bagracz
16.12.13, 00:54
Mocno zawsze mnie dziwiła deflacja występująca przed inflacyjnym impulsem. Teraz już, wydaje mi się, łatwo mogę wyjaśnić sobie, przypadki występującej niekiedy deflacji, poprzedzającej hiperinflacyjny kolaps.
Gdy pieniądz jest dodrukowywany, jednostka pieniężna traci na sile nabywczej. Czyli ludzie mają mniej tej siły nabywczej. Jeśli mają jej mniej, to mniej mogą kupić. System stara się do tego dostosować. Ceny spadają by dostosować się do zmniejszającej się siły nabywczej pieniądza.
Czyli mamy klasyczną deflację cenową.
Oczywiście ceny nie mogą spadać bez końca. Mimo, że dostawcy komponentów też mogą obniżać swoje ceny. Gdzieś, zwykle niedaleko, jest fizyczna granica opłacalności, poniżej której ceny już spaść nie mogą. Te granice są różne, dla różnych towarów i usług.
Niektóre mogą jeszcze spadać, a niektóre zaczynają już rosnąć. Siłą rzeczy coraz więcej produktów osiąga dno cenowe i odbija się od niego.
Dlatego deflacja zwykle długo nie trwa.
Całościowo to wygląda tak, jakby powoli deflacja zaczynała przekształcać się w inflację.
Potem proces przyspiesza. A potem przyspiesza to przyspieszanie. I mamy hiperinflację.
Wszystkie ceny rosną jak szalone. Jednak mierzone w innym pieniądzu (nieulegającym w tym czasie takiemu debzowaniu), niekoniecznie wszystkie ceny rosną. Rosną tylko te, na które w tych warunkach jest zapotrzebowanie. Żywność, energia. Spadają te, na które spada zapotrzebowanie. Środki produkcji, bo produkować się nie opłaca. Towary produkcyjne i wszelkie dobra służące w normalnych warunkach do zarabiania pieniędzy. Pieniedzy się juz nie opłaca zarabiać w takich warunkach. Bo pieniądz traci w szybkim tempie siłę nabywczą, czyli zanika całkowicie jego funkcja tezauryzacyja. To powoduje utratę zaufania do niego. W efekcie traci on funkcję środka wymiany. Czyli znika.
Deflacja, mierzona w pieniądzu, który zachowuje w tym czasie swoją wartość, szaleje.
Hiperinflacja szaleje w tym samym czasie i miejscu.