sita_atlantis 20.05.04, 17:46 Kiedy były takie chcwile, że już jedyne co czuliście to bezsilność... Co robiliście, jak niedawaliście się rozpaczy? Co robiliście, żeby sobie pomóc? Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
owszem Re: Pytanie do współuzależnionych... 21.05.04, 15:49 Ja uciekłam w net, można jeszcze w alkohol i inne takie...ale przyznasz, że to dość ryzykowna ulga? Trafnie to ujęłaś "...żeby sobie pomóc"... Bardzo długo nie dopuszczałam do siebie myśli, że pomoc i mnie się należy, jeśli nie przede wszystkim...Najrozsądniejszym krokiem wydaje się być korzystanie z terapii dla współuzaleznionych. Łatwiej jest wtedy podejmować decyzje, jakiekolwiek. Wierz mi, że stagnacja jest jeszcze gorsza niż rozpacz i cierpienie. Pozdr Odpowiedz Link Zgłoś
ana-23 Re: Pytanie do współuzależnionych... 21.05.04, 17:13 Owszem, witam. :)-napisz cosik! Cóż, też odpowiem na pytanie... Bezsilność jest czymś naturalnym we współuzależnieniu. Jest codziennym uczuciem, z którym niełatwo można dać sobie radę. Ale tak jak moja przedmówczyni, trzeba żyć dalej. Nikt nie może rezygnować z własnego życia, szczególnie dlatego, że jest bardziej podatny właśnie na uzależnienia. Nie rób nic wbrew sobie.... Wiele wiem na ten temat. Do tej pory załamuję ręce... Do dziś mam uraz i żyję tym niemalże codziennie. Ale nie chcę rezygnować z własnego życia... Nie wolno!!! Pozdrawiam Ana :))) Uśmiech dla Owszem. Odpowiedz Link Zgłoś
sita_atlantis Re: Pytanie do współuzależnionych... 22.05.04, 00:44 Dziekuję serdecznie za odpowiedzi... Ciekawi mnie jak sobie z tym radziłyście na co dzień, tak po prostu, idąc przez życie... Odpowiedz Link Zgłoś
owszem Re: Pytanie do współuzależnionych... 22.05.04, 23:07 Jak sobie radziłam każdego dnia pytasz.... "Radziłam" to zbyt szumnie powiedziane. Wydawało mi się, że sobie radzę, tak będzie lepiej. Długi czas żyłam nadzieją, że wszystko będzie dobrze, co w praktyce przełożyło się na czekanie, aż to "dobrze" zrobi się samo. Moje ostatnie kilka lat to nadzieja przeplatana codziennymi sprawami, małymi radościami, pozorną normalnością, ale też lękiem, zaniżonym poczuciem własnej wartości, jak ja to nazywam...świadomością matni, siedzącym głęboko niepokojem, brakiem planów, niemocą w kwestii rozwoju osobistego, wstydem, izolowaniem się...Sporo tego, prawda? W tych bardziej ciężkich momentach nie chciało mi się wstawać z łóżka, wykonywać podstawowych czynności, chciało mi się tylko zabijać doła, w obojętny mi sposób. W "lżejszych" momentach mojego życia funkcjonowałam na zasadzie "jakoś to będzie", co w praktyce oznaczało udawanie, że nie jest tak najgorzej...Cała historia skończyła się tragicznie, a ja mam pewność, że gdyby nie moje "jakoś to będzie" uratowałabym przynajmniej część siebie no i trochę czasu, który już minął,a którego nikt nigdy mi już nie odda. Pozdrawiam :) Odpowiedz Link Zgłoś
owszem Re: Pytanie do współuzależnionych... 22.05.04, 22:43 Ana witam witam :) Pracuję sporo, zatem w necie bywam w kratkę, odezwę się wkrótce. To tyle prywaty ;) Napisałaś "(...)trzeba żyć dalej. Nikt nie może rezygnować z własnego życia..." Hmm...Myślę, że to własnie zahacza o istotę współuzależnienia. Nie wiem w jakiej sytuacji jest autorka wątku, ale jestem przekonana o tym, że nie da się żyć normalnie, po prostu ŻYĆ, mając w bliskim otoczeniu czynnego narkomana. Można pracować, spotykać się ze znajomymi, chodzić na zakupy, do kina i robić sto innych równie banalnych rzeczy. Wszystko jednak co robimy posiada znamię, oddech, cień uzależnienia, co z kolei sprawia, że życie osoby współuzaleznionej, mimo pozornej poprawności, jest beznajdziejnie blade. Ty Ano, jesteś na szczęscie w innej sytuacji niż ta którą opisuję, więc potraktuj moje przemyslenia ogólnie raczej ;) W tym wątku jednak, jeśli mowa o czynnym narkomanie, nigdy nie poradzę, żeby uczyć się żyć z taką sytuacją. Może generalizuję i demonizuję, ale "uczenie się