kolokotech
11.02.09, 18:35
Zastanawiam się nad rzuceniem studiów doktoranckich. Zakończyłem pierwszy
semestr ( albo semestr się sam zakończył ) i niestety straciłem już serce do
tego co robię na uczelni ( nauki techniczne ). Wybierając się na studia miałem
pewne wyobrażenie o pracy w firmie prywatnej, z którą to nadal współpracuję.
Jestem osobą, która ma problemy z mówieniem - po prostu jąkam się mocno,
chociaż tego słowa nie cierpię. Opiekun widział, słyszał o mojej przypadłości,
ale był pod wrażeniem moich wcześniejszych poczynań.
Zdecydowałem się na doktorat, tylko dlatego, że widziałem w tym możliwość
przełamania własnych oporów co do kontaktów z ludźmi, rozpoczęcia życia od
nowa - bo co to za życie, jak nie ma się z kim go dzielić. Niestety poległem:(
Ale próbowałem coś zmienić w moim życiu. Z obecnej chwili widać to wszystko
było złudzeniem, że da się wspiąć w moim życiu choćby na poziom morza. Popadam
w apatię, płacze, sam do siebie mówię, dziękuje sobie po posiłku, ciągle
zapominam znaczenia jakiś słów- nawet lekarz spytał, czy nie potrzebuję pomocy
neurologa - oczywiście podziękowałem. Jednak najgorsze jest to, że po
telefonach do mamy, mogę odnieść wrażenie, że cieszy się że jeszcze odbieram.
A to już daje do myślenia o to co robię moim bliskim.
Zawsze byłem przekonany, że nikt nie potrafi mnie zdołować bardziej niż ja
sam, mimo wszystko przejmuję się wszystkim. Przejmuję sie tym jak ułożyć szyk
zdań w pisanym obecnie artykule, aby było logicznie i gramatycznie poprawnie,
tak jakby ktokolwiek zwrócił na to później uwagę. Takie jest moje życie, brak
przyjemności, ponieważ nie potrafię sobie ich stworzyć. Nie potrafię otworzyć
się na innych ludzi, poniewaz wymagało by to interakcji. Nie potrafię dawać,
brać. Czy taka osoba jak ja powinna być kiedykolwiek w posiadaniu tytułu
doktora? Śmiem wątpić.
Ogarnia mnie paranoja. Miało być tak pięknie, że w rezultacie będzie jeszcze
gorzej, ponieważ depresja się pogłębia. Ktoś powie, człowieku węź się w garść
i do przodu. Wiele razy próbowałem, ale zawsze i tak dostaję od życia kopniaka
- czyli sam od siebie. Jaki ze mnie za mężczyzna, jeżeli nie potrafi sobie
radzić w tak prostych życiowych sytuacjach i byle powód przestaje być błachym.
Czy tylko ja jestem takim wybrykiem natury wśród tej społeczności? Czy warto
się męczyć? i tracić irracjonalnie zdrowie.
Pewnie będę miał możliwość wrócenia do poprzedniej pracy, która obecnie wydaję
się ciekawsza, niż praca naukowa na uczelni.
Przepraszam, że szerzę taki nastrój, ale chciałem się gdzieś wyżalić i jakoś
przeżyć kolejne godziny...