiero poszło, nie banderowcy”.
I co było było?
Takie było zamieszanie, że cud było przeżyć! Tu musiał być człowiek
niemy, głuchy i ślepy. Przyszli do chałupy (wojsko): „Byli
banderowcy?” – „Ja nikogo nie widział.” Przyszli banderowcy: „Było
wojsko?” – ja nikogo nie widział. I tak w kółko. O jej rodzina
(żony), mieszkali w dziurze lesie, tam gdzie Henio Szuban, Polacy z
krwi i kości, ale tam nikt nikogo nie tyknął. Dopiero jej brata
zabrali i tam w Jaworznie go stłukli, że mało nie umarł.
Mówi Paulina:
Przyszło wojsko i ten dysk z automatu podłożyli pod ula i
mówią: „Ty – taki nie będę mówić jaki – naprawiasz banderowcom
dyski? Zabrali go, siedział.
To było przeżycie ciężkie, ale Bogu dzięki przeżyło się.
Pytam, czy ks. Lasek w tym czasie bywał w Mielnowie?
Cały czas bywał.
Jak z nimi, banderowcami, rozmawiał?
Po polsku. Oni lubili ks. Laska. Raz złapali banderowca w lesie i ja
tego banderowca wiózł do Krasiczyna na wozie. W Olszanach na rzece,
jakem przejeżdżał, jaki szum słychać. Ale cicho sza, wojsko
przeszło. W Krasiczynie mówię do tego komendanta, aby mi dał
zaświadczenie, że ja banderowca woził. Dał mi. Gdy wracam w
Krasicach na tamtą stronę kupa banderowców się przewoziło,
zatrzymali mnie. Tak i tak, tak i tak tłumaczę i jadę do domu. A tam
pod lasem coś „całapka” środkiem drogi. Myślę kto to tak idzie w
nocy. A to idzie ks. Lasek! Ja mówię: „Proszę księdza Laska, ta tam
tylu banderowców jest!” A on mówi: „Ja się tych nie boję. Ja się
boję tych, co na Reczpolu są, ja się tamtych