agacz2905
27.07.04, 15:00
Był kwiecień 1998 r. Miałam wtedy prawie 24 lata. Kiedy straciłam swoje
pierwsze dziecko. Byłam chyba wtedy bardzo niedojrzała i chyba niespełna
rozumu. Ciążę ukrywałam przed rodzicami i traktowałam jak rodzaj
przestępstwa (już po fakcie - dowiedziała sie o tym tylko moja mama). Mój
ówczesny „chłopak” po prostu mnie zostawił, ot, taki dupek,
z gatunku tych, co ciągle się wahają. Zrywajac ze mną, o ciąży nie wiedział,
ale jakie to ma teraz znaczenie. Wszystko mnie bolało. To, że mam chore
biodra i (choćbym nie wiem co robiła) nie da się zaprzeczyć faktom – jestem
niepełnosprawna. Masa użalania się nad sobą, nad swoją mniejszą
atrakcyjnością i niechybnym staropanieństwem. I ta ciąża – kompletnie
nieplanowana, owoc jednorazowego zbliżenia na „świątobliwym” wyjeździe z
duszpasterstwa akademickiego z okazji Sylwestra’97. Późno się o niej
dowiedziałam, bo nieregularne i rzadkie miesiączki były dla mnie chlebem
powszednim. Bardzo to przeżywałam – że ten mój wyśniony książę, super-
katolicki-i-prawie-święty-syn, brat, student, pracownik, wreszcie-organista w
swojej rodzinnej parafii w którym zdążyłam się porządnie zakochać – mnie
porzucił. Dwukrotnie lezałam w szpitalu na ginekologii i dwukrotnie
wychodziłam za szpitala na własne żądanie. W styczniu 97 usiłowałam popełnić
(jakze nieudolnie) samobójstwo przez spożycie duuużej ilości tabletek
adntydepresyjnych (mojej mamy) – w tej chwili nawet nie pamiętam nazwy tego
leku. Samobójstwa jak widzicie nie popełniłam, za to sprawiłam, że dziecko
nie miało szans na dalszy rozwój. Nadal byłam bardzo skupiona na osobie tego
chłopaka – miał na imię Grzesiek. Byłam mieszanką żalu po stracie chłopaka,
którego bardzo kochałam i niesłychanie niskiego poczucia własnej wartości. O
ciąży w ogóle nie byłam wtedy w stanie myśleć w kategoriach osobowych, tj. że
rozwija się we mnie życie, że jest to osoba, że byłby (jak się później
dowiedziałam) to mój synek. Ostatecznie poroniłam w II połowie kwietnia’97,
kiedy już powiadomiłam Grześka o ciąży i POD PRESJĄ jego rodziny bardzo
nieudolnie i bardzo na niby oświadczył mi się. Zerwał ten „związek” już
ostatecznie po stracie ciąży i...przez telefon. Moje dziecko umarło
prawdopodobnie w 16 t.c. Nie ma swojego grobu, a takiego miejsca bardzo mi
teraz brakuje. Gdybym tylko....nie potrzebowała wtedy miłości i akceptacji
tego chłopaka, nie przejmowała się jego „świętą” na pokaz rodzinką, jego
mamusią, która miała zastrzezenia do mojej niepełnosprawności...Wydaje mi
się, ze moje dziecko być może by żyło. Miało się urodzić (termin z OM) 29
września 1997r. Właśnie w II połowie września 97 poznałam mojego męża, który
ponoć od pierwszego wejrzenia zakochał się we mnie. Bardzo szybko (bo na
Sylwestra) oświadczył mi się, pół roku później był nasz ślub. Mamy dwoje
fajnych dzieci i jesteśmy niby - szczęsliwi. Więc zdrowy rozsądek nakazuje
nie gdybać, co by było, gdyby mój I synek przeżył, gdybym donosiła I
ciążę.... Biologiczny ojciec mojego zmarłego dziecka ożenił się prawie w tym
samym czasie co ja wyszłam za mąż – z inną dziewczyną. Z tego co wiem, mają 2-
letniego synka. Znalazłam go na gg – nie wiem po co. Moja głupota z tamtego
okresu tak bardzo boli. I ta strata bardzo boli. I nawet to cholernie głupie
(ale chwilami jest) rozdwojenie jaźni – też boli jak cholera. Bo wyobrażam
sobie, co by było, gdybym utrzymała pierwszą ciążę, jaki byłby teraz ten
chłopczyk. Nie umiem dać mu imienia. A mój mąż jest świętym człowiekiem, że
znosi te wszystkie moje nastroje. Tamten – niczego nie rozumie, a
przynajmniej bardzo nie chce rozumieć. Widać dla niego to nie było jego
dziecko. A we mnie rośnie, żal, ból i multum morderczych skłonności do
siebie – za swoją niewyobrażalną głupotę i egoizm wtedy – i do mojego
ówczesnego „chłopaka”- gówniarza.