Hehehe... z rozbawieniem przeczytałem felietonik "liberała" Ziemkiewicza:
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060504/publicystyka/publicystyka_a_6.html
Tak zwane święto pracy mamy szczęśliwie za sobą, znowu przewaliły się ulicami
polskich miast korowody upiorów z sierpami i młotkami - Bogu dzięki, jak co
roku, mniej liczne niż poprzednio - i znów, jak zwykle, nie umiem wyjaśnić
swojej córce, dlaczego jej taty to święto nie dotyczy. Bo jak wyjaśnić
dziecku, dlaczego "ludźmi pracy" są panowie wylegujący się przez większą
część ośmiogodzinnego dnia z piwkiem, a tatuś nie, choć jak nie siedzi po
całych dniach przy laptopie, to biega między jednym a drugim studiem. No cóż,
tak już w Polsce jest: jedyna praca zasługująca na szacunek to praca łopatą,
ewentualnie widłami. A myślenie? Myśleć to przecież każdy głupi potrafi.
Tylko mądremu się nie chce.
Tak już w Polsce jest. I żeby wreszcie znalazło to ustawowy wyraz,
zapowiedział nam ludowo-narodowy rząd, że się wreszcie dobierze do tzw.
kosztów uzyskania, o jakie pomniejszano dotychczas podatki od honorariów
autorskich. Mówiąc prościej, podniesie władza podatki dziennikarzom,
naukowcom, literatom i innym pasożytom, żyjącym z łaski robotnika i chłopa. I
to sporo podniesie: statystyczny wykładowca straci jedną roczną pensję. Po
prawdzie, przymierzały się do tego co i raz poprzednie rządy, ale szybko
dochodziły do wniosku, że nie warto zadzierać z opiniotwórczymi grupami
społecznymi. Tym razem sprawa wydaje się przesądzona: obecnej władzy na łże-
elicie nie zależy, zresztą zakłada, że u inteligentów i tak ma przerąbane. A
ktoś przecież za te wszystkie becikowe i inne socjale musi zapłacić.
Całkiem słusznie. W czasach globalizacji potrzebny jest międzynarodowy
podział pracy. Noblistów kształci się w Ameryce, my wyspecjalizowaliśmy się w
dostarczaniu światu kelnerów, barmanów i robotników budowlanych. Na razie
często z dyplomami, ale właśnie czas z tą rozrzutnością skończyć. Niech inne
narody łożą na edukację i hołubią u siebie talenty. My z pieniędzy zabranych
docentom dopłacimy małorolnym i fizycznym niewykwalifikowanym.
I tu koniec feleitoniku Pana Z.
Ze swojej strony dodam że moja śp. Mama pracowała w dziale finansowym pewnej
III-rzędnej szkoły wyższej w której pracują takie "tuzy" intelektu i postępu
jak Janusz A. Majcherek. Oprócz niego zatrudnione tam były całe tabuny
różnego czerwonego gierojstwa, które żyły sobie 'Ooooo.... taaaaak'.
Szkoła ta (nazywa się nawet Akademia) kształciła (i dalej kształci) całe
zastępy wiejskich idiotek (pardon my French ale paru dawałem korepetycje,
jedna nie rozróżniała promienia od oporu, r to było R i vice versa - problem
polegał na tym jak podstawić "do wzoru" opór zamiast promienia

które odpadły w selekcji na uniwerek i różne inne bardziej szacowne uczelnie.
Zwyczajnie przegrały rywalizację bo byłu głupie jak nogi stołowe, ale presja
rodziny sprawiła, że musiały 'iść do szkół' miast zostać wiejską sklepową.
Było tego stadła kilka (kilkanascie?) tysięcy a miało się ich "edukowaniem"
zajmować szacowne "ciało i grono" czyli nauczyciele akademiccy.
No i byłem ci ja świadkiem jak owo "ciało" przyłaziło z kwiatami i furą
faktur i papierzysk żeby mu (ciału

PIT'y porozliczać uwzględniając
oczywiście owe "koszty uzyskania przychodu". Wielce szacowne matolstwo
potrafiło przynosić całe teczki fakturek za to i za siamto aby tylko
skorzystać z dobrodziejstw n-razy nowelizowanej ustawy - wykorzystać każdą
dziurkę... 10-te wydanie skryptu stawało się "tworem pracy twórczej" objętym
prawem autorskim, pijackie eskapady do obserwatorium na Suhorze stawały
kosztownymi wyprawami naukowo-dydaktycznymi... itepe itede...
Podrzędny gryzipiórek kompilujący kilka prac magisterskich stawał się Wielkim
Autorem korzystającym z błogosławieństwa dziurawej ustawy, wszak zasłużył na
Honorarium Autorskie...
Mając to przed oczami, nie mam nic przeciwko temu że "statystyczny wykładowca
straci jedną roczną pensję" - jak biadoli Ziemkiewicz.
I dziwi mnie tylko, że taki światowy człowiek ja R.A.Z. wali takie "kluchy"
że aż głowa mała i beret ciasny. Ziemkiewicz pisze "Całkiem słusznie. W
czasach globalizacji potrzebny jest międzynarodowy podział pracy. Noblistów
kształci się w Ameryce"... z tego co wiem to oni sami się tam kształcą, za
własne pieniądze ewentualnie za dutki zarobione i zaoszczędzone przez ich
roztropnych rodziców.
I dam sobie głowę uciąć, że Milton Friedman nie za bardzo wie co to
jest "koszt uzyskania przychdów" - nie widzi różnicy między własnym
felietonem a kartoflanką. W przeciwieństwie do Ziemkiewicza.