bagracz
27.04.13, 11:30
Świat nie stoi w miejscu. To stara prawda, która jakby słabo dociera do większości ludzi.
W ogóle prawda słabo dociera do większości, co pewnie doskonale wiedzą bywalcy tego szanownego forum.
Ale wracając do wątku. Ciągłe zmiany to prawda "stara jak świat" i coraz bardziej aktualna. Bo świat, nawet, jakby przyspiesza w tych zmianach.
Zmiany zaś mogą zachodzić w sposób ewolucyjny, powolny, stopniowy. Czasem wręcz niezauważalny. Drobne a czasami i większe zmiany to tu to tam, rozciągnięte w czasie. I nagle uświadamiany sobie, że znajdujemy się w zupełnie innej sytuacji. Zmiany mogą też zachodzić w sposób gwałtowny, gdy występują siły blokujące te drobne zmiany i powodujące kumulację drobnych zmian. Najczęściej jest to kombinacja obu powyższych sposobów.
Zaczyna się zwykle od drobnych, ledwo rejestrowalnych zmian, których częstotliwość się zwiększa. Powodują one coraz większe rozchwianie systemu. Aż do momentu gdy pojawi się seria samowyzwalających się wzajemnie zdarzeń, z których każde ma coraz większy wpływ na stabilność systemu. I wtedy właśnie pojawia się gwałtowne załamanie jego stabilności.
Bo kolejne wyzwalacze odpalają lawinę, która jest nie do zatrzymania.
W efekcie pojawia się nowa sytuacja, nowy stan rzeczy. Czyli zachodzi przejscie fazowe.
Cały ten przydługi wstęp, był po to, by zadać sobie proste pytanie. Czy obecna sytuacja już dojrzała do przejścia fazowego? Odpowiedź, moim zdaniem, jest twierdząca.
Ale ja wiem niewiele i z braku rzetelnych informacji, których być może nikt nie posiada,
bardziej kieruję się tutaj intuicją. Opieram się na tym, że są już widoczne objawy tego system doszedł do ściany. Żadne programy napracze nic nie pomogą. Elity już nawet nie bardzo dbają o zachowanie pozorów tego, że system jest uczciwy. Są sprawy ważniejsze i mniej beznadziejne. Czyli maksymalne przedłużanie agonii i kradzież wszystkiego co się da jeszcze wyrwać. Istnienie systemu złożonego w dotychczasowej postaci, to nie jest kwestia chęci czy niechęci, czy tego czy wszystkim zależy na utrzymaniu status quo czy nie. Czy tego, że to, czy tamto państwo boi się utraty wartości swoich rezerw, albo czy jest coś w zamian czy nie ma.
Upadający system złożony, nie pyta się nikogo czy już można, czy przypadkiem nie naruszy czyichś interesów itp. Ma to gdzieś i robi swoje. Bo to proces a nie, dobrze wychowana, panienka.
To nie jest tak, że np. Niemcy będą mogli wymuszać euro tak długo jak to będzie im pasowało.
Jeśli kolos na glinianych nogach, jakim jest euro, zacznie się walić, to Niemcy będą się mogli tylko przyglądać, lub co najwyżej wprowadzać plan B, opracowany na taką okoliczność. Czyli się dostosowywać do tego.
Jeśli zacznie się sypać dolar to żaden Glodman Sachs nie będzie mógł nic zrobić by temu przeciwdziałać. To samo z JPM i złotem czy srebrem. To już nie jest kwestia czy, tylko kiedy.
I to kiedy, leci na nas z coraz większą prędkością. Rośnie w oczach.
I tylko brak układu odniesienia nie pozwala ocenić dokładnie odległości, czyli czasu.
Być może początek maja przyniesie jakies decyzje i wydarzenia. Ale nie mozna dac sie zwieść.
Politycy i ekonomiści uwielbiają sobie przypisywać cudze sukcesy i zwalać na innych porażki.
Ale, w rzeczywistości, to wydarzenia wymuszą decyzje, a nie decyzje wydarzenia.
Jeśli oczywiście, te pajace, są w stanie jakiekolwiek dostosowawcze decyzje jeszcze podjąć.
Czy też stać ich już tylko, na zaprzeczanie rzeczywistości i bezradne czekanie na nieuchronne by potem być publicznie, kompletnie zaskoczonymi.