życia z narkomanem" jest dla mnie równoznaczne z brakiem działania. "Uczyłam się" w ten sposób wiele lat i niestety czas ten uważam za stracony. Dopiero teraz dostrzegam kolory, banalnie rzeknę - wiosnę, innych, siebie wreszcie... Hmm...a wydawało mi się, że do tej pory wszystko widziałam jak należy...Jak się okazało, niewiele widziałam... Oto cena, którą płaci bierna, współuzależniona osoba. Pozdrawiam :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: stachu34 Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.05.04, 23:03 Kiedyś dyskutowaliśmy na ten temat w wątku "współuzależnienie i krzywda..." to pierwszy wpis rozpoczynający.Pozwoliłem go sobie przytoczyć.Może warto poczytać... -------------------------------------------------------------------------------- Po wielu latach alkoholik zaprzestaje picia. Jest to wielki krok ku normalności, ale czy tak w rzeczywistości jest? Wątpię w to bardzo... Zaprzestanie picia, o ile jest procesem trzeźwienia, a nie okresem krótkotrwałej abstynencji, jest podstawą do wszelkich zmian w zachodzących w samym uzależnionym, a także w jego otoczeniu, wśród najbliższych. Wiadomo, że alkohol czyni wielkie szkody nie tylko osobie nadużywającej, ale również bliskim, którzy wchodzą we współuzależnienie. W tym okresie alkoholikowi potrzebna jest pomoc i wsparcie, którego czasem bardzo trudno udzielić Brak zaufania w możliwość zaprzestania picia i poczucie krzywdy jest tak duże, że uniemożliwia wręcz normalizację stosunków. Trwające latami nadużywanie alkoholu przez jednego z członków rodziny, jest powodem cierpienia, poczucia bezsilności i burzenia porządku określającego ważne aspekty życia. Może to być zachwianie zasad moralnych i wartości społecznych, która powodują, że osoba będąca w otoczeniu, lub w związku z alkoholikiem, bezsilnie cierpiąc ma równocześnie poczucie niesprawiedliwości. To połączenie cierpienia, bezsilności i niesprawiedliwości jest najczęstszym zjawiskiem występującym w poczuciu krzywdy osobistej. Każde przeżywane dotkliwie poczucie krzywdy zaczyna destruktywnie wpływać na życie osoby współuzależnionej. Nawet po wielu latach, gdy zaczynają się pojawiać przyjemne doświadczenia związane z zaprzestanie picia przez alkoholika, w pamięci pozostają ślady poczucia doznanej krzywdy. Jak trwała blizna staje się to bolesną częścią współuzaleznienia. Odpowiedz Link Zgłoś
ana-23 Re: Pytanie do współuzależnionych... 28.05.04, 18:41 To prawda. Wszystko gdzieś zapisuje się w głowie. I trudno o tym zapomnieć. Od kilku miesięcy żyję z biernym narkomanem, ale wcale nie jest łatwo. Ale żyję i staram się, żeby nie zatracić wszystkiego, co już powstało. Boję się i wcale nie czuję się bezpiecznie. Bo z heroiny mało kto wychodzi... Ana Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: angelo Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 28.05.04, 21:18 zdecydowanie zainteresuj się dniem dzisiejszym Odpowiedz Link Zgłoś
alina66 Re: Pytanie do współuzależnionych... 12.06.04, 21:06 Jestem współuzależniona, byłam długie lata żoną alkoholika. Dopóki nie zaczęłam leczyć swojego współuzależnienia radziłam sobie wszystkimi możliwymi aczkolwiek nieskutecznymi sposobami. Kontrolowałam, wyłam, wylewałam, groziłam, no wiesz, cały asortyment. Czyli nie radziłam sobie wcale. Może nietypowa byłam, ale w momencie kiedy zdałam sobie sprawę, że naprawdę, ale to naprawdę jestem bezsilna wobec jego picia, i że lada chwila mogę stracić syna , po prostu go wywaliłam z domu. Trwale i skutecznie. Myślę, że można sobie radzić tylko lecząc SIEBIE. Nie wiem, o jakim uzaleznieniu piszesz, ale to chyba wszystko jedno. Mechanizm jest wydaje mi sie taki sam- obojętnie co byś robiła, on bedzie pił, czy brał, jeśłi będzie chciał. A z praktycznych rzeczy- o których tutaj mało się pisze- podział majątku, zniesienie wspólności małżeńskiej - ochrona swoich interesów... Sorry, ale zycie jest brutalne. Włóczę się już kilka lat po sądach za mojego eksa.... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: brubru1 Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 12.06.04, 21:14 rosnie we mnie gniew i nienawisc wtydy wyobrazam sobie ze go (ojca) zabijam ale to nie pomaga wtedy siegam po alkohol i czuje sie jeszce podlej i wtedy walcze zeby sie obronic przed samobojstwem i atk w kolko Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: teresa Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: *.tvk.torun.pl / 158.75.203.* 01.07.04, 19:12 a ja sobie wogóle nie radzę, najchetniej zamknelabym sie w ciemnym pokoju i juz nigdy z niego nie wyszla, tylko dzieci potrafia wykrzesac ze mnie jeszcze jakas energie, jeszcze dla nich chce mi sie zyc.na zewnatrz oczywiscie jest ok., bo tak ma byc.Nienawidze siebie za to co robie, ze nie potrafie podjac jakis krokow, zeby od niego odejsc. Odpowiedz Link Zgłoś
hepik1 Re: Pytanie do współuzależnionych... 01.07.04, 19:44 " W codziennym zyciu niewiele wydarza sie spraw, ktore sa warte zmartwienia, oburzenia lub litowania sie nad soba. Jezeli zawsze jestem gotowa przyjac zaczepke i pozwolic sie zranic, bardzo tanio sprzedaje swoje zadowolenie. Musze pamietac, aby być dobra dla samej siebie! " Zajrzyj w te miejsca: www.tecza.akcjasos.pl/ www.tecza.akcjasos.pl/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ja7 Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: 217.153.24.* 08.07.04, 11:24 dla mnie strasznie trudne jest 'odwiazanie'. bo jestem / bylam do niego przywiazana. kilka miesiecy temu zaczelam zyc dla siebie, na sile szukac sobie zajecia, mimo ze topornie mi idzie - zbieram sie tygodniami zeby zalatwic cos banalnego jak np zapisanie sie na silownie... zycie dla siebie jest trudne zwlaszcza w przypadku niskiej samooceny ("po takich przejsciach nie znajde sobie juz nikogo", "to symptomatyczne ze nie mial konkurencji - nie jestem warta nikogo innego" itd) i towarzyskiej pustki wokol siebie. musze na nowo nawiazywac stare znajomosci, ktore zaniedbalam, bo w praktyce nigdzie nie chodzilismy bo wszedzie czychal alkohol jestem juz zmeczona ciaglym strachem ze go spotkam i zrobi jakis 'dym'. stale neka mnie telefonami ktore odbieram i odkladam obok sluchawke majac nadzieje ze wykoncze go finansowo i sie oduczy dzwonic... najgorsze jednak jest to, ze mam swiadomosc, ze przy mnie nie pil tak strasznie. teraz od 3 miesiecy w zasadzie nie trzezwieje. raz mial jakis przestoj, sprezentowal mi caly pakiet przepraszajaco - blagalny wyzebral ostatnia szanse po dwutygodniowym suchym okresie probnym i .... wieczorem spotkalam go jak byl juz po czwartym (bo "nie przypuszczal ze bedzie inspekcja") to strasznie trudne zobaczyc czlowieka ktorego sie jakos kocha w prawdziwym swietle a jeszcze trudniejsze jest pogodzenie sie z faktami i odpuszczenie sobie, 'odwiazanie sie' Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: stachu34 Re: Pytanie do współuzależnionych... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.07.04, 00:27 „najgorsze jednak jest to, ze mam swiadomosc, ze przy mnie nie pil tak strasznie. teraz od 3 miesiecy w zasadzie nie trzezwieje.” Ojj, naiwna, naiwna...On po prostu przez pewien czas był na „bezdechu” . Wreszcie nadchodził ten moment i musiał zaczerpnąć „świeżego powietrza”. Zrealizował swoje zobowiązanie do niepicia wobec Ciebie na tyle na ile było go na to stać. Zaś kiedy został sam, nie było już obiektu, którego musiałby oszukiwać, puściły wszelkie hamulce. Stał się sobą. Taka postawa jest charakterystyczna dla czynnego alkoholika. „Manewry” tego typu są bardzo szkodliwe dla obu stron. Wymuszanie przysiąg, zobowiązań i innych zapewnień do odstąpienia od picia, upewniają alkoholika że stać go na trzeźwość. Budują psychiczną zaporę przed podjęciem leczenia. Dla trzeźwego zaś partnera są podwaliną nadziei zmiany, pogłębiając tym samym współuzależnienie. Odpowiedz Link Zgłoś